Pierwszy pełny dzień w Ho Chi Minh. Spacer wśród reliktów kolonializmu i drapaczy chmur.
Dzień 19
Ho Chi Minh
Dzień wcześniej ustaliliśmy, że trzeba się w końcu wyspać. Maciek jednak wstał dość wcześnie i od rana hałasował. Postanowiliśmy się więc rozdzielić. On poszedł zwiedzać miasto, a ja zdecydowałem się przespać jeszcze chwilę.
Gdy już czułem się wypoczęty zniosłem ubrania do recepcji, gdzie zostały oddane do prania i ruszyłem na jakieś śniadanie. Od dłuższego czasu tęskniło mi się za burgerami, więc swoje kroki skierowałem do Mc Donalda. W wielu państwach ta sieciówka ma w menu dania, które można kupić tylko w danym kraju. W Wietnamie były to Ninja Burger i Samurai Burger. Burgery miały zupełnie inaczej doprawione mięso, a zamiast keczupu w środku był sos sojowy. Ciekawe połączenie.
Ulicą Lê Lai dotarłem do targu Bến Thành. Stało tu kilka wycieczkowych autokarów, co świadczyło o tym, że jest to atrakcja turystyczna i ceny będą raczej wysokie. Zamierzałem w końcu spróbować sławnego duriana, ale ceny od 5 do 7 dolarów za kilogram skutecznie odstraszały. Tym bardziej, że zazwyczaj owoc ten waży 3-4 kilogramy. Zdecydowałem więc odpuścić sobie póki co ten zakup.
Przez pobliskie skrzyżowanie nieustannie pędziły skutery i przekroczenie go było całkiem sporym wyzwaniem. Miałem już jednak doświadczenie i wiedziałem co robić, więc pomogłem przejść przez ulicę kilku turystom czującym się jeszcze dość niepewnie.


Skierowałem się w stronę Pałacu Zjednoczenia. Miejsce to jest dla Wietnamczyków symbolem. Pałac służył jako siedziba dla prezydenta Południowego Wietnamu. 30 kwietnia 1975 roku czołg północnowietnamskiej armii staranował bramę pałacu i budynek został zdobyty. Ten moment uznawany jest za koniec wojny w Wietnamie. Kilka miesięcy później – w listopadzie zakończyły się negocjacje pomiędzy Północnym i Południowym Wietnamem i od tej pory kraj funkcjonuje jako jedno państwo.
Nie bardzo miałem ochotę na kolejną dawkę propagandy, więc odpuściłem sobie zwiedzenie pałacu i ruszyłem w stronę katedry Notre Dame. Katedra w Ho Chi Minh podobnie jak katedra w Hanoi zbudowana została przez francuzów. To jeden z wielu zachowanych zabytków z czasów gdy Wietnam był kolonią francuską.
Tuż obok znajduje się Główny Urząd Pocztowy. Budynek został (podobnie jak katedra) zbudowany w XIX wieku. W jego wnętrzu można zobaczyć porter Ho Chi Minha oraz mapę południowego Wietnamu. Poza ciekawą architekturą właściwie nic tu nie ma niezwykłego.
Kolejne atrakcje? Ratusz z początku XX wieku, przed którym stoi pomnik Ho Chi Minha i XIX-sto wieczna opera.









Wszystkie te miejsca uznawane są za największe atrakcje miasta. Prawdę mówiąc nie robią jednak większego wrażenia. Zresztą cały Sajgon, zwany tez niekiedy „Paryżem wschodu” jakoś specjalnie nie zachwyca pod tym względem. Jest tu dość sporo zabudowy kolonialnej, ale na próżno można szukać kilkusetletnich budowli. Liczące dziś 9 milionów mieszkańców miasto jeszcze w XVII wieku było małą khmerską wioską znaną jako Prey Nokor.
Dużo większe wrażenie zrobiła na mnie kontrastująca z kolonialną zabudową nowoczesna część metropolii. Ponad Bulwarem Nguyễn Huệ wyrastały potężne wieżowce. Wśród nich wyróżniała się charakterystyczna sylwetka Bitexco Financial Tower z lądowiskiem dla helikopterów.





Idąc wzdłuż bulwaru dotarłem nad rzekę Sông Sài Gòn. Przez chwilę obserwowałem przepływające statki, zrobiłem kilka zdjęć i postanowiłem wracać do hostelu, bo marzyło mi się już zimne piwo.
Ten dzień był jednym z chłodniejszych w ostatnim czasie, ale temperatura i tak wynosiła 35°C. Do tego dochodziła duża wilgotność powietrza, więc nie trzeba było się nawet ruszać, by koszulka robiła się coraz bardziej mokra od potu.


Nie zdążyłem jeszcze nawet dopić piwa, jak w hostelu pojawił się Maciek. Razem poszliśmy do biura podróży zarezerwować wycieczki na najbliższe dni, a następnie wybraliśmy się do knajpki, by wymienić wrażenia odnośnie miasta, coś zjeść i wypić kolejne piwo. Pół dnia rozłąki dobrze nam zrobiło, bo każdy mógł robić to na co miał ochotę, a i przy okazji trochę odpoczęliśmy od siebie. 🙂
Przed północą postanowiłem jeszcze raz wybrać się na Bulwar Nguyễn Huệ. Chciałem zobaczyć jak wyglądają potężne wieżowce nocą. Bulwar o tej porze tętnił życiem – mieszkańcy Ho Chi Minh spacerowali, spotykali się tu na randki lub ze znajomymi, a uliczni sprzedawcy zachwalali swoje produkty.

Niedługo po północy wróciłem do hostelu i położyłem się spać – następnego dnia czekała nas wycieczka do delty Mekongu.