Wraz z nastaniem świtu wyruszyliśmy na północny-zachód. Do miasta kanałów, tulipanów i rowerów (to ta ładniejsza wersja). Do miasta narkotyków i prostytucji (mroczniejsza strona stolicy Holandii wydaje się zdecydowanie bardziej intrygująca)! Wyruszyliśmy do Amsterdamu. 🙂
Dzień 1
Amsterdam
W nieco ponad 2 godziny dotarliśmy do stolicy Holandii. W hostelu okazało się, że jednak nie mają własnego parkingu (wbrew temu co było podane na Booking.com) i samochód musimy zaparkować pod stadionem olimpijskim.
Po zaparkowaniu szybko pozgarnialiśmy z auta najpotrzebniejsze rzeczy i tramwajem dotarliśmy pod dworzec centralny. Swoją drogą całkiem ładny. Za pomocą mostu Damrak pokonaliśmy jeden z kanałów i zatrzymaliśmy się na piwo w pierwszej napotkanej knajpce. Od dawna brakowało mi ciepłych słonecznych dni, luzu którego nie sposób było doświadczyć w sąsiednich Niemczech i podróżowania bez żadnego planu.







Zaledwie parę kroków dzieliło nas do De Wallen – słynnej Dzielnicy Czerwonych Latarni. Więc czy mogliśmy pójść gdzieś indziej? 🙂
Red Light District za dnia nie wyróżniała się niczym szczególnym – położone nad kanałami kawiarnie, restauracje i puby powoli zaczynały ożywiać się po piątkowej nocy i tylko w jednej uliczce za podświetlonymi na czerwono oknami wdzięczyły się kuso ubrane panie trudniące się najstarszym zawodem świata.
Trochę poplątaliśmy się po De Wallen i postanowiliśmy odwiedzić jedno z muzeów – Muzeum Prostytucji. Można tu poznać historię dzielnicy, wysłuchać opowieści jednej z pań o trudach pracy czy poznać savoir-vivre obowiązujący w De Wallen. Przede wszystkim można też poznać odpowiedzi na pytania, które z reguły są tematami tabu. Z tego muzeum najbardziej zapamiętałem historię jednego z morderstw które zdarzyło się w Dzielnicy Czerwonych Latarni oraz projekcję filmu pokazującą jak wyglądają potencjalni klienci i przechodnie z perspektywy prostytutki w jednej z witryn.








10 przykazań
Zasady zachowania wobec prostytutek:
1. Nie rób zdjęć lub filmów
2. Nie pukaj i nie pluj na szyby
3. Bądź pełen szacunku wobec kobiet
4. Nie zerkaj przez szpary w zasłonach
5. Nie stój naprzeciw okien i drzwi
6. Podczas wizyty zapłać z góry i przedyskutuj wcześniej co jest i co nie jest dozwolone
7. Nigdy nie uprawiaj seksu bez zabezpieczenia
8. Bądź higieniczny (czysty i zadbany, nie odurzony)
9. Kiedy podejrzewasz siłę i przymus zadzwoń na policję
10. Agresja nie jest tolerowana
Tuż obok Muzeum Prostytucji znaleźliśmy lokal o nazwie Excalibur. Ciężkie rockowe brzmienia dobiegające z wnętrza i ciekawy rycersko-motocyklowy wystrój przyciągnęły nas w oka mgnieniu. W końcu mamy weekend i nigdzie nam się nie śpieszy! 🙂
Lokal to zacny – w samym centrum De Wallen i z całkiem przystępnymi cenami, więc wracaliśmy tu jeszcze kilkukrotnie podczas tego weekendu! 🙂



W końcu zdecydowaliśmy się odwiedzić kolejne z nietypowych muzeów – Muzeum Seksu (w pobliżu dworca kolejowego).
Jest to najstarsza na świecie tego typu placówka. Podczas zwiedzania poznać tu można historię „namiętnej miłości” i obyczaje z tym związane począwszy od starożytności, aż do czasów obecnych. Towarzyszyć nam będą ruchome figury, niekiedy dość komiczne sceny i przedziwne eksponaty. A wszystko to podane w dość lekkiej, ale i zarazem bezceremonialnej oprawie. Po zwiedzeniu Muzeum Seksu doszedłem nawet do wniosku, że to całkiem dobre miejsce na randkę. 😉






Wróciliśmy ponownie do Dzielnicy Czerwonych Latarni (w końcu ilość procentów we krwi nie może spadać poniżej pewnego poziomu), a następnie postanowiliśmy poplątać się jeszcze chwilę zaułkami tej części miasta. Dotarliśmy aż do Nieuwmarkt – Nowego Rynku.
Powoli zaczynał zapadać zmrok. Złapaliśmy więc tramwaj pod stadion olimpijski, zgarnęliśmy plecaki z auta i skierowaliśmy się do hostelu, by tam zostawić swoje rzeczy. A mogliśmy rano dopłacić te głupie 5 euro za przechowanie bagażu i w ten sposób oszczędzić sobie jeżdżenia tramwajami i tracenia czasu. Z drugiej jednak strony wtedy w ogóle pewnie nie opuszczalibyśmy De Wallen.
Zaraz po szybkim ogarnięciu się złapaliśmy tramwaj i wróciliśmy nigdzie indziej jak właśnie na Red Light District.
Dzielnica Czerwonych Latarni powoli rozświetlała się czerwoną łuną, a coraz bardziej pijany i zjarany tłum zaczynał poruszać się w chaotycznej wędrówce wśród kanałów. Co kilka kroków do nozdrzy docierał charakterystyczny zapach marihuany. O tej porze (było koło 22) coraz więcej pań zaczynało swoją pracę. Szczerze mówiąc mimo poczucia, że coś co w pewien sposób jest tematem tabu teraz jest na wyciągnięcie ręki, nie było nic specjalnie pociągającego w paniach będących ekspertkami w sztuce miłości (cholera jakie ja ładne synonimy wymyślam 😀 ).
Ogromna większość z nich miała botoks w ustach i z dużą dawką prawdopodobieństwa również te najbardziej kuszące części ciała były poprawiane chirurgicznie. Dodatkowo czerwone światło dawało skórze nienaturalny kolor i w rezultacie prostytutki wyglądały niemal jak manekiny i gdyby nie to, że się poruszały można by było pomyśleć, że nimi są.
W jednej z uliczek trafiłem również na witryny podświetlone na niebiesko. Szybko jednak stamtąd uciekałem, bo oznaczało to, że po drugiej stronie szyby siedzi „pani” z niespodzianką między nogami. 😛
Jednak nie tylko z płatną miłością De Wallen powinna się kojarzyć. Działa tu również cała masa barów, w których po prostu bawią się ludzie. I my również postanowiliśmy się bawić i dać ponieść szaleństwu sobotniej nocy. 🙂




Dzień 2
Amsterdam
Doba hostelowa minęła zdecydowanie zbyt szybko. Zgarnęliśmy swoje rzeczy, odstawiliśmy je do auta i postanowiliśmy pójść na jakieś śniadanie. Tramwajem dotarliśmy pod targ kwiatowy.
Tu, nad jednym z kanałów można kupić tysiące różnych roślin i setki odmian tulipanów. Naprawdę jest w czym wybierać.
Zahaczyliśmy również o sklep z serami, gdzie była możliwość spróbowania holenderskich wyrobów i w końcu znaleźliśmy odpowiednią knajpkę. Śniadanie zdecydowanie nie było w klimatach regionalnej kuchni, ale dodatek do niego był już jak najbardziej miejscowy. Jenever – holenderski gin produkowany z melasy z dodatkiem jałowca nie był jednak specjalnie dobry. W smaku bardziej przypominał rozwodnioną wódkę z niewielkim dodatkiem prawdziwego ginu. Być może źle trafiłem, więc degustację trzeba będzie powtórzyć. 🙂





Nim ponownie skierowaliśmy się na De Wallen, postanowiliśmy zrobić sobie mały spacer po centrum zahaczając między innymi o Pałac Królewski, plac Dam czy Muntorren – wieżę będąca pozostałością średniowiecznych murów obronnych.


Zdecydowanie nie mieliśmy weny na zwiedzanie muzeów sztuki, których w Amsterdamie jest przecież kilka (i to bardzo znanych), a zamiast tego udaliśmy się do innego muzeum. Muzeum hashu i marihuany. Dowiedzieć się tu można naprawdę sporo o konopiach, począwszy od informacji o samej roślinie, poprzez jej historię w różnych kulturach, aż po zastosowanie w wielu aspektach – nie tylko jako narkotyk. Prawdę mówiąc nic specjalnie mnie w tym muzeum nie zafascynowało szczególnie, a dodatkowo musiałem je opuścić w trybie ekspresowym, bo wypite do śniadanie piwo przypominało, że pęcherz nie ma nieskończonej pojemności.
I tak w rezultacie rozpaczliwego niemal biegu po Dzielnicy Czerwonych Latarni trafiłem do toalety tuż przy wejściu do kina z seansami dla Tyc,h którzy nie mają w domu Internetu lub nie wiedzą jak znaleźć w nim strony z treściami od 18 roku życia. I nie pisałbym o tej toalecie gdyby nie to, że była dość ciekawa – baaaa, nawet moim zdaniem fajniejsza niż Muzeum Hashu i Marihuany. A wszystko to za sprawą ekranu powieszonego nad rynną do załatwiania potrzeb fizjologicznych. 🙂





Na muzeum cały nasz plan na ten bezplanowy wyjazd do Amsterdamu właściwie się kończył. W związku z tym zajrzeliśmy jeszcze do Excalibura na podratowanie morale i wraz ze zbliżającym się zachodem słońca postanowiliśmy wracać pod stadion olimpijski.
Tu niestety czekała nas bardzo niemiła niespodzianka, bo parking, który miał być darmowy (tak twierdzili w hostelu) okazał się nie być darmowym i musieliśmy zapłacić 67 euro. Hostel kosztował bardzo tanio jak na stolicę Holandii, więc nawet doliczając opłatę za parking nie było tragedii, ale jednak poczuliśmy się w jakiś sposób oszukani.
Nastrój poprawiło nieco piwo z amsterdamskiego browaru Brouwerij 't IJ oraz wracanie myślami do wydarzeń z tego weekendu pełnego wrażeń.
Następnym razem wybiorę się jednak do Amsterdamu, by nieco więcej pozwiedzać. To znaczy może pozwiedzać. O ile znudzi mi się De Wallen. I jeśli zamkną wszystkie bary. No i… No dobra, zobaczymy jak wyjdzie. 😉
Bardzo ciekawy tekst, super się czyta