Minęły trzy dni mojej wędrówki. W tym czasie przeszedłem cały fragment szlaku biegnący przez Beskid Śląski. Za sobą miałem jednak jedynie 56 kilometrów. Teraz czekało na mnie większe wyzwanie – rozpoczynał się odcinek GSB prowadzący przez Beskid Żywiecki.
GSB – Dzień 4
Żabnica -> Węgierska Górka -> Żabnica
Wędrując z Baraniej Góry do Węgierskiej Górki miałem baaaaardzo dużo czasu na przemyślenia.
I tak sobie myślałem po co ja tak właściwie idę i jaki ma sens pędzenie od rana do nocy i czy sprawia mi to radość? I doszedłem do wniosku, że dam radę pociągnąć po 25 kilometrów lub więcej przez dwa, max trzy dni, a potem padnę.
A przecież nie o to w tym chodzi
I doszedłem do wniosku, że przecież wcale nie muszę przejść całego tego szlaku w 21 dni, bo ani świata tym nie zbawię, ani problem głodu nie zniknie, ani nagrody Nobla nie dostanę Chociaż, co do tego ostatniego nie byłem pewien. 😉
Tym bardziej, że jeszcze przed startem zakładałem różne scenariusze i obiecałem sobie, że spróbuję, ale nie będę robić tego za wszelką cenę i po trupach (głównie swoim).
Stwierdziłem, że dalej będę sobie człapać, ale w spokojniejszym tempie i czerpiąc z tego większą radość.
Tak więc wybaczcie, wszyscy Ci którzy mi kibicowali, jeśli Was zawiodłem.
Ostateczną kroplą, która przepełniła czarę goryczy było zgubienie mapy w czasie ucieczki przed deszczem.
Postanowiłem więc zostać w pobliżu Węgierskiej Górki jeden dzień dłużej. W tym czasie kupiłem nową mapę, zrobiłem pranie i uzupełniłem zapasy przed drugą częścią wędrówki. A i odwiedziłem fort Wędrowiec. Chcąc nie chcąc i tak przeszedłem w ramach zakupów ponad 7 kilometrów.
Jutro natomiast ruszam w Beskid Żywiecki!

GSB – Dzień 5
Żabnica -> Abrahamów 829 -> Schronisko na Rysiance
Ostatnie dwie noce spędziłem w Żabnicy, w obiekcie Noclegi Przy Szlaku. Bardzo fajne miejsce – polecam. Od żony właściciela dostałem nawet ciasteczka.
W końcu jednak trzeba było opuścić ciepłe schronienie.
Ruszyłem powoli pnącą się w górę drogą na wzgórze Abrahamów. Cały czas mżyło. I sobie powoli dreptałem, aż zauważyłem, że zgubiłem gdzieś mapę. Kurde! Znowu!
No trudno, rzuciłem plecak pod drzewo i ruszyłem na poszukiwania. W końcu ją znalazłem, ale znów nadrobiłem trasy i straciłem czas.
W zasadzie ten odcinek był dość nudny – deszcz, mgła, błoto oraz pod górę – i tak przez prawie dziewięć kilometrów.
Dopiero za Suchym Groniem zaczęło robić się ciekawie. Szlak trawersując szczyt Romanki przecinał wezbrane potoki, biegł stromą skarpą i zaczęły się pierwsze skałki. W końcu poczułem, że to góry.
Około 17:00 dotarłem do Schroniska na Rysiance i stwierdziłem, że tu zostaję na noc.
Wieczorem w końcu znikły chmury i zaczęło się przejaśniać – to zapowiadało nazajutrz ładny dzień. W końcu, po czterech dniach deszczu.

GSB – Dzień 6
Schronisko na Rysiance -> Palenica 1343 -> Schronisko na Hali Miziowej -> Przeł. Glinne -> Korbielów
Poranek przywitał mnie piękną pogodą. W końcu nie padało. Mogłem więc wreszcie zjeść śniadanie rozkoszując się ładnym widokiem. A było na co patrzeć.
Z Rysianki wyruszyłem o 10:00 i dość szybko dotarłem do granicy polsko-słowackiej. Po raz pierwszy na tym szlaku. Od tej pory coraz częściej szlak blokowały przewrócone drzewa i płaty śniegu. Obchodzenie ich było z lekka irytujące.
Wreszcie dotarłem do Hali Cudzichowej.
Widok na Pilsko i Babią Górę – rewelacja. A do tego klimatyczny, opuszczony szałas pasterski. Mógłbym tu zamieszkać. Przynajmniej do czasu, aż skończyłyby mi się znowu fajki, jedzenie i picie.
Jeszcze jakieś 2 km i dotarłem do Hali Miziowej – najwyżej położonego schroniska w Beskidzie Żywieckim. Zjadłem pierogi, wypiłem Kozela i ruszyłem dalej wzdłuż granicy w kierunku Przełęczy Glinne.
Dotarłem do dawnego przejścia granicznego (w tym miejscu kończyłem wędrówkę szlakiem na dziś) i ruszyłem trzy kilometry w dół do Korbielowa, gdzie miałem zarezerwowany nocleg.
Wieczorem zaczęło się chmurzyć. Czyżby kolejne dni deszczu?





GSB – Dzień 7
Korbielów -> Przeł. Glinne -> Jaworzyna 1047 -> Mędralowa 1169 -> Schronisko Markowe Szczawiny
Rano o dziwo nie padało, mimo, że prognoza pogody obiecywała tydzień deszczu. W sumie z prognozą w górach to tak jak z horoskopami – albo się trafi, albo nie trafi. Co więcej, co jakiś czas przez chmury przebijało się słońce.
Dość szybko doczłapałem do przełęczy Glinne, gdzie skończyłem wczorajszą wędrówkę szlakiem i ruszyłem dalej.
Przede mną było 13 kilometrów by dotrzeć na Mędralową i prawie 900 metrów podejść.
Pomiędzy przełęczą Glinne (809 m) a Mędralową (1169 m) jest zaledwie 360 metrów różnicy, więc skąd te 900 metrów? Ano stąd, że po drodze jest kilka pagórków i parę przełęczy, więc w praktyce idzie się raz w górę, raz w dół. Najbardziej umordowały mnie podejścia na szczyty Student (935 m) i Jaworzyna (1047 m).
Po drodze, gdy sobie spokojnie dreptałem z krzaków nagle wypadł jakiś typ, mało się przy tym nie przewracając i pyta:
– Kaj idziesz?
– Na Markowe Szczawiny, a Ty?
– Babia Hora.
I ruszył biegiem dalej coś tam mamrotając pod nosem po swojemu, chyba życząc mi powodzenia. Słowak. Szalony Słowak.
W końcu koło 15:30 dotarłem do Mędralowej ciesząc się, że najgorsze już za mną. Tak jednak do końca nie było. Czekało mnie jeszcze jedno podejście, a gdzieś przed Jałowcowym Garbem skończyła mi się woda. Wypatrzyłem jednak na mapie potok o nazwie Czarna Woda i liczyłem na to, że jego woda nie będzie całkiem czarna i będzie dało się ją wypić. Dało się!
I była zimna i cudowna, gdy wlewałem ją w swój wyschnięty ryj. 😉
W międzyczasie wszedłem na teren Babiogórskiego Parku Narodowego i ostatni fragment szlaku wiódł właśnie w jego granicach. Niby prosty i krótki ostatni odcinek ciągnął mi się niemiłosiernie robiąc zygzaki zboczem góry i co rusz przekraczając kolejne potoki. Aż w końcu dotarłem do schroniska Markowe Szczawiny. Załapałem się nawet na otwarty bufet.
Za mną ponad 100 kilometrów szlaku i ponad 5000 metrów podejść, było więc co świętować! A jutro najwyższy szczyt na szlaku – Babia Góra!

