Przejdź do treści

Główny Szlak Beskidzki – Dni 1-3

Od dawna Główny Szlak Beskidzki zwany w skrócie „GSB” stanowił dla mnie wyzwanie i niezrealizowane marzenie. Gdy tylko udało mi się wynegocjować trzy tygodnie wolnego w pracy, zdecydowałem się wyruszyć do Ustronia z zamiarem przebycia nieco ponad pięciuset kilometrów szlaku wiodącego przez góry. Zainspirowany takimi filmami jak „Dzika droga” czy „Wszystko za życie” marzyłem o przeżyciu podobnych przygód, tyle, że w polskim wydaniu. Nigdy wcześniej nie szedłem tak długiego dystansu i nie spędziłem w górach tak dużo czasu za jednym razem. Wyruszyłem kompletnie nie mając kondycji, ze zbyt ciężkim plecakiem i świeżo po dwutygodniowej anginie. Perspektywa tych wszystkim kilometrów i godzin spędzonych na marszu przerażała mnie, ale – jeśli twoje marzenia nie przerażają Cię – są zbyt małe.

[Cała moja wędrówka opisana jest w formie dziennika]

Półtora godziny po północy wsiadłem w busa, który zawiózł mnie do Katowic. Stamtąd pociągiem dostałem się do Ustronia. Tutaj zaczyna/kończy się najdłuższy górski szlak w Polsce – GSB – Główny Szlak Beskidzki, znakowany kolorem czerwonym. Przebiega przez Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski i Bieszczady. Drugi jego kraniec znajduje się w miejscowości Wołosate. Szlak liczy obecnie niecałe 502 kilometry długości. A ja postanowiłem zmierzyć się z nim, z górami i własnym sobą. I mając trzy tygodnie wolnego – w 21 dni dotrzeć na piechotę z Ustronia do Wołosatego, robiąc dziennie minimum 25 kilometrów i targając 18-sto kilogramowy plecak.

Ustroń-Zdrój – Początek Głównego Szlaku Beskidzkiego

GSB – Dzień 1

Ustroń-Zdrój -> Równica 884 -> Ustroń-Polana -> Wielka Czantoria 995 -> Schronisko Soszów

Równo o 9:00 ruszyłem ze stacji PKP Ustroń-Zdrój na szlak. Pierwsze podejście pod Równicę to cztery kilometry i 400 metrów przewyższeń. W sumie to trochę bez sensu, bo szlak dalej schodzi ponownie do Ustronia. Wrażenia po pierwszych ośmiu kilometrach? Kolana dostały mocny wycisk, a i plecy też czuję.

Najgorsze jednak było dopiero przede mną – wejście na Wielką Czantorię. Praktycznie co 200 metrów stawałem ledwie dysząc. W rezultacie na trasie która powinna zająć mi 4,5 godziny wlokłem się 6,5 godziny. Zacząłem się zastanawiać czy to efekt fatalnej kondycji, zbyt ciężkiego plecaka, braku snu (przespałem ledwie 1,5 godziny i to w pozycji siedzącej) czy może faktu, że dość mało jadłem. A może wszystkiego naraz?

W końcu wczłapałem na Czantorię, nawet udało mi się dostać na czeską wieżę widokową.

Długo rozkminiałem co robić dalej i w końcu dodzwoniłem się do Schroniska w Soszowie. Gdy dowiedziałem się, że jeśli wyrobię się do godziny 20:00 to dostanę ciepłe jedzenie – złapałem nowe siły i +30 do morale.

Ostatecznie przedreptałem 16 km i pokonałem ponad 1100 metrów różnicy wysokości 

Miało być więcej i ambitniej, jednak zwyczajnie nie dałem rady. Ale jutro jest nowy dzień i może być tylko lepiej.

Równica – Widok na Wielką Czantorię
Ustroń – Rzeka Wisła
Wielka Czantoria – Widok w stronę Ustronia
Granica polsko-czeska

GSB – Dzień 2

Schronisko Soszów -> Soszów Wielki 885 -> Stożek Wielki 978 -> Przeł. Łączecko -> Przeł. Kubalonka

Wczorajszy lany Kozel, pierogi i prysznic pozwoliły mi myśleć o wszystkim z większym optymizmem.

Musiałem jednak odespać poprzednią noc i w rezultacie na szlak ruszyłem dopiero o godzinie 12:00. Mimo, że bolały mnie mięśnie, o których istnieniu dotychczas nie miałem pojęcia, szło mi się wyjątkowo dobrze, przez co większą uwagę poświęcałem otoczeniu i z większą radością wdawałem się w typowe szlakowe konwersacje. Zauroczył mnie ten śląski akcent – „Jo, można to obciulać„.

Zarówno ze szczytu Cieślar, jak i spod schroniska pod Stożkiem (gdzie docelowo miałem spać minionej nocy) ładnie widać było Baranią Górę jak i Pilsko oraz Babią Górę w Beskidzie Żywieckim. Najładniejszy jednak, moim zdaniem, fragment szlaku rozciągał się między Stożkiem Wielkim a Przełęczą Kubalonka. Ot ładna ścieżka, dzicz i las – bez turystów i bez wyciągów. I nawet to, że złapał mnie właśnie na tym odcinku deszcz i szedłem w błękitnym płaszczu wyglądając jak wielki, łysy kondom nie zepsuło mi humoru. Nawet stwierdziłem, że w sumie to brakuje jeszcze tylko burzy. No… i pięć minut później niebo rozdarła pierwsza błyskawica.

O godzinie 17:00 dotarłem do Przełęczy Kubalonka i miałem ochotę iść dalej, ale spanie w namiocie odpadało przy tym całym deszczu, a dalej ciężko było o kawałek dachu nad głową. Po przeanalizowaniu sytuacji stwierdziłem, że zostaję na noc właśnie tu.

Przeszedłem więc szalone 12 kilometrów, pokonując 500 metrów różnicy wysokości. Raczej kiepsko.

Ale… zdecydowałem się też na pewne zmiany. Namiot, karimata i kij do selfi (który użyłem zaledwie podczas jednego wyjazdu – w Azji) zostają w Kubalonce, a jedzenie z Rzeszowa zjedzą tutejsze wilki.

W rezultacie plecak straci 5 kilogramów wagi, co pozwoli poruszać się szybciej, bo póki co wychodzi piorunująca średnia 2 km/h.

A i dzień trzeci zamierzam zacząć o 6:00, bo następny nocleg czeka w Żabnicy – jakieś 27 kilometrów dalej.

Soszów Wielki – Widok na Beskid Śląski
Szlak na Stożek Wielki
Szlak na Stożek Wielki
Skałki między szczytami Kyrkawica i Kiczory

GSB – Dzień 3

Przeł. Kubalonka -> Stecówka -> Barania Góra 1220 -> Węgierska Górka -> Żabnica

Przez całą noc lało. Przestało walić żabami dopiero o 8:00. Wypaliłem więc ostatnią fajkę i ruszyłem w trasę. Najbliższą miejscowość, gdzie jest jakiś sklep miałem zobaczyć za jakieś 25 kilometrów. Kurde, tak daleko po fajki to jeszcze nie szedłem.

Ale przynajmniej motywacja była!

Mimo, że już nie padało to drogami i ścieżkami płynęły strumienie wody. Początek był nudny, ale od miejsca zwanego Szarcula do Stecówki szlak znów biegł wyjątkowo fajnie i ciekawie przecinając strumienie i bagniska. Po nieco ponad dwóch godzinach dotarłem do doliny Czarnej Wisełki. Patrząc na jej wezbraną i wzburzoną wodę pomyślałem, że znów pewnie zaleje pół Polski…

Dzięki ścince drzew nie zauważyłem, że szlak odbija w górę od drogi i w rezultacie zrobiłem nadprogramowy kilometr. Oj poleciało trochę bluzgów na tutejszych leśników…

Na krótko zatrzymałem się w schronisku na Przysłopie (które raczej nie zachwyca, jakoś brak tu klimatu), zjadłem pierogi, zmieniłem przemoczone buty i ruszyłem na Baranią Górę. Od tej pory, aż do Węgierskiej Górki spotkałem tylko jedną osobę, na dodatek idącą w przeciwnym niż ja kierunku – istna dzicz poza sezonem.

Pod szczytem trafiłem na kolejne bagniska, mgłę i resztki śniegu. Ciekawe więc jak będzie na Babiej Górze? Chyba jednak kurtka zimowa nie była złym pomysłem.

Po godzinie 13:00 stanąłem na wierzchołku Baraniej Góry. To pierwszy na mojej trasie szczyt powyżej 1000 metrów, teraz będzie ich więcej. Mgłę też nieco przewiało i pokazał się ładny widok na Beskid Żywiecki.

Ruszyłem dalej i szedłem i szedłem i szedłem (zaczął padać deszcz) i szedłem wkurwiony, aż doszedłem.

Do mostu na rzece Soła. Nazwałem go Mostem Bogów i tak się czułem jak Cheryl Strayed, gdy przekraczała ów most.

Soła jest rzeką graniczną między Beskidem Śląskim i Beskidem Żywieckim, a most był swoistym przejściem granicznym, zakończeniem pierwszego etapu wędrówki, czymś niemal mistycznym.

Dobra, chrzanić most. Byłem przemoczony, głodny, chciało mi się pić i od rana nie paliłem. Decyzja? Azymut na najbliższy sklep 

Z Węgierskiej Górki już tylko trzy kilometry dzieliło mnie od Żabnicy, gdzie miałem zarezerwowany nocleg, więc zdążyłem jeszcze zjeść pizzę. Maxiplacek co prawda to nie był, ale nawet była dużo lepsza.

Po godzinie 20:00 dotarłem do Żabnicy mając za sobą 28 kilometrów (+1 nadprogramowy) i 700 metrów różnic wysokości. A więc dało się osiągnąć nie najgorszy wynik.

Szlak między przełęczą Szarcula i przysiółkiem Stecówka
Szlak na Baranią Górę
Barania Góra – Widok na Magurkę Radziechowską
Barania Góra – Zejście w stronę Węgierskiej Górki
Szlak na Magurce Radziechowskiej
Magurka Radziechowska
Hala Radziechowska
Widok z Hali Radziechowskiej
Widok na Węgierską Górkę i rzekę Soła
Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *