W ciągu siedmiu dni pokonałem ponad 100 kilometrów. Ostatni nocleg wypadł mi w Schronisku Markowe Szczawiny. Przede mną była Babia Góra 1725 m. n.p.m. – najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego i zarazem najwyższy poza Tatrami szczyt w Polsce. Tej właśnie góry obawiałem się najbardziej podczas swojej wędrówki. Był już niemal czerwiec, ale już z oddali widać było śnieg pokrywający wierzchołek góry. Czekało mnie również pokonanie zamkniętego odcinka szlaku. Na mapie na czerwono zaznaczony był jego fragment w okolicy budowanej Zakopianki z podpisem „brak przejścia” i zalecanym alternatywnym wariantem przejścia tego odcinka. Ja jednak nie zamierzałem zbaczać ze szlaku. Zapowiadała się więc ciekawa przygoda!
GSB – Dzień 8
Schr. Markowe Szczawiny -> Babia Góra 1725 -> Przeł. Krowiarki -> Polica 1369 -> Schr. na Hali Krupowej
Do szczytu Babiej Góry zostało mi raptem trzy km, a zarazem około 550 metrów podejścia. Zapowiadało się zatem dość ostro. Właśnie Babiej Góry najbardziej się obawiałem jeszcze przed wyjazdem z Rzeszowa, a teraz dzieliło mnie od niej raptem kawałek.
Ruszyłem. I co kilkadziesiąt kroków zatrzymywałem się sapiąc jak wpół zdechła lama. Było stromo. A nad moją głową zbierały się coraz ciemniejsze chmury. Jeszcze tylko burzy brakowało…
Nagle niebo zaczął rozdzierać huk. Ale jakiś taki zbyt długi. Ok, to tylko samolot, ale poważnie mnie nastraszył. Po pół godzinie dotarłem do Przełęczy Brona. Tabliczki ze strzałkami szlaku pokazywały taki sam czas. Było więc nieźle.
Skończył się las, zaczęła kosodrzewina i pieruński wiater, taki co góralom urywa jajca.
Pod szczytem skończyła się i kosodrzewina, a zaczęły rumowiska skalne. Tutaj drogę na szczyt wyznaczały wytarte głazy.
Po godzinie marszu stanąłem wreszcie na wierzchołku Babiej Góry (1725 m)
Zatem najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, a zarazem najwyższy szczyt na Głównym Szlaku Beskidzkim zdobyty!!!
Dumny byłem z siebie jak cholera!
Nie było łatwo, ale łatwiej niż się spodziewałem.
Zrobiłem parę fot, spaliłem fajkę i ruszyłem dalej, bo wiało niemiłosiernie. Siedemset metrów różnicy wysokości w stosunku do Przełęczy Krowiarki to istna masakra – dobrze, że nie musiałem tędy wchodzić. Ale schody, jeszcze gorsze niż na Tarnicę dały mi popalić.
O 14:30 dotarłem do przełęczy. Teraz opcje miałem dwie – albo zjechać na dół do Zawoi i tam przenocować, albo pokonać kolejne 10 kilometrów i 500 metrów podejść i dowlec się do schroniska na Hali Krupowej. Wybrałem drugą opcję. Przez sporą część drogi towarzyszył mi odgłos pił i huk padających drzew. Szedłem dużo bardziej skoncentrowany niż zwykle i uważnie rozglądałem się na boki, co by jakimś drzewem w łeb nie oberwać.
W końcu dotarłem na Policę 1369 m – ostatni tak wysoki szczyt w Beskidzie Żywieckim. Droga usłana była przewróconymi co kilkanaście metrów drzewami – z tym chyba będzie mi się kojarzyć Beskid Żywiecki.
Przed 19:00 zameldowałem się w małym i lekko mrocznym schronisku na Hali Krupowej. Pomijając pracowników schroniska byłem tu sam, co w sumie mnie nie dziwiło, bo raz, że jest początek tygodnia, a dwa – pogoda bliższa późnej jesieni niż późnej wiosny.
Teraz czekała mnie już tylko długa droga w dół ku dolinie Raby.









GSB – Dzień 9
Schronisko na Hali Miziowej -> Okrąglica 1239 -> Bystra Podhalańska -> Jordanów
Obudziłem się z myślą, że mi się nie chce. Cholernie mi się nie chce wręcz. Mógłbym w sumie tu zostać, tylko co miałbym robić?
Ubrałem więc ostatnie czyste skarpetki, spakowałem dobytek i wypełzłem na zewnątrz. Nie minęło nawet 5 minut marszu, gdy zaczęło padać. Szlag.
Nie żebym narzekał, ale 12 kilometrów dzielące Halę Krupową i Bystrą Podhalańską to był najnudniejszy jak na razie odcinek szlaku. Najbardziej intrygującą rzeczą było znalezienie przeze mnie wiaty z na wpół dziurawym dachem, gdzie zjadłem chleb z pasztetem jako śniadanie. Ekscytujące!
Schodząc już do Bystrej spotkałem grupę dzieciaków z wycieczki szkolnej, które zapytały mnie:
– Kiedy będzie tu jakieś fajne miejsce?
– Nie będzie – odpowiedziałem. Może brzmiało to brutalnie, ale jakże prawdziwie.
A w samej Bystrej? Wiadomo, jak ktoś obcy przybędzie do wsi to zaraz wszystkie psy szczekają, a miejscowi spoglądają z zaciekawieniem. I tak zaczepiło mnie trzech degustatorów trunków wysokoprocentowych:
– Panie pielgrzymie, skąd pan idziesz?
– Z Ustronia.
– Długo już?
– Dziewiąty dzień.
– Dziewiąty dzień? – ten najbardziej kumaty złapał się za głowę i po chwili namysłu dodał – A my to trzeci dzień pijemy.
Każdy ma jakąś swoją passę. 😉
Paradoksalnie to właśnie fragment szlaku biegnący przez wioski był najciekawszy tego dnia. Najpierw przekroczyłem rzeczkę Bystrzankę, a dwa kilometry dalej Skawę i dotarłem do Jordanowa.
Chciałem iść dalej, ale przez godzinę przeszukiwania internetów, nie udało mi się znaleźć nigdzie wolnych miejsc w kolejnych wioskach. Wszystko przez budowę Zakopianki – większość miejsc noclegowych zajmują budujący drogę robotnicy. Ostatecznie znalazłem pokój w oddalonej o dwa km od centrum Jordanowa agroturystyce. Do baru przy rynku (wreszcie cywilizacja) wpadłem jeszcze na tortillę i upragniony rum z colą (ciemne Bacardi tylko było, ale lepsze to niż White Diamond) i poczłapałem bunkrować się w Villi Urszula.
Jutro miał się zakończyć kolejny etap wędrówki.



GSB – Dzień 10
Jordanów ->Wysoka -> Skawa -> Rabka-Zdrój
Wyszedłem z ciepłego pokoju na zewnątrz i wiało i lało i w ogóle wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły „NIE”!
Ale miałem już zarezerwowany nocleg w Rabce-Zdroju więc trzeba było zacisnąć zęby i ruszać.
Szybko dotarłem do rynku w Jordanowie i zrobiłem coś, co sprawiło mi ogromną radość – kupiłem koszulkę, skarpetki i gacie.
W końcu nie będę śmierdzieć jak menel!
Trasa do Skawy nie zachwycała – asfalt, błotniska stokówka, wejście na Wysoką, znów asfalt i byłem na miejscu.
Stąd szlak biegł pod Birtalową po błotnistej drodze przez łąki by dotrzeć przez las do Zakopianki.
Zaraz za krajówką trafiłem na tabliczkę mówiącą, że nie ma możliwości przejścia szlakiem przez teren budowy drogi S7.
Nie ma? No to zobaczymy!
W sumie mogłem przeskoczyć skarpy i budowaną drogę, ale byłoby to lekko przypałowe.
Obszedłem więc budowę dookoła nadrabiając około kilometra i wróciłem na szlak. Dało się więc.
Od teraz szlak biegł łąką, więc po chwili byłem mokry nie tylko od góry, ale i od dołu. I znalazłem pierwszego kleszcza. Na szczęście jeszcze się dziad nie zdążył wbić.
Około 16 dotarłem do Rabki i mostu na Rabie. Liczyłem na coś bardziej spektakularnego, a był to zwyczajny most. Mimo wszystko Raba jest rzeką graniczną między Beskidem Żywieckim i Gorcami, więc przekraczając Rabę zakończyłem drugi etap wędrówki.
150 kilometrów za mną!!!
Jako, że trasa nie była zbyt intrygująca, opowiem Wam historyjkę:
W Rabce-Zdroju już kiedyś byłem. To było między pierwszą, a drugą klasą podstawówki. Rodzice wysłali mnie tu na kolonię. I tak się złożyło, że dziewczyna, która bardzo mi się podobała również przyjechała tu na kolonię. Czas biegł spokojnie, aż pewnego dnia spotkałem ją w sklepie. Odpowiedziałem szybkie, niewyraźne „cześć” na jej próby zaczęcia konwersacji i uciekłem najszybciej jak się dało.
A gdy zorganizowano dyskotekę dla obu kolonii, unikałem głównej sali, bo jeszcze mogłaby mnie zobaczyć i co gorsza, mogłaby chcieć tańczyć. I co wtedy? Taki był ze mnie Casanova. 😉
A tymczasem jutro czas na Gorce!


