Czekała mnie najdziksza część Bieszczad. Przede mną był liczący niemal 25 kilometrów odcinek z Duszatyna do Cisnej biegnący przez leśne ostępy Wysokiego Działu. A dalej? Przyprawiająca od zawrót głowy cywilizacja!
GSB – Dzień 27
Komańcza – Prełuki – Duszatyn – Chryszczata 997 – Przeł. Żebrak
Wstałem dość wcześnie, ale ewidentnie brakowało mi weny do poruszania nogami. Zrobiłem zakupy w Komańczy i ruszyłem szlakiem w kierunku Prełuków. GSB całkiem ciekawie omijał szutrówkę prowadzącą przez grzbiet Smerkowiec.
Tak dotarłem do doliny Osławy. Jest to rzeka graniczna pomiędzy Beskidem Niskim i Bieszczadami. Przechodząc przez most znalazłem się więc w Bieszczadach!
Przede mną była żmudna wędrówka asfaltem do Duszatyna. Ilość turystów zmierzających do Jeziorek Duszatyńskich przerażała, ale musiałem się do tego przyzwyczaić, bo po spokojnym i tanim Beskidzie Niskim czekały mnie drogie i zatłoczone Bieszczady.
Jeziorka były ładne, jak zawsze zresztą. Po dłuższej chwili obserwowania chaotycznie latających ważek i pływających tuż pod taflą wody ryb ruszyłem na Chryszczatą.
Tuż za tym najpopularniejszym szczytem pasma Wysokiego Działu nagle, w magiczny sposób zniknęli turyści.
Przez pasmo Wysokiego Działu dwukrotnie przeszedł front podczas I Wojny Światowej i doszło tu do dość ciężkich walk. Stąd w okolicy Chryszczatej znaleźć można stare cmentarze i symboliczne groby. Byłem więc tu sam, otoczony przez dziki las i wędrowałem wśród mogił.
Wiedziałem już od dłuższego czasu, że nie dotrę do Cisnej przed zmrokiem, więc gdy doczłapałem do Przełeczy Żebrak zamierzałem zostać tu na noc. Wiata turystyczna w razie czego miała chronić mnie przed deszczem. Doszedłem jednak do wniosku, że latające tu muchy i osy jeszcze długo nie dadzą mi żyć, więc podjąłem decyzję o zejściu do bazy namiotowej w dawnej miejscowości Rabe. Tym bardziej, że zaczynało brakować mi wody.
W bazie rozbiłem namiot, od bazowego dostałem zapas wody pitnej (wielkie dzięki) i padłem jeszcze przed zmrokiem. O dziwo przeszedłem prawie 21 kilometrów, mimo, że dość mocno się wlekłem.


GSB – Dzień 28
Przeł. Żebrak – Jaworne 992 – Wołosań 1071 – Cisna
Chłodny poranek obudził mnie gdy słońce ledwie zaczęło rozświetlać polanę. Zwinąłem namiot, zjadłem śniadanie i po monotonnym marszu dotarłem do Przełęczy Żebrak.
Podejście na Jaworne i Wołosań natomiast było całkiem przyjemne. Będąc na Wołosaniu po raz pierwszy od 10 dni znalazłem się na wysokości ponad 1000 metrów n.p.m. Teraz będzie zdarzać się to znacznie częściej.
Za Wołosaniem szlak zrobił się nudny, a na dodatek dopadła mnie krążąca nad Cisną burza. Morale drastycznie spadło i powoli zaczynałem zastanawiać się nad sensem dalszej wędrówki. Trzeba było więc morale ratować!
W Cisnej udało mi się kupić kilka nowych, czystych i nie śmierdzących ubrań. Do tego znalazłem nocleg w przyczepie kempingowej na polu namiotowym! Wow, po raz pierwszy miałem spać w przyczepie!
Już było dobrze, ale dodatkowo zastosowałem środek poprawiający humor w postaci rumu z colą w Siekierezadzie.
W rezultacie spać poszedłem około 2 w nocy, ale za to z myślami pełnymi optymizmu.




GSB – Dzień 29
Cisna – Jasło 1153 – Okrąglik 1101 – Fereczata 1102 – Smerek
Zanim wystartowałem z Cisnej zrobiło się już południe. Szło mi się zadziwiająco dobrze. Po raz pierwszy od początku wędrówki odciski nie dokuczały mi jakoś specjalne, a rozważne stawianie kroków sprawiało, że momentami zapominałem o bolącej kostce.
Ciężkie podejście pod Rożki, a następnie pod Małe Jasło pokonałem całkiem szybko. Wreszcie wdrapałem się również na Jasło 1153 m. n.p.m. Widoki były cudne!
Stąd czekało mnie zejście do szczytu Okrąglik. Po raz pierwszy od Beskidu Żywieckiego (a zarazem ostatni już raz na szlaku) znalazłem się na granicy polsko-słowackiej.
Całkiem pozytywnie zaskoczyła mnie natomiast Fereczata – to naprawdę ładny, a zarazem rzadko odwiedzany szczyt.
Wyprzedzając po drodze innych turystów (wow!) popędziłem w dół do wsi Smerek. Zrobiłem zakupy na dwa dni w sklepie i ruszyłem przez wieś w stronę pola namiotowego przy wejściu na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego.
Tyle, że pola namiotowego tu nie było. Jedynie parking bez żadnej infrastruktury i ani żywej duszy.
Nagle usłyszałem jakieś hałasy. Okazało się, że w to miejsce trafił również Maciej i Dominika – turyści z Krosna. Dość szybko złapaliśmy wspólny język. Zostałem poczęstowany herbatą, a na noc pożyczyli mi karimatę.
Wieczór minął mi przy rozmowie o gwiazdozbiorach i kosmosie z której dużo się nauczyłem. Czekała nas przecież noc spadających gwiazd…


