Ostatni etap wędrówki w Beskidzie Niskim prowadzący przez odludne tereny i dzikie lasy. To właśnie tu spotkałem wspaniałych ludzi, którzy nie znaleźli się w górach przez przypadek i dzięki którym noc w zapomnianym przez świat Przybyszowie miała wspaniałą atmosferę.
GSB – Dzień 25
Puławy Górne – Skibce 776 – Wilcze Budy 759 – Tokarnia 778 – Przybyszów
Pierwszy raz usłyszałem o GSB jakieś 13 lat temu. W moim wyobrażeniu wędrówka szlakiem miała trwać miesiąc, może dwa. Wyobrażałem sobie marsz przez piękne i dzikie góry, noclegi w namiocie przy ognisku, błogie chwile relaksu na zdziczałych łąkach, zimne piwo wypite pod sklepem w jakiejś wiosce na krańcu świata i ludzi z którymi spędza się godziny na rozmowach o wszystkim i niczym. Po prostu przygoda bez żadnych ograniczeń czasowych, bez żadnego „muszę”, „trzeba” czy „należy”. Takie było moje wyobrażenie.
Dopiero dużo później dowiedziałem się, że są ludzie którzy przechodzą ten szlak w 21 lub mniej dni. Sam też postanowiłem tak spróbować. I te dwa lata temu po kilku dniach stwierdziłem, że to bez sensu, bo cały romantyzm wędrówki zabija ograniczenie przez czas i konieczność przebycia określonej liczby kilometrów.
W tym roku dotychczas pokonywałem nieco większe odległości niż poprzednio. Aż do dziś. Po wyjściu z Puław Górnych dotarłem do granicy lasu w Paśmie Bukowicy. Tu w cieniu drzewa stała ławeczka z widokiem na okoliczne łąki. I właśnie w tym miejscu stwierdziłem – czas przywrócić romantyzm do tej wyprawy. Zrzuciłem plecak, wygodnie rozłożyłem się na ławce i po prostu zacząłem delektować się tą chwilą. Otaczającą mnie ciszą, ciepłym sierpniowym słońcem i czasem tylko dla siebie. Przez dłuższą chwilę nie myślałem o czekających mnie kilometrach do przebycia, o tym ile godzin pozostało do zmroku i o tym dokąd dziś powinienem dotrzeć. Tak minęły mi dwie godziny. Tego jednak właśnie najbardziej było mi trzeba.
No, ale szlak się sam nie przejdzie, więc nie mogłem tak leżeć w nieskończoność i w końcu ruszyłem dalej.
Na szczycie Skibce poznałem holendra Nikolausa z którym wędrowałem aż pod szczyt Tokarnia i z którym przegadałem całą drogę.
Zdecydowałem się przenocować w chacie w Przybyszowie. Bez prądu i bieżącej wody, ale za to w świetnym towarzystwie. Niebo rozświetlały setki gwiazd, a wieczorne rozmowy ciągnęły się w nieskończoność. I to był ten prawdziwy klimat GSB.


Dzień 26
Przybyszów – Kamień nad Rzepedzią – Wahalowski Wierch 666 – Komańcza
W nocy nad Przybyszowem szalała burza. Jednak dobrym pomysłem było spanie w chacie, a nie pod namiotem.
Na szlak wyruszyłem dopiero po godzinie 11. Przeszedłem przez tereny dawnej, wysiedlonej wioski i zacząłem wspinać się na szczyt Kamień (kolejny, tym razem nad Rzepedzią).
Minąłem skalne ostańce i skierowałem się w stronę Wahalowskiego Wierchu. Ten odcinek szlaku był naprawdę ładny.
Tuż pod szczytem trafiłem na ogromne stado owiec. Zaczęło się od „Dzień dobry” i poczęstowania fajką. I tak poznałem Rafała – opiekuna stada liczącego 850 owiec. Ciężka i żmudna to praca. Nie ułatwiają jej również wilki, które zaskakująco (dla mnie) często atakują pasące się owce.
Z Wahalowskiego Wierchu, który ma szatańską wysokość – 666 m n.p.m. i którego grzbiet wieńczą widokowe łąki ruszyłem w stronę Komańczy.
Gdy dotarłem do dawnego schroniska PTTK mocno zastanawiałem się czy nie iść dalej do Duszatyna, ale ostatecznie wizja prysznica, dachu nad głową i przede wszystkim pizzy wygrała.
Do przejścia zostało mi już zaledwie 95 kilometrów.

