Ostatnia część marszu najdłuższym górskim szlakiem w Polsce. Falujące na wietrze połoniny, upalne słońce i coraz bliższy koniec wędrówki.
GSB – Dzień 30
Smerek – Smerek 1222 – Osadzki Wierch 1253 – Brzegi Górne
Noc była wyjątkowo zimna i wilgotna. Chyba powoli zbliża się jesień…
Za nocleg na pseudo polu namiotowym zostałem skasowany 30 zł. Kompletnie bez sensu, ale stwierdziłem, że nie będę się wykłócać. Omijajcie to miejsce jednak szerokim łukiem.
Gdy ogarnąłem swój dobytek i byłem na bieżąco z internetami ruszyłem na szlak. Podejście pod szczyt Smerek było ciężkie i strome. Szło mi jednak nie najgorzej i targając na plecach 15-sto kilogramowy plecak wyprzedzałem większość turystów niosących małe plecaczki.
Zrobiłem sobie krótką przerwę pod krzyżem na szczycie Smerek i zszedłem na Przełęcz Orłowicza.
W tym momencie odechciało mi się kompletnie. Doszedłem do wniosku, że Połonina Wetlińska, mimo, że pozwalająca oglądać cudne widoki jest zarazem cholernie nudna. Chyba byłem tu zbyt wiele razy… Do tego ciągły jazgot i hałas jaki wytwarzali turyści coraz bardziej mnie irytował.
Jakoś doczłapałem do Osadzkiego Wierchu. Gdzieś tu wypadał dwusetny kilometr mojej wędrówki. Nawet jednak nie zatrzymałem się na najwyższym dostępnym punkcie Połoniny Wetlińskiej (Osadzki ma wysokość 1253 m. n.p.m., na wyższy od niego o 2 metry Roh nie prowadzi szlak), lecz popędziłem dalej.
Przy tymczasowych szałasach poniżej dawnej Chatki Puchatka znalazłem się przed godziną 17. Połonina Wetlińska powoli się wyludniała, a soczyste przekleństwa pani sprzedającej oscypki podziałały jak miód na moje uszy.
Wreszcie zrobiło się tak jakoś normalnie.
Schodzenie do Brzegów Górnych było już przyjemnością. Niesamowity widok na ukraińskie Bieszczady, a do tego tak upragniona cisza sprawiały, że ten dzień okazał się jednak nie najgorszym.
Ciągły hałas przez cały dzień naprawdę niesamowicie męczył. Ciągłe mówienie „cześć” lub „dzień dobry” też. Po około 300 miniętych osobach po prostu wbiłem wzrok w ziemię i patrząc pod nogi zwyczajnie ignorowałem innych. Żeby nie było, ja naprawdę lubię ludzi i lubię nawiązywać konwersacje, ale ludzi na szlaku było zdecydowanie za dużo.
Gdy dotarłem do Brzegów (Berehów) Górnych podjąłem strategiczną decyzję. Wsiadłem w busa do Ustrzyk Górnych, by tam rozbić namiot i spędzić dwie noce.
Jutro wrócę busem do Brzegów, by przez Połoninę Caryńską dotrzeć do Ustrzyk na piechotę, tyle, że już bez obciążenia i tylko z siatką z Biedronki (jeśli taką znajdę). Perspektywa prysznica i odrobiny zalet cywilizacji przeważyła.








GSB – Dzień 31
Brzegi Górne – Połonina Caryńska 1297 – Ustrzyki Górne
Noc w Ustrzykach Górnych była względnie ciepła, więc wstałem nieco bardziej wypoczęty niż poprzedniego dnia.
Gdy już się ogarnąłem, zaopatrzony jedynie w butelkę wody złapałem busa do Brzegów Górnych.
Początek szlaku mimo, że dość stromy minął mi całkiem szybko. Wraz z tym jak zbliżałem się do odsłoniętych partii Połoniny Caryńskiej tempo nieco mi spadło. Wdrapałem się jednak wreszcie na wysokość 1297 m n.p.m. Bez obciążenia był to niemal spacerek.
Na szczycie zatrzymałem się zaledwie na chwilę i popędziłem dalej by uniknąć tłumu ludzi.
Szukając spokojnego miejsca, gdzie złapię trochę ciszy przeszedłem całą Połoninę Caryńską. Widoki podobnie jak poprzedniego prezentowały się ładnie, choć odległe ukraińskie szczyty były nieco przymglone.
Od granicy lasu miałem już zaledwie 3 kilometry do Ustrzyk Górnych, więc po krótkiej przerwie ruszyłem w kierunku swojej bazy.
Dzień był całkiem przyjemny, wręcz relaksujący. Czeka mnie już ostatni odcinek – 23 kilometrowa pętla z Ustrzyk Górnych, przez Szeroki Wierch i Halicz do Wołosatego. Tam będzie koniec liczącego niemal 502 kilometry szlaku i koniec mojej przygody z GSB.






GSB – Dzień 32 – OSTATNI!
Ustrzyki Górne – Szeroki Wierch – Przeł. Goprowska – Halicz 1333 – Rozsypaniec 1280 – Przeł. Bukowska – Wołosate
Na szlak ruszyłem niewiele przed godziną 9. Zadziwiająco szybko dotarłem na Przełęcz pod Tarnicą – w 2 godziny i 20 minut (tabliczki pokazują czas ponad 3 godziny), a po drodze zrobiłem sobie jeszcze 15-sto minutową przerwę na śniadanie. Jednak te 15 kilogramów na plecach robią dużą różnicę – bez ciężkiego plecaka idzie się znacznie łatwiej i szybciej.
Uciekając od tłumów turystów od razu popędziłem w stronę Przełęczy Goprowskiej. Dopiero stąd szlak w kierunku Halicza pozwolił mi na delektowanie się ciszą, falującymi na wietrze połoninami i pięknem tego miejsca. Gdy byłem tu ostatnio wszystko spowijała mgła, więc teraz miałem okazję zobaczyć jak wygląda ta część Bieszczad w rzeczywistości.
Tylko czasem robiłem krótsze przerwy i mijając Halicz i Rozsypaniec jeszcze przed godziną 14 dotarłem do Przełęczy Bukowskiej. Teraz czekało mnie długie i monotonne schodzenie w stronę wsi Wołosate.
Kamienista droga, resztki starego asfaltu i otaczający las. Tak wyglądało ostatnie osiem kilometrów szlaku.
Aż wreszcie dotarłem do słupka z magiczną czerwoną kropką na białym tle!
Tu, w Wołosatem był koniec/początek liczącego niemal 502 kilometry szlaku – GSB – Głównego Szlaku Beskidzkiego!
UDAŁO SIĘ!!!
Szybko złapałem busa do Ustrzyk Górnych, by ogarnąć się, zwinąć namiot, świętować przejście szlaku i wrócić do Rzeszowa.




