Ostatni dzień w Pradze – upiorne bobasy Davida Cernego, wąska uliczka z sygnalizacją świetlną dla pieszych, tańczące domy i wzgórze Wyszehradu.
Dzień 3
Praga – Mała Strana, Wyszehrad
Poranek trzeciego i ostatniego dnia w Pradze… Ciężko było Andżeli mnie dobudzić i zmusić do wstania z łóżka. Jakoś tak miałem potrzebę porządnego wyspania się. Zresztą czułem się już spełniony, zobaczyłem sporą część miasta i aż tak mnie do niego nie ciągnęło. Aczkolwiek warto było wstać i jeszcze trochę poplątać się po Pradze, ale to okazało się później.
W recepcji dowiedzieliśmy się, że możemy zostawić swoje rzeczy jedynie do 14:30, potem trzeba zapłacić 150 Kc. Oczywiście to żebyśmy zapłacili nie wchodziło w grę, więc trzeba było ustalić jakiś plan działania.
Na pierwszy ogień więc poszła Kampa. Niewielka wyspa, której granice wyznaczają Wełtawa i Čertovka – czyli Czarci Potok. Swoją drogą podoba mi się ta nazwa. Pokręciliśmy się trochę po wyspie, zatrzymując się na chwile przy tutejszym muzeum sztuki nowoczesnej i kolejnych bobasach rodem z horrorów autorstwa Davida Cernego, tylko tym razem trochę większych. Udało nam się także odnaleźć koło młyńskie napędzane wodą z Czarciego Potoku i most pełen kłódek które zapinali zakochani. I to nie tylko w konfiguracji – mężczyzna + kobieta. Zdarzały się także i dwie kobiety, a nawet trójkąty 😉

Kolejny cel – szukamy uliczki tak wąskiej, że zrobiono w niej sygnalizację świetlną dla pieszych.
No i szukając jej, troszkę się pogubiliśmy i nie trafiliśmy na nią od razu. Ale dzięki temu pospacerowaliśmy po uliczkach na których wcześniej nie byliśmy, zobaczyliśmy kilka wcześniej niewidzianych kościołów oraz znaleźliśmy taras tuż nad Wełtawą z ładnym widokiem na Most Karola i śmiszny ruchomy pomnik-fontannę dwójki mężczyzn sikających na Czechy (również autorstwa Cernego).
Uliczka, a w zasadzie zejście do jednej z knajpek jakaś szałowa nie była, ale z pewnością jest to jakaś ciekawostka i atrakcja dodająca uroku Pradze.
Przez most Karola, teraz pełny turystów, muzyków, straganiarzy i żebraków wróciliśmy do hostelu po plecaki.


Trochę się ogrzaliśmy, zjedliśmy obiad i z całym ekwipunkiem ruszyliśmy na południe. Idąc wzdłuż Wełtawy zobaczyliśmy jeszcze tańczące domy oraz modernistyczny klasztor Emaus, a następnie zaczęliśmy się wspinać na wzgórze Wyszehrad. Warto było. Nawet nie po to by zobaczyć zamkowe mury, czy którąś ze świątyń, ale przede wszystkim dla widoku na Pragę. Spędziliśmy na wzgórzu trochę czasu, w końcu i tak mieliśmy go jeszcze całkiem sporo, ale wygonił nas zimny wiatr. Zarówno on, jak i pochmurne niebo oraz spadające liście przypominały, że pomału zbliża się jesień.



Zeszliśmy z wzgórza i zagłębiliśmy się w rzadko odwiedzane przez turystów uliczki Nowego Miasta. Tutaj – nieco niżej i w pewnej odległości od Wełtawy było trochę cieplej. Nie mieliśmy już żadnych konkretnych planów, więc zaczęliśmy szukać sklepu by kupić coś do jedzenia i wydać ostatnie korony. Pomału zapadał zmrok. Na jakiś czas zatrzymaliśmy się jeszcze w parku w pobliżu jakiegoś kościoła i postanowiliśmy pomału kierować się w stronę dworca. Dziwnym trafem wylądowaliśmy na chińskiej uliczce – takim małym praskim Chinatown, a chwilę później znaleźliśmy się na Václavské náměstí. Ulicy pełnej ludzi, zarówno turystów jak i miejscowych, bijącej życiem o tej porze.

Natknęliśmy się na ciekawą akcję – można było kupić cegiełkę i własnoręcznie ją pomalować lub coś na niej napisać. Z cegiełek ułożony został mały, kolorowy labirynt, do którego można było wejść. A pieniążki szły na jakiś szczytny cel. Pozytywna i ciekawa rzecz.


Ostatnie 2,5 godziny w Pradze zdecydowaliśmy się przekoczować na dworcu. Nawet udało mi się znaleźć kąt i wygodnie się ułożyć do snu, ale przyszedł ochroniarz i kazał siąść na krzesełkach. I przez to na upragniony sen musiałem poczekać do północy, gdy autobus opuszczał Pragę.
Epilog
Praga -> Wrocław -> Warszawa ->Rzeszów
Niemal całą drogę do Wrocławia przespałem, ale gdy wysiedliśmy z autobusu wciąż jeszcze bardzo marzył mi się sen. Przeczekaliśmy do 6 rano na dworcu, zrobiliśmy małe zakupy i wsiedliśmy w autobus jadący na lotnisko.
Nigdy wcześniej nie lecieliśmy samolotem, więc aby uatrakcyjnić sobie wyjazd postanowiliśmy wracać przez Warszawę. Wyszło zaledwie kilkanaście złotych drożej, a była szansa by ten pierwszy raz mieć za sobą 🙂
Na lotnisku mieli cudowną rzecz – fotele na których można się było rozłożyć i zasnąć.
Aż wreszcie doczekaliśmy się odprawy i znaleźliśmy się po drugiej stronie szyby dzielącej budynek na dwie części. Teraz już czas mijał dużo szybciej i ekscytacja rosła coraz bardziej – w końcu to pierwszy lot samolotem.
Samolot wzbił się w powietrze i ujrzeliśmy Wrocław z lotu ptaka. Niesamowite uczucie.

Po 40 minutach wylądowaliśmy w Modlinie. Następnie dwukilometrowy spacer do Nowego Dworu Mazowieckiego, bus do Warszawy, metro na Wilanowską i autobus do Rzeszowa.
I tak zakończyła się wyprawa do stolicy Czech – Pragi.