Mekong – jedna z największych rzecz świata – towarzyszył nam już poprzedniego dnia w czasie drogi z północy na południe Laosu. Teraz jednak po raz pierwszy stanęliśmy na jego brzegiem.
Dzień 9
Pakxé
Zbyt długo jednak nie pospaliśmy, bo w pokoju zaczynało się robić okropnie duszno.
Śniadanie zjedliśmy w knajpce Daolin – jednym z niewielu sensownych lokali w Pakxé i ruszyliśmy zwiedzać miasteczko. Tak naprawdę zbyt wiele do zobaczenia tu nie ma. Warto jednak zajrzeć do świątyni Wat Luang – największej i najpiękniejszej świątyni w Pakxé, zbudowanej w 1935 roku.
W niej swoją siedzibę ma buddyjska szkoła mnichów i można zobaczyć tu przyszłych duchownych podczas ich codziennych modlitw czy odpoczywających nad rzeką Xe Don, która niecały kilometr dalej wpada do Mekongu.









Oczywistym więc było dla nas, że następne swe kroki skierujemy właśnie nad Mekong – czwartą najdłuższą rzekę Azji i dziewiątą na świecie. Ogromna, szeroka na półtora kilometra rzeka robiła wrażenie. Na drugim jej brzegu wypatrzyliśmy monumentalną, błyszczącą w słońcu postać Buddy. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy iść do niej, ale pokonało nas zmęczenie po nieprzespanej nocy i okrutny upał. Zamiast podziwiać Buddę postanowiliśmy wypić piwo w skromnej nadrzecznej knajpce. Zimne Beer lao w ten upał to było coś niesamowicie przyjemnego.


Zajrzeliśmy jeszcze na miejscowy bazar i Maciek postanowił wracać do pokoju by trochę odpocząć. Ja miałem jeszcze trochę siły, więc postanowiłem zajrzeć do najstarszej świątyni w Pakxé – Wat Phabad. Panował tu spokój i cisza kontrastująca ze zgiełkiem pobliskiej drogi. W głębi kompleksu kryły się kolorowe nagrobki, a w cieniu drzew przemykali mnisi ubrani w pomarańczowe szaty. Udało mi się nawet poprosić kilku z nich o zrobienie zdjęcia. Ciekawe i intrygujące miejsce.






Gdy wróciłem do pokoju, po dłuższej dyskusji doszliśmy do wniosku, że zanim ruszymy do Kambodży (do granicy mieliśmy stąd około 150 kilometrów) wypadałoby coś jeszcze w tym Laosie zobaczyć.
Miejscowe biura podróży oferowały różne warianty jednodniowych wycieczek. Najbardziej sensowne wydawały się wycieczki do 4000 wysp lub do wodospadów na Płaskowyżu Bolaven. Ostatecznie wybraliśmy tą drugą opcję.
Dlaczego jednak postanowiliśmy skorzystać z biura podróży? Z prostej przyczyny – gdybyśmy mieli załatwiać transport na własną rękę, wyszłoby niewiele taniej, lub nawet tyle samo, a stracilibyśmy niesamowicie dużo czasu na ogarnianie co i jak. Podobnie zrobiliśmy dwa dni wcześniej kupując w biurze podróży bilety na autobus z Phonsavan do Pakxé. Gdybyśmy chcieli kupić je sami na dworcu, czekałaby nas długa i męcząca wędrówka na obrzeża miasta lub konieczność wynajęcia tuk-tuka. W rezultacie stracilibyśmy czas i pieniądze. A tak wszystko było ogarnięte za nas. 🙂
Gdy już ustaliliśmy gdzie chcemy się wybrać następnego dnia popędziłem do biura podróży zabukować wycieczkę, a następnie szybkim krokiem ruszyłem nad Mekong by zdążyć na zachód słońca. Jakoś miałem zdecydowanie więcej energii niż Maciek tego dnia.

Już po zmroku wybraliśmy się na kolację do knajpki Daolin. Zamówiłem sałatkę z bambusa, owoce i deser lodowy. Sałatka była pyszna, ale w połowie jedzenia popłakałem się. Malutkie papryczki chilli puściły sok i każda kolejna porcja lądująca w ustach okupiona była łzami. Ostatecznie nie dałem rady – sałatka mnie pokonała. 🙂