Nad jeziorem Hoàn Kiếm zaczepiło nas kilku młodych Wietnamczyków, którzy chcieli zrobić z nami wywiad. Przez to o mało nie zapomnieliśmy o autobusie jadącym na południe kraju. Autobusie, który i tak nas nie zabrał.
Jak zatem wyglądała podróż do Laosu?
Dzień 4
Hanoi -> Vinh
Przez całą noc bolała mnie głowa i zdaje się, że miałem gorączkę. W brzuchu też czułem nieprzyjemny ból, nie zwiastujący jednak jakiegoś większego kataklizmu.
Rano wcale nie było lepiej. Prawdopodobnie zaszkodził mi ten pieprzony ryż. Wymeldowaliśmy się z hostelu, ale wciąż czułem się słaby i zdecydowałem się zostać w recepcji, umierając w męczarniach, podczas gdy Maciek na kilka godzin poszedł zwiedzać miasto.
Po południu w końcu poczułem się lepiej. Autobus, którym mieliśmy ruszyć na południe do Vinh był dopiero wieczorem, więc coś trzeba było ze sobą zrobić.
Po raz pierwszy od kiedy przylecieliśmy do Wietnamu wyszło słońce, więc zdecydowaliśmy się przekoczować do wieczora nad jeziorem Hoàn Kiếm.
Gdy siedzieliśmy nad jego brzegiem podeszło do nas kilku młodych Wietnamczyków i tłumacząc łamanym angielskim wyjaśnili, że jeden z nich dostał zadanie w szkole by przeprowadzić wywiad z obcokrajowcem. Ok! Padały dość proste pytania typu: „Jak masz na imię?”, „Jaki jest twój ulubiony kolor?”, „Jaki jest twój ulubiony piłkarz?”, „Czym się interesujesz?”. Dość niespodziewana to była sytuacja dla nas, ale chłopaki mieli okazję poćwiczyć angielski, a nam jakoś szybciej leciał czas.
Po zakończonym wywiadzie, podziękowali za pomoc i sobie poszli, ale nie minęło 15 minut jak podeszła do nas kolejna grupa Wietnamczyków z pytaniem czy mogą porozmawiać z nami po angielsku, żeby poćwiczyć język. Podobno to tutaj (nad jeziorem) dość częste. Tego wieczora mieliśmy jeszcze trzecią grupkę, która chciała porozmawiać i dopiero ci ostatni mówili na tyle komunikatywnie, że byli w stanie powiedzieć nam kilka ciekawostek na temat Hanoi i Wietnamu.

W rezultacie o mało nie zapomnieliśmy o tym, że przecież musimy zdążyć na autobus.
Gdy dotarliśmy na dworzec po wschodniej stronie rzeki (ten na którym wylądowaliśmy poprzedniego dnia) okazało się, że wszystkie bilety na autobus do Vinh zostały sprzedane. Po dłuższej próbie dogadania się łamanym angielskim dostaliśmy wskazówki by pojechać na jakiś inny dworzec i którym autobusem to zrobić.
Już w autobusie okazało się, że jednak ten którym jedziemy wcale nie zmierza bezpośrednio na dworzec (mimo, że tak miało być), ale pomocni Wietnamczycy mocno nam pomogli, prowadząc do innego autobusu, jadącego już bezpośrednio do celu.
Kupiliśmy bilety i jakiś typ zaprowadził nas do autobusu, który dopiero był sprzątany pokazując, że nim mamy jechać do Vinh. Po kilkunastu minutach pozwolono nam wejść do środka i zająć miejsce. Czuliśmy się mocno zmęczeni, więc nim jeszcze autobus opuścił Hanoi zasnęliśmy.

Dzień 5
Vinh -> Nậm Cắn
Obudziliśmy się około 3 w nocy, gdy autobus wjeżdżał do Vinh. Wysadzono nas na głównej ulicy w pobliżu dworca. W czymś na kształt kasy siedziała tylko jedna Pani, która po chwili rozmowy (gestykulacji) gdzieś zadzwoniła. Zaprowadziła nas do pokoju gdzie była kanapa i telewizor, byśmy poczekali, a po jakichś 30 minutach przyszedł facet, który sprzedał nam bilety do Phonsavan w Laosie, a później zaprowadził do odpowiedniego autobusu.
Chwilę po 6 siedzieliśmy już w laotańskim autobusie powoli zmierzającym ku granicy. Trzeba przyznać, że był wyjątkowo komfortowy. Do środka wchodziło się bez butów, a podłoga była wyłożona miękkim materacem – coś jak na wf-ie w szkole. Podobnie fotele.




Początkowo płaski krajobraz, pełen pól ryżowych powoli zmieniał się górzysty teren Gór Annamskich. Widoki były niesamowite – wokół dżungla, tajemnicze szczyty i serpentyna wijąca się zboczami gór.
Gdzieś w okolicy południa zatrzymaliśmy się w jednej z górskich wiosek na obiad. Okazało się, że mamy go w cenie biletu na autobus. Knajpka wyglądała jakby zbudowano ją w nieco większym garażu lub hali. Na stole znalazł się ryż, warzywa, mięso, bliżej nieokreślona zupa i wódeczka. Już wcześniej udało nam się złapać prowizoryczny kontakt z podróżującymi z nami Laotańczykami – jednemu bardzo posmakowały polskie kabanosy, a z innym Maciek wymienił parę zdań po rosyjsku. W dalszym nawiązywaniu relacji znacznie pomógł wysoko procentowy trunek.
Wspólne zdjęcie przy stole nawet by fajnie wyszło gdyby nie krzesło… Gdy odchyliłem się nieco do tyłu by wszystkich złapać, malutki plastikowy taborecik zatrzeszczał i łamiąc się przewrócił się do tyłu. Razem ze mną. I salwą śmiechu współkompanów biesiady. Przez głowę przeleciało mi setki myśli, że teraz pewnie będę musiał zapłacić grube miliony z zniszczony stołek. Właścicielka lokalu śmiejąc się i masując po brzuchu wskazała palcem na mój brzuch, jakby sugerując, że jestem za gruby i przyniosła solidne drewniane krzesło. Obyło się więc bez strat w portfelu.


W końcu dotarliśmy do granicy – do przejścia granicznego Nậm Cắn. Lekko zrujnowany budynek z kilkoma biurkami stał pusty. Wszyscy wysiedli z autokaru i po prostu ulokowali się gdzieś w cieniu. Najwidoczniej należało czekać. Po niemal godzinie ktoś wreszcie się pojawił. Dostaliśmy pieczątki wyjazdowe i mogliśmy przejść po moście nad niewielkim potokiem do budynku laotańskiej kontroli granicznej.

Po drugiej stronie potoku jest już Laos

Dobrą chwilę zajęło nam wypełnianie wszystkich papierów, tym bardziej, że nie do końca wiedzieliśmy co i jak mamy zrobić, a nikt nie mówił tu po angielsku. Wreszcie otrzymaliśmy paszporty z wklejoną do środka wizą laotańską. Kosztowało nas to 34 dolary. Z informacji na kartkach przyklejonych do szyby przy biurku celnika wynikało, że gdybyśmy przybyli na granicę po 16 musielibyśmy zapłacić dodatkowe 2 dolary. Gdybyśmy nie mieli zdjęć – byłyby kolejne 2 dolary. Gdyby coś innego – znów 2 dolary. Ot taki sposób na legalne łapówki. 😉
Z paszportem w dłoni skierowaliśmy się do autobusu, który już czekał na nas po drugiej stronie granicy. Byliśmy więc w Laosie!