W stolicy Kambodży – Phnom Penh było kilka ciekawych zabytków. Nie były jednak aż tak intrygujące jak dziwaczne jedzenie które na nas czekało – smażone tarantule.
Dzień 16
Phnom Penh
Z samego rana zdecydowaliśmy, że wybierzemy się na targ i poszukamy smażonych pająków, przy okazji zwiedzając miasto.
Najpierw odwiedziliśmy świątynię Wat Phnom – zbudowaną w 1372 roku i będącą zarazem najwyżej położonym religijnym obiektem w mieście. Świątynia wzniesiona na sztucznym pagórku mającym 27 metrów wysokości stoi w centralnym punkcie metropolii. Według legendy kobieta nazywająca się Yu Penh wyłowiła z pobliskiej rzeki Sab cztery figurki Buddy oraz jedną figurkę bogini i właśnie w tym miejscu wraz z sąsiadami wzniosła kaplicę dla uczczenia znaleziska. Od jej nazwiska wzięła się zresztą nazwa miasta – Phnom Penh, co oznacza „wzgórze Penh”.





Stąd już tylko parę kroków dzieliło nas od wspomnianej rzeki Tônlé Sab. Jej brzegi były potwornie zaśmiecone i wyglądały raczej odpychająco. Ciekawostką jest jednak fakt, że w porze deszczowej rzeka zmienia kierunek swego biegu i zaczyna płynąć wstecz wtłaczając piętrzące się wody z pobliskiego Mekongu do jeziora Tonle Sap.
Zaglądnęliśmy też na parę targowisk w poszukiwaniu dziwnego jedzenia. To jednak nie jest przygoda dla każdego. Na targowiskach śmierdzi niemiłosiernie. Unoszący się smród psującego się mięsa, nieświeżych ryb i przypraw, w zapachu podobnym do gnijących skarpetek, w upale i wszechobecnej duchocie nie jest niczym przyjemnym. Nieraz ciężko powstrzymać mdłości… A pająków i tak nie znaleźliśmy.





Wróciliśmy do hostelu, gdzie Maciek wygooglował w Internecie adres knajpki serwującej niecodzienne potrawy. Nazywała się Romdeng. A więc azymut na knajpkę!
Okazało się, że leży całkiem niedaleko hostelu. Weszliśmy do środka i gdy podszedł do nas kelner zapytaliśmy o pająki. Zaprowadził nas do jednej z sal i pokazał tarantule. Byliśmy więc w odpowiednim miejscu.
Po szybkiej naradzie zdecydowaliśmy, że zobaczymy jeszcze kawałek Phnom Penh i wrócimy tu później. To tak na wypadek, gdyby po tym daniu była konieczność szybkiej ewakuacji w stronę hostelowej toalety.
Czuliśmy ekscytację i strach równocześnie. Postanowiliśmy więc strach pokonać za pomocą resztki zapasu polskiej wódki. Nie zabiła ona tego uczucia skutecznie, więc w sklepie dokupiliśmy jeszcze tajski rum na poprawę odwagi.
Zajrzeliśmy w okolicę Pałacu Prezydenckiego, ale nie zdecydowaliśmy się płacić za bilety i wchodzić do środka. Było tu kilka świątyń, wielkie zdjęcia królewskiej pary oraz pomnik poświęcony wietnamskim żołnierzom – ochotnikom w Kambodży. Ciekawie prezentował się budynek sądu – byliśmy przekonani, że to kolejna świątynia. Fajnie wyglądał również pobliski nadrzeczny bulwar – klimaty niemal jak z Los Angeles. Zwiedzanie odbyliśmy ekspresowo, bo jednak nasze myśli krążyły wokół zbliżającego się niecodziennego obiadu.



(część zespołu pałacowego)




Wróciliśmy do Romdeng. Z menu wybraliśmy tarantulę oraz jako przystawkę smażone koniki polne, larwy jedwabniki i bycze jądra. No i oczywiście dwa piwa. Byczych jąder niestety nie było, ale zamiast tego dostaliśmy więcej koników polnych i larw.
Już przy pierwszej wizycie kelner pytał mnie czy chcę wziąć pająka na rękę. Wtedy odmówiłem, ale teraz czułem się nieco bardziej odważny. Po chwili przyniósł więc talerz przykryty miską, postawił go na stole i sobie poszedł. Maciek miał jakieś doświadczenia z pająkami więc wyciągnął tarantulę spod miski i położył mi ją na dłoni. To było najdłuższe parę sekund w moim życiu. Próbowałem się uśmiechnąć do zdjęcia, ale myśl o jadowitym pająku na mojej ręce, skłonnym ugryźć mnie w każdej chwili była silniejsza. Nie pomogły też opowieści Maćka, że pająk jak się wkurzy i nawet mnie nie ugryzie, to strzepuje włoski, które jeżeli włożę do oka, to stracę wzrok. Strach i stres więc sięgały zenitu.
– Dobra, zabierz go – zdecydowałem dość szybko.
Tarantula bezpiecznie wylądowała znów pod miską. Na mojej dłoni zostały jednak ślady po jej pazurach, które wbiła w moją skórę. Po chwili natomiast zjawił się kelner i zabrał pająka. Przerażające uczucie. A przecież czekało nas jeszcze zjedzenie tego stworzenia.
Nie minęło 15 minut jak na naszym stole wylądowały 2 talerze. Na jednym leżały trzy upieczone tarantule podane z miseczką sosu sojowego z chilli, a na drugim smażone koniki polne i larwy jedwabnika.
Emocje towarzyszące konsumpcji była ogromne. Tarantula smakowała nienajgorzej – odnóża porównałbym do chipsów o smaku kurczaka, odwłok natomiast był mniej smaczny – miał smak coś jakby glonów.
Prawdziwym przysmakiem okazały się koniki polne. Larwy jedwabnika były natomiast niezbyt dobre – smakiem przypominały odwłok pająka.
Przeżyliśmy!!! To była chyba najbardziej popierdzielona rzecz jaką robiłem w życiu. Dla tych emocji i kolejnego niezwykłego doświadczenia warto jednak było!




Dopiero w Polsce dowiedziałem się, że prawdopodobnie to był niejadowity ptasznik. Nazwa tarantula w menu wzięła się natomiast stąd, że w języku angielskim również oficjalnie nazwy wielu ptaszników zawierają słowo „tarantula”. Co jednak tak na prawdę zjadłem do dziś nie mam pojęcia. 🙂
Żeby zapobiec ewentualnym problemom żołądkowym rozpoczęliśmy degustację kupionego wcześniej tajskiego rumu. Był nawet całkiem niezły. Resztę dnia spędziliśmy już w typowo imprezowym nastroju, aż do późnych godzin nocnych. 🙂