Przejdź do treści

Lwowski skansen – Ukraina 2014

  • Ukraina

Drugi dzień we Lwowie spędzony na wędrówce wśród urokliwych drewnianych chat i tajemniczych cerkwi lwowskiego skansenu – Gaju Szewczenki.

Dzień 2

Lwów –> Szeginia –> Medyka –> Przemyśl –> Rzeszów

Poprzedniego wieczora umówiliśmy się z Anią, że spotkamy się o 10:30 na ulicy Teatralnej. Miała pojechać z nami do Muzeum Architektury Ludowej i Życia „Gaj Szewczenki” – lwowskiego skansenu.

Kiedy do nas dotarła, okazało się, że nie będzie mieć jednak wolnego czasu i musi jechać do pracy. Poszliśmy więc tylko na szybkie śniadanie, trochę porozmawialiśmy i pożegnaliśmy się. Dostaliśmy jeszcze od Ani cztery bilety na tramwaj.

Na rynku wsiedliśmy w dwójkę i ruszyliśmy w kierunku wschodniej części miasta. W tramwaju nie bardzo mogłem ogarnąć gdzie mam wsadzić bilet żeby móc go skasować śmiesznym archaicznym kasownikiem. (Pamiętam, że 14 lat temu były takie jeszcze we Wrocławiu) Wsadziłem bilet w zła dziurkę i w efekcie wylądował on pod nogami jakiejś dziewczyny. Za drugim razem już udało mi się go skasować. I dobrze, bo parę przystanków dalej wsiadł kanar – nie powiem, byłem tym zdziwiony, bo nigdy wcześniej i nigdy później nie trafiłem na kontrolę biletów w lwowskiej komunikacji publicznej. Kara za jazdę bez biletu wynosiła 30 hrywien, czyli 6,60 zł według kursu po którym wymienialiśmy pieniądze. To tak jako ciekawostka.

W czasie jazdy źle sobie policzyłem przystanki i wysiedliśmy o jeden za daleko, ale nie musieliśmy nawet nadrabiać bardzo drogi i poszliśmy do Gaju Szewczenki trasą nieco alternatywną i niewiele dłuższą. Spodziewałem się blokowisk, a znaleźliśmy się na spokojnym osiedlu domków jednorodzinnych położonym na lekko wznoszącym się w stronę muzeum wzgórzu.

Zatrzymaliśmy się jeszcze tylko na małe piwko i suszoną rybę przy niewielkiej budce naprzeciw wejścia, po czym ruszyliśmy zwiedzać.

Suszone koniki morskie 😉

Skansen natomiast jest duży, nawet bardzo duży (wg Wiki ma 50 ha) i ciekawy. Usytuowano go na zboczach wzgórza, przez co ścieżka prowadząca przez park nie jest monotonna, lecz prowadzi raz w górę, raz w dół, trochę po otwartej przestrzeni, trochę lasem i wąwozami. Zdecydowanie warto Gaj Szewczenki odwiedzić. My spędziliśmy w nim jakieś trzy godziny wędrując wśród chat i cerkwi oraz korzystając z dobrodziejstw skansenowej kuchni. Akurat naszła nas ochota na obiad, więc na drewnianej ławie wylądowała podawana w kubeczkach kasza z mięsem i marchewką oraz zupa grzybowa. Do tego kromka chleba z bryndzą i śmieszne kuleczki ciasta z rodzynkami obsypane makiem. Zupa i kuleczki bardzo dobre, chlebek też, tylko kasza nieco zamulająca.

Lwowski skansen – Gaj Szewczenki
Lwowski skansen – Gaj Szewczenki
Lwowski skansen – Gaj Szewczenki
Lwowski skansen – Gaj Szewczenki
Lwowski skansen – Gaj Szewczenki
Lwowski skansen – Gaj Szewczenki
Lwowski skansen – Gaj Szewczenki

Zobaczyliśmy w zasadzie mniej więcej wszystko i podreptaliśmy z powrotem na ulice Łuczakowską, skąd jechał tramwaj w stronę centrum. No i tak sobie staliśmy i czekaliśmy, aż w końcu tramwaj nadjechał. Cali szczęśliwi, że niedługo będziemy na rynku, a tu tramwaj nas minął i zatrzymał się kawałek dalej. Byliśmy przekonani, że w miejscu w którym stoimy jest przystanek, tak jednak nie było. Dogonić go już nie mieliśmy szans i musieliśmy czekać na następny… Przez to wprost z przed nosa uciekła nam marszrutka do Szegini. I przez to też spóźniliśmy się na busika do Przemyśla oraz jak nietrudno się domyślić uciekł nam także pociąg do Rzeszowa. W ten oto sposób w mieście słynącym z charakterystycznego pomnika byliśmy nie o 21:30 (jak planowaliśmy), a dopiero o 23:30.

Tym razem po dwóch dniach spędzonych na Ukrainie nauczyliśmy się większości literek, byliśmy w stanie przeczytać niemal każdy napis i nawet potrafiłem napisać parę wyrazów. Jak choćby – пиво – dość kluczowy dla tego wyjazdu.

Nieco gorzej było z mówieniem – gdy pierwszego dnia w Bukowskim, chciałem zamówić piwo, starając się jak najlepiej powiedzieć i zaakcentować to w języku ukraińskim, barman zrozumiał mnie bez problemu. Ale stojący obok baru jakiś facet od razu zapytał:
– Z Polszy?
– Tak, z Polszy… – odpowiedziałem zrezygnowany.

W czasie tego wyjazdu zrobiłem mało (jak na mnie) zdjęć, ale jak na wyprawę, która mogła i powinna w zasadzie zakończyć się w którymś z rzeszowskich sklepów to i tak chyba nieźle, prawda? 🙂

Urodzinowa wódka, przez którą całe to zamieszanie 🙂
Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *