Przejdź do treści

Dziesięć godzin w Wilnie – Litwa 2014

  • Litwa

Troszkę zabytków, miejscowe przysmaki, przepyszne piwo i miasto po zmroku. Intensywnie, lecz bez pośpiechu w klimacie przyjaźni polsko-litewskiej. Czyli dziesięć godzin w Wilnie.

Prolog

Rzeszów –> Warszawa –> Białystok

Z Rzeszowa wyjechałem późnym wieczorem do Warszawy. Standardowo – Polskim Busem. Zaraz po godzinie 5 znalazłem się stolicy. Następnie jazda metrem z Wilanowskiej na Młociny, godzina czekania na dworcu i kolejne 3 godziny spędzone w wypełnionym do ostatniego miejsca autobusie.

Do Białegostoku w dotarłem jeszcze przed 11 i spotkałem się z Andżelą.
Byłem w tym mieście już po raz trzeci w tym roku, więc nawet nie planowałem niczego zwiedzać. Nie po to też przecież tu jechałem. Z dworca doczłapaliśmy na mieszkanie i nic intrygującego, ani wartego opisania nie zdarzyło się już tego dnia.

Dzień 1

Białystok –> Wilno –> Białystok

Pobudka jeszcze przed 7 rano, potem śniadanie, następnie pół godziny z buta na dworzec i równo o godzinie 9 ruszyliśmy na północ w stronę granicy. Szare jednolite chmury ciągnęły się aż po horyzont ginący we mgle unoszącej się nad łąkami. Jednak mimo monotonii lasów, pól i podobnych do siebie wiosek jechało się całkiem przyjemnie. Szczególnie podobały mi się mijane niekiedy stare wiatraki.

Do granicy dojechaliśmy coś koło 11:20. Krótka przerwa na rozprostowanie kości i po dziesięciu minutach ruszyliśmy dalej. Okazało się, że na zewnątrz wcale nie jest tak zimno jak się spodziewałem.

Na granicy

Aż do Kowna krajobraz zasadniczo się nie zmienił, ale wraz z tym jak zbliżaliśmy się do drugiego względem wielkości miasta Litwy robiło się coraz bardziej słonecznie. I w promieniach słońca mijane łukiem Kowno prezentowało się bardzo ładnie. Tak samo ładnie wyglądały rzeki Niemen i Neris. Szczególne wrażenie zrobił na mnie jednak kowieński zalew ciągnący się wzdłuż drogi przez ponad 15 kilometrów. Kawałek za Kownem znikło słońce i niebo znów zasnuły szare chmury.

Spodobało mi się jeszcze jedno miejsce – Jezioro Didžiulis. Może nie jest jakieś wyjątkowe, ale po prostu ciekawe wyglądały jego brzegi przypominające bezkresne mokradła i bagniska.

Do Wilna dojechaliśmy sporo przed czasem. Mieliśmy spędzić dokładnie 9 godzin i 50 minut w stolicy Litwy, więc dodatkowe pół godziny było miłą niespodzianką.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do kantora, a następnie do przydworcowego supermarketu Iki. Łowy okazały się owocne – znaleźliśmy batoniki twarogowe Pasaka – coś na kształt węgierskiego Turorudi, a ja upolowałem pyragėliai su šonine – ciasteczko z boczkiem w kształcie pieroga. Do tego kupiłem słynny litewski ser Džiugas (bez problemu dostępny w Polsce).

Z dworca podreptaliśmy ku Ostrej Bramie, a następnie już prosto w stronę katedry. Oczywiście mijaliśmy po drodze zabytkowe kościoły, stare kamienice, kolorowe wystawy sklepów i kuszące zapachem restauracje. Ale widziałem to wszystko już rok wcześniej, więc nie robiło to na mnie większego wrażenia. Cieszyłem się jednak tym, że znów jestem w Wilnie oraz że mogę pokazać miasto Andżeli. Pomału zapadał zmrok i miasto zmieniało swoje oblicze. Byłem ciekawy jak będzie wyglądało Wilno nocą. I wyglądało naprawdę ładnie.

Wilno  – Ostra Brama
Wilno – Obraz MB Ostrobramskiej
Wilno – Ratusz
Wilno – Plac ratuszowy – Coś na kształt wileńskiego rynku
Wilno – Cerkiew św. Mikołaja
Wilno – Bazylika archikatedralna św. Stanisława Biskupa i św. Władysława

Spod katedry postanowiliśmy przejść się oznaczoną w mojej mapce na czerwono Aleją Giedymina. Nie byłem nigdy na tej ulicy, więc jak najbardziej mi to odpowiadało. Czerwony kolor jak się okazało oznaczał, że jest to ulica handlowa. Znajdowały się na niej przede wszystkim hotele, galerie handlowe i restauracje.

Trafiliśmy też na teatr dramatyczny oraz pomnik Vincasa Kudirki – litewskiego lekarza, poety i pisarza, a przede wszystkim autora hymnu Litwy. Najważniejszym jednak miejscem jakie znaleźliśmy na tej ulicy była maleńka budka z kibinami. Kibiny to całkiem spore pierogi z ciasta drożdżowego mające w środku farsz. Są tradycyjną potrawą Karaimów, popularną również w kuchni litewskiej. Do wyboru mieliśmy kilka rodzajów, ale wybraliśmy kibiny z kurczakiem i serem. Podane na ciepło były naprawdę smaczne i pozwalały się najeść, a nawet nieco zapchać.

Kibin

Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w galerii handlowej, żeby nieco się zagrzać, po czym ruszyliśmy z powrotem, tym razem kierując się na wzgórze zamkowe.

Znajdują się tam ruiny górnego zamku wraz z wieżą Giedymina w której mieści się małe muzeum. O tej porze już było zamknięte, ale nie miało to większego znaczenia, bo i tak ze wzgórza rozpościerał się ładny widok na miasto. Zarówno jego starą cześć jak i tą nowoczesną.

Wilno – Widok z zamkowego wzgórza na nowoczesną część miasta
Wilno – Widok na Stare Miasto
Wilno – Wieża Giedymina

Schodząc z zamkowego wzgórza trafiliśmy na Park Bernardyński. W tym miejscu również jeszcze nie byłem. Park ten pełen był dziwnych rzeźb i pomników. Ot taka sztuka nowoczesna.

Następnie zahaczyliśmy o kościół św. Anny – moim zdaniem najładniejszy kościół w Wilnie oraz ulicę Literatów.

Wilno – Park Bernardyński
Wilno – Kościół św. Anny
Wilno – Na Ulicy Literatów
Wilno – Na Ulicy Literatów

Zbliżała się już 21, a większość lokali była otwarta do 22 lub 23, więc przekonałem Andżelę, że pora na jakieś małe piwko.

I tak znaleźliśmy się w pubie – 13 statinių.
 
To miejsce było moim głównym celem w Wilnie. Zapamiętałem z poprzedniego wyjazdu że mieli tam świetne piwo. Zresztą do lokalu przyciągała też reklama – litr piwa za 3,5 lita.

– Do you speak english? – zapytałem barmana?
– It’s Sunday, so I do – odpowiedział.
– Great. When I was here about one and a half year ago, I drinked great beer with taste of berries.

Od razu wiedział o co mi chodzi. Tym piwem było „Senojo Vilniaus” tamsus.

Naprawdę rewelacyjne ciemne piwo o zapachu goździków i lekkim posmaku borówek. Zdecydowanie godne polecenia.

W knajpce spędziliśmy jakieś 2,5 godziny próbując łącznie 5 różnych piw. Drugim rewelacyjnym piwem było – „Ziedonis Klausučių” IPA – miało bardzo intensywny zapach grejpfruta, oraz jego lekki posmak i było dość gorzkie. Spróbowaliśmy także „Pilies 13 statinių” tamsus, „Green monster IPA” oraz „666 tamsusis” – każde pyszne, choć to ostatnie wypadało najsłabiej. Ale nie dlatego, że było niedobre, wręcz przeciwnie. Było po prostu takie najbardziej zwyczajne ze wszystkich. No i nauczyłem się, że słowo „tamsus” oznacza ciemne piwo.

Może to wygląda trochę tak jakby smakowało mi każde piwo, ale tak nie jest. Oczywiście w podróży piwo zawsze smakuje lepiej, są jednak piwa których nie lubię i które mi nie smakują, ale w pubie 13 statinių takich po prostu nie było.

Myślę, że warto pojechać do Wilna nawet tylko po to, żeby odwiedzić tą knajpkę i zatracić się w smaku i aromacie lokalnych browarów. To, że mają tu 14 rodzajów lanego piwa, lany cydr oraz kwas chlebowy i niezliczoną ilość piw butelkowych myślę, że jest wystarczającą zachętą.

W pubie 13 statinių czas mijał nam bardzo miło i sympatycznie. Poznaliśmy Litwinów – Edwardasa i Simasa oraz barmana Paulusa. Edwardas gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski stwierdził, że kocha polaków i uwielbia polskiego rocka. Na laptopie z którego leciała muzyka w lokalu puszczał nam kawałki Perfectu, Budki Suflera, Maryli Rodowicz i innych oraz śpiewał te piosenki razem z nami.

Simas natomiast opowiadał, że studiował na warszawskim ASP i gdy nie rozumiał czegoś po angielsku rozmawialiśmy po polsku. Mega sympatyczni ludzie.

Przy okazji zapytałem Edwardasa czy to prawda, że Litwini nie lubią polaków. W końcu mają powody, bo patrząc na historię zrobiliśmy im sporo krzywdy. Stwierdził, że to nieprawda, że Polacy są jak najbardziej w porządku i on wielu z nich lubi. Powiedział także, że Litwini starają się nie patrzeć w przeszłość i iść do przodu. Myślę, że to mądre słowa i Polacy też nie powinni rozpamiętywać minionych krzywd.

Słowa Edwardasa natomiast trochę kłócą się, z tym co można przeczytać lub usłyszeć w mediach. Ale sam spędziłem łącznie 7 dni na Litwie i za każdym razem spotykałem się z sympatią, niekiedy wręcz przeogromną. Z negatywnymi reakcjami zaś w ogóle, czasem tylko z lekkim dystansem, ale nigdy z jakąś wrogością czy niechęcią. Może więc nie warto wierzyć mediom, a lepiej samemu się przekonać jak jest naprawdę. To takie moje małe przemyślenia.

Wilno – W 13 statinių

W planach mieliśmy w każdym razie odwiedzić jeszcze Zarzecze, ale piwo zrobiło swoje i pomału musieliśmy ruszać w stronę dworca. Zajęło nam to zresztą prawie godzinę…

W autobusie Andżela zasnęła niemal od razu, a i mi zajęło to ledwie parę minut dłużej. Dziesięć godzin w Wilnie było jak najbardziej udane, ale i lekko wyczerpujące zarazem.

Epilog

Białystok –> Warszawa –> Rzeszów

Do Białegostoku dojechaliśmy bladym świtem, a w zasadzie to nawet jeszcze przed nim. Gdy ledwo żywi dreptaliśmy na mieszkanie, wciąż jeszcze było ciemno.

W końcu nadszedł wtorek – 11 listopada – dzień mojego powrotu do Rzeszowa. Na dworcu policja sprawdzała autobusy jadące do Warszawy i legitymowała wyrywkowo ludzi. Po drodze co 20-30 kilometrów stały patrole zatrzymujące samochody i autobusy. Zapowiadało się więc ciekawie i spodziewałem się interesujących wydarzeń w stolicy.

I tym razem Warszawa mnie rozczarowała – myślałem, że będzie pełno policji, będą kontrole, latające cegły, rozbijane butelki, płonące ulice itd. Jak to zresztą co roku w dzień niepodległości. A nie działo się zupełnie nic – cisza i spokój. Nawet cyganka próbująca wciskać perfumy dała się spławić wyjątkowo szybko.

O 16:00 wsiadłem do busa, wygodnie rozłożyłem się na fotelach i rozpoczęło się ostatnie 5,5 godziny tej podróży. Dopiero gdzieś w drodze w kierunku Rzeszowa, przeczytałem w internecie, że zaczęły się zamieszki. Mnie to ominęło. Z jednej strony dobrze, a z drugiej spodziewałem się, że ten dzień przyniesie więcej adrenaliny i przygody.

Jadąc do Rzeszowa zacząłem liczyć i wyszło mi, że tylko w tym roku spędziłem w Polskim Busie 9 nocy, przejechałem ponad 5700 kilometrów, usłyszałem co najmniej 20 razy – „Hello ladies and gentelman, can have your attention please? We are shortly arriving to …”, odwiedziłem 9 miast w 4 państwach oraz spędziłem w drodze około 95 godzin. I pomyślałem, że mam już lekko dość. Może więc pora przerzucić się na samoloty?

W każdym razie nie było jeszcze nawet wpół do dziesiątej gdy dotarłem do stolicy Podkarpacia trochę wymęczony, ale mimo wszystko szczęśliwy.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *