Przejdź do treści

Nad rzeką Douro – Portugalia 2015

Ostatni dzień w Portugalii – Zwiedzanie Porto – miasta słynącego z wina i stalowego mostu.

Dzień 9

Porto

Do pokoju nieśmiało wpadały promienie słońca. Chmury przez noc znikły. W cenie noclegu mieliśmy śniadanie. Chleb z dżemem był całkiem miłą odmianą od sardynek.

Jako, że Emilia z Tomkiem dość długo się zbierali, razem z Maćkiem ruszyłem na miasto. Z nimi natomiast mieliśmy spotkać się później. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy i to jeszcze poprzedniego dnia to pomalowane w różne wzory skrzynki elektryczne na Rua das Flores – ulicy kwiatów. Ładnie to wyglądało.

Porto – Rua das Flores

Najpierw ruszyliśmy w stronę placu Generała Humberto Delgado z ratuszem miejskim i dość ciekawie zdobionymi kamienicami, a następnie w stronę katedry Sé.

Zabrana z hostelu mapka zdecydowanie pomagała nam w orientacji i ogarnięciu tego co warto zobaczyć w tym mieście.

Porto – Igreja de Santo António dos Congregados
Porto – Plac  Generała Humberto Delgado – Ratusz
Porto – Plac  Generała Humberto Delgado
Porto – Plac  Generała Humberto Delgado
Porto
Porto – Katedra Sé
Porto – Widok spod katedry Sé

W Porto najbardziej zachwyciły mnie wąskie, kręte i pełne schodów uliczki nieraz kończące się na jakimś podwórzu, albo zamkniętymi drzwiami. Ten mały labirynt znaleźliśmy w pobliżu rzeki Duero.

W końcu trafiliśmy na nabrzeże, gdzie dołączyła do nas Emilia i Tomek.

Porto – Mały labirynt
Porto – Mały labirynt

Tuż obok jakiś chłopak grał na gitarze, było ciepło i niesamowicie przyjemnie. Zostałem sam, bo reszta postanowiła zobaczyć jakieś kolorowe kamieniczki. Chillout po całości.

Zapragnąłem napić się piwa w jednej z nadrzecznych knajpek. W menu znalazłem Super Bock Abadia – czerwone piwo, które okazało się najlepszym jakie piłem w Portugalii.

Razem już udaliśmy się w stronę monumentalnego mostu Ponte Dom Luis I łączącego oba brzegi Duero. Most ten był projektu jednego ze współpracowników Eiffla i naprawdę robił wrażenie. Był też jednym z symboli Porto.

Nim jednak do niego dotarliśmy zauważyłem knajpkę z ginjinha podawaną w czekoladowych kubeczkach. Chciałem tego spróbować od kiedy zobaczyłem je w Lizbonie. Rewelacja!

Ginjinha w czekoladowych kubeczkach

Niebawem znaleźliśmy się na drugim brzegu. Podobnie jak sam most, tak i widok z niego robił wrażenie. Schodząc stromymi uliczkami znów znaleźliśmy się na poziomie rzeki. Ta cześć Porto znana jest z składów/piwnic z winem. Tu też udało nam się znaleźć pyszne, ale i zaraz supersłodkie ciasteczka – Pastéis de Belém.

Porto – Ponte Dom Luis I
Porto – Widok z mostu Dom Luis I
Porto – Widok z mostu Dom Luis I
Rzeka Douro
Pastéis de Belém

Jeszcze dobrą godzinę plątaliśmy się po centrum, aż zdecydowaliśmy, że czas na obiad. Od początku wyjazdu Maciek obiecywał nam danie z owoców morza. Oglądał nawet Makłowicza w celach szkoleniowych. Oczywistym więc było, że udaliśmy się na największy targ w okolicy.

Po dość długim wybrzydzaniu i przebieraniu wśród straganów kupiliśmy surowe krewetki i kalmary plus parę składników do ich przyrządzenia. Okazało się, że kosztowało nas to podobnie jak obiad w knajpce. Ale fun większy.

Porto – Targ
Porto – Targ

W hostelowej kuchni walka z morskim robactwem wspomagana butelką Porto (bo jak to nie napić się słodkiego i mocnego wina Porto właśnie tu) została wygrana.

Poprosiłem panią pracującą w hostelu, żeby sprawdziła czy to ma tak smakować i wyglądać. Stwierdziła, że jest pyszne, choć nie wiem czy z grzeczności, czy Maćkowi rzeczywiście tak dobrze to wyszło. Niemniej jednak na drugi dzień rewolucji żołądkowych nie było. Więc chyba wyszło w porządku.

Nieco już weselsi postanowiliśmy jeszcze się przejść. Tak trafiliśmy do nieco mniej interesującej części miasta, ale zahaczyliśmy o całkiem fajny kolonialny sklepik.

Porto – Nieszablonowo
Porto – Nieszablonowo

W końcu zawędrowaliśmy znów nad rzekę Duero i znaleźliśmy jakaś tanią knajpkę nad samą rzeką.

Ze starą bezzębną matką właściciela udało mi się dogadać po portugalsku i kupić butelkę zielonego wina. Po tygodniu w Portugalii znałem już ze 20 słów i co najważniejsze potrafiłem używając portugalskiego kupić/zamówić każdy alkohol.

Wieczór więc spędziliśmy przy butelce wina, wpatrując się w rzekę oświetloną najpierw zachodzącym słońcem, a później zapalającymi się latarniami.

Porto – Rzeka Douro
Porto – Rzeka Douro

A potem? Jeszcze szybkie piwo, powrót do hostelu, opróżnianie zapasów, także tych alkoholowych i sen.

  Epilog

Porto -> Charleroi -> Warszawa -> Rzeszów

Wczesna pobudka… Nikt tego nie lubi szczególnie, gdy ma się lekkiego kaca…

Ale co zrobić, trzeba było wstawać, bo samolot nie poczeka. Tomek i Emilia lot mieli parę godzin po nas, ale odwieźli mnie i Maćka na lotnisko. Gdybyśmy mieli tarabanić się przez całe miasto o tej porze komunikacją publiczną to byłaby masakra.

Tym razem odprawa i kontrola celna nie poszła szybko i gładko. Coś się panu z kontroli nie spodobało w mojej kurtce. Przez dobrą chwilę wpatrywał się w ekran monitora, zastanawiając się co właściwie widzi, aż w końcu jego twarz rozjaśnił uśmiech:

– Aaa sardinen!

Jakoś nie przyszło mi do głowy, że sardynki i ośmiornica w puszkach będą traktowane jako płyny. Ale rzeczywiście, na opakowaniu waga podana w mililitrach. 125 ml. Shit! I tak puszkowana sardynka nie trafiła jako prezent do Polski, a ja nie spróbowałem ośmiornicy, na którą jakoś rano niezbyt miałem ochotę. Nie wpadliśmy też z Maćkiem jakoś na pomysł, by zjeść je przy kontroli celnej.

Generalnie pan sympatycznie wytłumaczył nam, że nie możemy tego wziąć na pokład samolotu. No trudno… Dalej obyło się już bez ekscesów.

Po dwóch godzinach byliśmy w Belgii.

Następnie kilka godzin koczowania na lotnisku, lot do Modlina, pociąg do Warszawy i bus do Rzeszów.
I tak oto dobiegł końca piękny i relaksujący trip po kraju na drugim krańcu Europy.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *