Po dwóch dobach podróży wylądowaliśmy w Hanoi w Wietnamie. Jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale w Azji właściwie nie trzeba było nic robić by zdarzyło się coś nieoczekiwanego i dziwnego – wystarczyło wyjść na ulicę. Po pierwszym szoku kulturowym ruszyliśmy zwiedzać miasto. I już pierwszego dnia mieliśmy okazję spróbować naprawdę nie codziennej potrawy i nietypowego alkoholu.
Długa droga na wschód
Rzeszów -> Kraków -> Budapeszt -> Amsterdam -> Guangzhou -> Hanoi
Zarzuciłem plecak na grzbiet, zamknąłem za sobą drzwi i wyszedłem na ulicę. Padał deszcz. Znowu. Właściwie to już od trzech tygodni niebo zakrywały szare chmury. Mimo to uśmiechałem się pod nosem, bo przecież już niedługo miałem znaleźć się w miejscu gdzie jest ciepło, słonecznie i gdzie wszystko co mnie będzie otaczać, będzie czymś nowym i niezwykłym.
Najpierw jednak trzeba było uciec od tej zwykłości.
Początek był dość standardowy – Polskim Busem do Krakowa. A dalej do Budapesztu. Potem metro do centrum, autobus na lotnisko i nocleg w terminalu odlotów. Przerabiałem to już podczas podróży do Turcji.
Pobudka była dość brutalna, bo na zegarze dopiero co wybiła 4 rano. Przygoda jednak czekała – nie było czasu na sen!
Jeszcze w Krakowie, gdy czekając na busa do stolicy Węgier sączyliśmy powoli piwo w jednej z knajpek i rozmawialiśmy Maćkiem, wciąż nie mieściło nam się w głowach, że lecimy do Azji. Teraz stawało się to coraz bardziej realne. Wydrukowaliśmy karty pokładowe, nadaliśmy bagaż, odstaliśmy swoje w kolejkach do kontroli bezpieczeństwa i w końcu wpakowaliśmy się do samolotu lecącego do Amsterdamu. Mieliśmy lecieć liniami KLM i jakoś tak nam się ubzdurało, że to wyższy poziom niż Ryanair czy Wizzair i będą luksusy.
W rezultacie samolot był identyczny jak te irlandzkiego przewoźnika, tyle, że miał inne logo i dostaliśmy kanapkę oraz jakiś napój. Zawsze to jednak to coś.
W Amsterdamie mieliśmy kilka godzin przed kolejnym lotem, więc trochę się pokręciliśmy po lotnisku. W Holandii wcześniej jeszcze nie byłem, ale by pojechać do miasta niestety zabrakłoby nam czasu. Udało nam się natomiast zlokalizować knajpkę z całkiem dobrym i niedrogim (jak na lotnisko) piwem oraz palarnią. Więcej do szczęścia nam nie było potrzebne.
W końcu wsiedliśmy do samolotu chińskiego przewoźnika China Southern Airlines. Czekało nas 11 godzin lotu. Co można robić przez tyle czasu? Jeść, pić, spać, grać w gry lub oglądać filmy na tablecie. I tak na zmianę. Największe emocje wywoływał czas na posiłki i zgadywanie co tym razem dostaniemy. Już w samolocie miałem okazję spróbować chińskiego piwa – bez szału.

Po nieco ponad dziesięciu godzinach lotu wylądowaliśmy w Guangzhou w Chinach. Było gorąco, wilgotno i cholernie duszno. Znów czekało nas kilka godzin czekania na lotnisku, a następnie niewiele ponad godzina lotu.
Dzień 1
Hanoi
Było już niemal południe gdy wylądowaliśmy w Hanoi w Wietnamie. Minęły dwa dni od kiedy wyruszyliśmy z Rzeszowa. Przygoda właśnie się rozpoczynała!
Z lotniska złapaliśmy autobus jadący na dworzec Long Biên, a następnie jakiś bus jadący na południe w kierunku tzw. Old Quarters – czegoś na kształt starego miasta. Nie było to oczywiście takie łatwe, bo zajęło nam chwilę zanim zorientowaliśmy się jak to wszystko tu funkcjonuje.
Byliśmy w pobliżu turystycznej dzielnicy pełnej hosteli i barów. Należało więc znaleźć jakiś nocleg. Najpierw jednak trzeba było dostać się do ścisłego centrum …i przeżyć. 😉
Przez ulice przetaczały się setki, jeśli nie tysiące bezustannie pędzących motorów. I nigdzie nie było przejść dla pieszych, ani sygnalizacji świetlnej. Co zatem robić? Iść! Powoli, spokojnie, jednostajnym tempem, tak by kierujący mogli bez problemu Cię ominąć. Gdy udało się to za pierwszym razem, każdy kolejny przychodził łatwiej. Miesiąc później czułem się już tak pewnie, że przeprowadzałem przez ulicę innych turystów zagubionych w wietnamskich chaosie.


Nocleg znaleźliśmy w Funky Jungle Hostel. Noc w czteroosobowym pokoju bez okien kosztowała 6 dolarów, a wieczorem czekała nas happy hour – godzina gdy mogliśmy pić piwo za darmo. Dobry deal!
Gdy już się jako tako ogarnęliśmy, mogliśmy ruszyć zwiedzać miasto. Swoje kroki w pierwszej kolejności skierowaliśmy nad Jezioro Hoàn Kiếm. W międzyczasie zdążyłem wypić pierwsze wietnamskie piwo (Hanoi Beer) i wymienić pieniądze. W kieszeni miałem ponad 2 miliony wietnamskich dongów – byłem milionerem! 🙂 W rzeczywistości była to równowartość stu dolarów.

Na jeziorze Hoàn Kiếm znajdują się dwie wyspy. Na większą z nich można dostać za pomocą czerwonego mostku Wschodzącego Słońca, który prowadzi do świątyni Ngọc Sơn.
Z miejscem tym związana jest legenda, według której z dna jeziora został wydobyty magiczny miecz – na swoim pancerzu przyniósł go żółw. Za pomocą tego miecza udało się pokonać okupujących Wietnam chińczyków i zakończyć ich panowanie w tym regionie. Nazwa jeziora Hoàn Kiếm w tłumaczeniu na polski oznacza Jezioro Zwróconego Miecza, a w świątyni zobaczyć można zmumifikowanego żółwia. Wśród darów złożonych w ofierze na ołtarzu wypatrzyłem kilka dziwnych i nie znanych mi owoców – postanowiłem spróbować ich przy najbliższej okazji.






Po dwóch dniach podróży byliśmy dość mocno zmęczeni, więc postanowiliśmy powłóczyć się jeszcze jakiś czas wąskimi uliczkami Old Quarters i znaleźć knajpkę z piwem i widokiem na ulicę. Tym razem na stole wylądowały piwa Halida i Tiger (jak się okazuje – to drugie pochodzi z Singapuru). Szału raczej nie było, ale wiadomo – piwo w podróży zawsze smakuje lepiej.






Gdy już porządnie zgłodnieliśmy, postanowiliśmy znaleźć jakąś lokalną knajpkę. Maciek zamówił ryż z warzywami, a ja zdecydowałem się na coś bardziej egzotycznego – w końcu to dziwne jedzenie intrygowało mnie przed wyjazdem do Azji najbardziej. W menu moje danie wyglądało na smażone mięso żółwia w postaci jakiejś potrawki lub zupy, ale rzeczywistość była brutalnie inna…
Na stole wylądowała kuchenka z misą w której gotowała się jakaś zielenina. Położono też przede mną talerz z żółwiem. Takim jakby dopiero co złapanym i zabitym. Był surowy i jedynie pocięty w kratkę.
Myślałem, że otrzymam gotowe danie, ale to co znalazło się na stole mocno mnie zaskoczyło. Lekko spanikowałem, nie wiedząc co mam robić. A uciekać nie wypadało. Minę musiałem mieć mocno przerażoną.
Z pomocą przyszedł jakiś Wietnamczyk gestami tłumacząc, że mam tego żółwia wrzucić do miski i gotować przez 10 minut. A potem zjeść.
Jako, że nigdy wcześniej nie używałem pałeczek problemem było nawet złapanie kawałka mięsa i włożenie go do ust. W naukę używania pałeczek zaangażowali się wszyscy siedzący w lokalu Wietnamczycy, mając przy tym niesamowicie dużo radości i śmiechu. Tego dnia stałem się dla nich niekwestionowaną rozrywką wieczoru.
Gotowane mięso żółwia było niedobre, żeby nie powiedzieć ohydne i każdy kolejny kęs wywoływał u mnie odruch wymiotny. Siedzący obok Niemcy, gdy tylko zobaczyli co mam na stole zaraz zaczęli szeptać między sobą i z ożywieniem pokazywać palcami na mój talerz, ale jakoś nie byli skłonni (mimo mojego zachęcania) spróbować jego zawartości. Generalnie to zbyt wiele tego żółwia nie zjadłem, a danie kosztowało 40 dolarów.
Żałowałem tej decyzji, bo choć chciałem spróbować czegoś nietypowego, to naprawdę spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Z drugiej strony jednak było to niecodzienne doświadczenie. Dla Europejczyka może to być dość szokujące, ale w Azji nieco inaczej patrzy się na zwierzęta i ich zastosowanie w kuchni.
Gdy miesiąc później trafiłem do tej knajpki ponownie, okazało się, że właścicielka doskonale mnie pamięta i zaraz zaczęła się śmiać i opowiadać pozostałym klientom o mojej nierównej walce z przysmakami wietnamskiej kuchni.


(Zdjęcia surowego żółwia nie wrzucam, bo to dość drastyczny widok)
Po kolacji wróciliśmy do hostelu, bo akurat zaczynała się happy hour. Na barze stała ogromna butla z bliżej niezidentyfikowanym płynem i zanurzoną w nim kobrą i jaszczurkami. Była to wódka. Jak szaleć to szaleć. Mieliśmy trochę obaw, ale zamówiliśmy kolejkę. Wódka była całkiem mocna i smakowała jakby grzybami. Nie zabiła nas w każdym razie.

Zdecydowaliśmy się na jeszcze jedno piwo na imprezowej uliczce Old Quarter. Tym razem było to Saigon Special. W smaku podobne do poprzednich.
Już po 23 wróciliśmy do hostelu by wreszcie zasłużenie odpocząć.
![]() ![]() ![]() |
| Wietnamskie piwa 😉 |


