Wszystko zaczęło się od jednej myśli, a potem już potoczyło jak lawina.
Zbliżały się moje urodziny i pomyślałem, że fajnie byłoby napić się ukraińskiej paprykówki.
Pewnie i można było kupić ją gdzieś w sklepie w Rzeszowie, ale można też było pojechać po nią te 95 kilometrów na wschód. A skoro już tam miałem jechać, to bez sensu tak tylko w tą i z powrotem. Postanowiłem przy okazji zobaczyć którąś z miejscowości pomiędzy Lwowem a Szeginią.
Po przegrzebaniu Internetu i stwierdzeniu, że za bardzo nic ciekawego jednak w tych miejscowościach nie ma – padło na Mościska. A dlaczego? Bo jest tam kolorowa cerkiew – a konkretniej niebieska. Najzwyczajniej w świecie mi się spodobała i chciałem ją zobaczyć z bliska, nie zaś z okien marszrutki. Plan więc już był. I pewnie pojechałbym tam na jeden dzień, kupił wódkę, zobaczył Mościska i wrócił, ale zadzwonił Miłosz. Jeszcze nie zdążył przylecieć z Majorki, a już stwierdził, że jedzie ze mną. I plan też się nieco zmienił, ale o tym później.
Dzień 1
Rzeszów –> Przemyśl –> Medyka –> Szeginia –> Mościska –> Lwów
Po twardych negocjacjach stanęło na tym, że jedziemy pociągiem o 6:25. Potem busik do granicy, który tym razem zapełniał się pomału. I granica. Czyli jak dotąd nic nowego.
A na granicy powstał mały problem, bo Miłosz miał średnio aktualne zdjęcie w paszporcie.
– Ty nie podobny – stwierdziła urocza, aczkolwiek z groźną miną pani celnik.
W końcu jednak dała się przekonać, że Miłosz to Miłosz.
Ja natomiast już po drugiej stronie, w drodze do kantoru niepotrzebnie wdałem się w dyskusję:
– Jedziecie do Lwowa? Zawiozę was do Lwowa – zapytał, a zarazem stwierdził prywatny taksówkarz jakich pełno w Szegini
– Nie jedziemy do Lwowa – odparłem.
– A dokąd?
– Do Mościsk.
– Zawiozę was do Mościsk.
– Za ile? (byłem ciekawy ile musielibyśmy zapłacić, mimo, iż nie zamierzaliśmy korzystać, ale nawet nie usłyszał pytania zajęty nawijaniem)
– Pojedziemy marszrutką – stwierdziłem.
– Odjechała już i nie dojedziecie. Ja was zawiozę.
Potem coś mówił, że już dziś nie jeżdżą i tym podobne rzeczy. Standardowa gadka. Można by było w to uwierzyć gdyby był wieczór, ale nie wybiła jeszcze nawet 11 rano. Kiedy już stwierdził, że nie ma szans naściemniać i nie pojedziemy z nim do Mościsk zmienił nieco front:
– Potrzebujecie hrywny? Sprzedam wam hrywny.
– Nie, kupimy w kantorze.
– Nie ma w kantorze.
I dalej ściema i próba przekonania naiwnych turystów, że cokolwiek załatwić można tylko u niego. Lazł tak za nami niemal pod dworzec. A wystarczyło się nie odzywać…
Na marszrutkę w każdym razie nie musieliśmy nawet czekać, bo już stała niemal gotowa do odjazdu. No i dojechaliśmy do tych Mościsk.
Szybkie zakupy w sklepie i ruszyliśmy na podbój miasta.
Dziś szukając jakichkolwiek informacji o Mościskach dowiedziałem się – po przetłumaczeniu ukraińskich cyrylicy (na polskiej Wiki, jest nawet dość obszerny artykuł, ale mało konkretny), że w tym 11 tyś. miasteczku znajduje się pięć zabytkowych obiektów sakralnych, pałac oraz muzeum. Oraz, że Mościska są jednym z największych skupisk polskiej ludności w obwodzie lwowskim. No, ale to dziś. A gdy byliśmy w miasteczku nie wiedzieliśmy prawie nic i dość przypadkowo trafialiśmy w różne miejsca nawet za bardzo nie wiedząc co widzimy.
Z dworca skierowaliśmy się w stronę XVI-wiecznego kościoła pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, przekroczyliśmy rzeczkę Sinchnya i dotarliśmy na rynek, ostatecznie kościół omijając. Jakieś 70 metrów od rynku trafiliśmy natomiast na polski kościół pw. Narodzenia Świętego Jana Chrzciciela. Był zamknięty, a szkoda, bo jego wnętrze na zdjęciach znalezionych w necie wygląda ciekawie.



Byliśmy w Mościskach od 20 minut, a Miłosz już zaczął ględzić, że jest głodny. W sumie to ja też byłem, ale najpierw chciałem odhaczyć zobaczyć parę miejsc.
Tak czy inaczej poszliśmy do jedynej (zapewne) knajpki w miasteczku, znajdującej się przy głównej ulicy. No i zaczęła się zabawa – całe menu w krzaczkach (pisane po ukraińsku), a my wiedzieliśmy na 100 % jedynie to, że „P” to „R”. Później policzyłem, że literek inaczej wyglądających lub znaczących co innego w alfabecie ukraińskim (w porównaniu do polskiego) jest 21. I to tylko dużych, a są przecież jeszcze małe.
Menu pisane jakąś dziwną czcionka było niezwykle trudne do rozszyfrowywania. Nawet po wyciągnięciu dekodera w postaci mapy z alfabetem, po 10 minutach czytania znudziło się nam i zamówiliśmy Varenyky (czyli po prostu pierogi) z ziemniakami oraz piwo.
No właśnie – to co mnie zdziwiło to fakt, że te pierogi rzeczywiście były z ziemniakami – samymi, bez sera. Ale w połączeniu z śmietaną i pieprzem były smaczne. Gorzej z piwem, owszem było dobre, tyle, że ciepłe. I przez to wiele traciło. A tak w ogóle to zamiast piwa chciałem mohito, które tu kosztowało rewelacyjnie tanio, ale pani barmanka powiedziała, że nie ma rumu i może mi zrobić mohito bez niego. Yyy… czyli jak?
Przed dalszym zwiedzaniem wymyśliliśmy, że napijemy się jeszcze miodówki. A pani mówi, że nie ma. Zacząłem sobie wtedy wkręcać, że godziny prohibicji (która obowiązuje we Lwowie od 22 do 10 rano) są tu jakoś wydłużone i dlatego nie można kupić alkoholu. Okazało się, że nie było połowy alkoholi znajdujących się w menu. Tak po prostu.
Z wódek była tylko Lwowska i Perłowa. Jako, że Lwowską już piłem i nie należy ona do zbyt smacznych, wybrałem Perłową. I to był błąd. Zresztą którakolwiek byśmy wybrali, byłby to wybór zły. Dopiero teraz zwróciliśmy uwagę na rzecz dość istotną. Rzecz na którą wcześniej nie zwracaliśmy uwagi. Na Ukrainie w większości lokali (jeśli nawet nie wszystkich) pije się ciepłą wódkę…
– Dlaczego? – pytałem następnego dnia Anię – koleżankę Natalii, którą poznaliśmy wieczorem. Powiedziała, że tak po prostu się pije u nich wódkę – taki zwyczaj i dla nich to całkowicie normalne, bo ludzie są do tego przyzwyczajeni. Ale nie wszyscy tak robią – ona sama chłodzi alkohol przed imprezą. Jest więc nadzieja.
No, ale tak czy inaczej dostaliśmy ciepłą wódkę i trzeba się było z tym zmierzyć. Wypić te 50 ml jeszcze się dało, ale potem to już była ciężka kilkuminutowa walka żeby się nie porzygać… Ważna nauczka na przyszłość – nigdy więcej nie brać czystej w knajpach na Ukrainie. Wódki smakowe, da się pić ciepłe i są naprawdę dobre, ale czysta paskudna!

Mniej już głodni i delikatnie weselsi ruszyliśmy w stronę tej niebieskiej cerkwi, dla której ściągnąłem nas obu do Mościsk.
Ładna była. I to w zasadzie tyle. Natomiast po drugiej stronie głównej ulicy błyszczał złotem dach innej świątyni. Okazała się nią dawna kaplica Nawiedzenia NMP z 1636 roku, obecnie cerkiew pw. Opieki Bogurodzicy.
Udało mi się namówić Miłosza na zobaczenie jeszcze jednej świątyni ze złotym dachem – nowej cerkwi św. Jury z 1991 roku.





W międzyczasie zrobiło się już wpół do drugiej i mimo że nie czułem się jeszcze do końca spełniony, zgodziłem się pojechać do Lwowa, zamiast dalej plątać po Mościskach. Jeszcze tylko szybkie zakupy w czasie których zatrzymaliśmy się przed lodówką z piwem. No tak, chcieliśmy kupić jakieś dobre piwo, ale kompletnie nie mieliśmy pojęcia co jest napisane na butelkach. Miłosz więc podszedł do pani układającej towar i zapytał:
– Może mi to pani przeczytać? Bo ja zrozumie tylko nie umiem czytać…
Szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy i myślę, że został tam na sporą część dnia. Ale przeczytała nam i wyjaśniła co mamy w rękach.
Zaopatrzeni w piwo, kupiliśmy w kasie bilety i nie długo później już jechaliśmy w stronę Lwowa.
W każdym razie o 16 siedzieliśmy już w Białej Czajce (knajpka przy dworcu we Lwowie) jedząc pielmieni i pijąc do obiadu piwko. Udało się ustalić z Natalią (moja kuzynką), że spotkamy się o 19:30 na rynku.
Mieliśmy trochę czasu, więc powędrowaliśmy do knajpki z ukraińskim jedzeniem zwanej Ukraińskim Podwórzem.
Po małym ogarnięciu i zostawieniu rzeczy w hostelu pognaliśmy na rynek. Powiedzieliśmy Natalii, że chcielibyśmy pójść gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy. Zadanie miała trudne, ale wymyśliła jakieś miejsce. Aczkolwiek i tak tam nie poszliśmy, bo po drodze znaleźliśmy inny lokal – Пструг, хліб та вино – o tak się nazywał. Dobra, wiem, że ciężko przeczytać te krzaczki, więc po polsku nazywał się „Pstrąg, chleb i wino”.
Lokal przyjemny i miły – za barem ogromna ściano-półka na wino, w głównej sali drewniane stoliki i ładne drewniane …drzwi od kibla. Jednak w porównaniu choćby do Masocha, Domu Legend, czy Kryjówki wystrój był tu dość przeciętny. A w menu figurowały głównie wina – wybór piwa był mocno ograniczony. No, ale nazwa zobowiązuje. Spędziliśmy tam jednak bardzo miło czas na rozmowie z Natalią oraz Svitlaną i Anną, które przybyły nieco później.
W sumie to był środek tygodnia, więc dziewczyny musiały koło 23 wracać do domów, bo następnego dnia czekała je praca. My jednak zdecydowaliśmy, że to jeszcze nie koniec wieczoru. I tak wylądowaliśmy w Kryjówce. Za drugim razem nie robiła już takiego wrażenia jak poprzednio. Czyli dokładnie tak samo jak było z Masochem. To miejsca zdecydowanie warte odwiedzenia, ale przy kolejnej wizycie, gdy już wiadomo czego się spodziewać i nic nie zaskakuje wrażenia są nieco mniejsze. Mimo to trafiliśmy jednak na salę w której wcześniej nie byliśmy, a pani kelnerka chciała mnie zamknąć w kryjówkowym więzieniu.
Nie, nie powiem za co.
Zjedliśmy w Kryjówce kolację na którą składała się tacka z jakimś mięskiem i pasztetem (w sumie to nawet nie zapamiętałem co to było, bo i tak najlepiej smakował z tego wszystkiego sos) oraz Зеник (Zenyk) – dobre miejscowe piwko, dostępne w każdej z knajpek sieciówki !FEST. Nie zabawiliśmy jednak w Kryjówce długo, bo zapragnęliśmy nowych wrażeń.

Poprzednim razem, gdy byliśmy we Lwowie poznaliśmy Amerykanina – polecał nam knajpkę Charles Bukowski.
– Tam jest tani alkohol i łatwe dziewczyny – mówił.
W sumie nie mieliśmy pomysłu gdzie pójść, więc postanowiliśmy zobaczyć to miejsce. Jedynym problemem było to, że nie mieliśmy pojęcia gdzie jej szukać.
Podszedłem jednak na rynku do dwóch chłopaków i zapytałem gdzie jest ta knajpka. I tak poznaliśmy Nazara i Tarasa, sympatycznych gości którzy dużo chodzą po górach i proponowali nam wspólny wyjazd sylwestrowy na Howerlę. Zabrali nas do Bukowskiego.
Knajpka składała się z 3 dużych sal i jednej mniejszej z barem. Wystrój w sumie dość skromny – pod ścianami kanapy i stoliki, a w jednym z pomieszczeń stół bilardowy. No i to chyba tyle. A i jeszcze kibel „na Małysza” (może to dziwne, ale dopiero teraz, będąc czwarty raz na Ukrainie, po raz pierwszy zobaczyłem taką toaletę). Bukowski jest raczej miejscem gdzie spotykają się miejscowi (odnosiło się zresztą wrażenie, że każdy każdego tam znał), nie zaś lokalem dla turystów. To co jeszcze wyróżniało to miejsce od innych knajpek w których byliśmy to unoszący się wszędzie dym papierosów, oraz ceny. Dużo niższe niż w innych lokalach. Co do alkoholu więc słowa Amerykanina się sprawdziły, jeśli chodzi o dziewczyny – nie wiem, bo cały wieczór spędziliśmy na rozmowie z chłopakami, oraz ich znajomymi.
Jeszcze w drodze do Bukowskiego, Nazar zapytał mnie czy słyszałem o Lugańsku. No tak, przecież kto by nie słyszał. Nie wiem, czy potem zrozumiałem go dobrze, ale mówił, że był tam, wrócił na 5 dni do Lwowa i niedługo znów jedzie. Po chwili w każdym razie przerwał i przeprosił, że ciężko mu o tym mówić, bo to dla niego zbyt wiele emocji… W oczach miał łzy… Zapytałem go więc czy chce zapalić – stwierdził, że nie pali, ale teraz tego potrzebuje. Później palił już cały czas, choć nie przez emocje, a przez alkohol.
Polecona przez chłopaków tarnopolska Opillia smakowała całkiem nieźle, no i kosztowała niewiele. Wieczór zaś mijał bardzo sympatycznie przy rozmowach o górach, o Polsce i Ukrainie, trochę o różnicach i podobieństwach między naszymi narodami, oraz przy hasłach „Putin chuj” i toastach:
– Za co?
– Zajebiście!!! – szczególnie ochoczo wnoszonych przez Żenię – znajomego chłopaków.
Udało nam się nawet doczekać godziny o której zamykany był Bukowski. A tak podsumowując określiłbym tą knajpkę jako specyficzną, Miłosz nazywał ją bardziej dobitnie – speluną.
Chłopaki natomiast próbowali namówić nas jeszcze na nocny spacer na Wysoki Zamek, oraz kąpiel w źródle na jego zboczach, ale musieliśmy odmówić, bo byliśmy zbyt padnięci. Zresztą do hostelu dotarliśmy i tak już po godzinie 3.
