Przejdź do treści

Piwny Raj – Czechy 2014

  • Czechy

„Take me down,
To the Paradise City,
Where the beer is great
.
And the girls are pretty”
– Nuciłem sobie pod nosem przemierzając Pragę. Nie ważne, że trochę pomyliłem tekst, bo zielonej trawy i tak za bardzo nie było (a przynajmniej tej legalnej). Było natomiast tanie i nieziemsko pyszne piwo. A praskie dziewczyny? Tak, były piękne, jak to słowianki zresztą.

Prolog

Rzeszów –> Wrocław –> Praga

Była sobota, przedostatni dzień sierpnia, godzina 6 rano. Ulice wciąż jeszcze były puste, gdy autobus pomału wyjeżdżał z Rzeszowa. Mimo zapowiadanego w prognozach deszczu, na wschodzie słońce wznosiło się coraz wyżej. Za 23 godziny mieliśmy być w stolicy Czech – Pradze, ale póki co czekało nas prawie 6,5 godziny jazdy do Wrocławia.

Gdy dotarliśmy do stolicy Dolnego Śląska minęło już południe. Do autobusu jadącego do Pragi mieliśmy prawie 12 godzin. Pojechaliśmy więc do Parku Szczytnickiego, poplątaliśmy się po Starym Mieście i zajrzeliśmy do Spiżu na piwo. W międzyczasie dość mocno przemarzliśmy więc ostatnie dwie godziny przesiedzieliśmy na dworcu kolejowym.

Wrocław

A gdy na dworcowym zegarze pojawiły się magiczne cyferki 00:00, siedzieliśmy już wygodnie w ciepłym busie zmierzającym do stolicy Czech.

Dzień 1

Praga – Mala Strana, Hradczany, Petrin

Do Pragi dojechaliśmy jeszcze przed 5 rano. Miasto początkowo wydawało się puste i wyludnione, a wraz z tym jak zbliżaliśmy się w stronę Starego Miasta nieco dziwne i obce. Było jeszcze ciemno, tak jakby to był środek nocy, a na ulicach pełno było wracających z imprez pijanych ludzi. Pewnie trochę ciemność, trochę zmęczenie i wyziębienie, wokół obcy język, a w dużej części też głupoty jakich naczytałem się wcześniej o tym, że Czesi nie lubią Polaków sprawiały, że czułem się troszkę nieswojo. Wszystkie te złe odczucia minęły niedługo później, wraz z tym jak wstało słońce i zobaczyliśmy Pragę za dnia.

Z dworca Praha Florenc udaliśmy się prosto i bez przystanków do hostelu. O wiele lepiej zwiedza się miasto, gdy brzuszek jest pełny i nie trzeba nosić całego dobytku ze sobą.

Zrobiliśmy przystanek w czeskiej Żabce, by zorientować się w cenach i kupić parę smakołyków, a następnie udaliśmy się nad Wełtawę, do której mieliśmy zaledwie parę kroków. Cel – Most Karola – zanim jeszcze zostanie oblężony przez tłumy turystów.

Nad rzekę dotarliśmy tuż przy moście Legii i już stąd roztaczał się ładny widok na Hradczany, Małą Stranę i słynny Charles Brigde. A wszystko to w promieniach (znikającego co chwila, za chmurami) wschodzącego słońca.

Praga – widok na Hradczany
Praga – Most Karola
Praga – Most Karola

Byliśmy zmęczeni po nocnej jeździe i planowaliśmy nie wspinać się dziś na żadne wzgórza, a jedynie pochodzić trochę po płaskim, ale wyszło nieco inaczej.

Bo skoro już byliśmy u stóp Hradczan to głupio już tam nie pójść, tym bardziej, że rzekomo rankiem można wejść na Złotą Uliczkę za free, a na dodatek uniknąć tłoku.

Dość losowo idąc uliczkami w stronę górujących nad miastem wież Katedry św. Wita trafiliśmy na kościół św. Mikołaja oraz Plac Małostrański i znajdującą się na nim morową kolumnę św. Trójcy, a nieco później na zamkowe schody. Nie wiem ile tam ich jest, ale w każdym razie niemało i można się zmęczyć. Za to widok z samej góry na Pragę całkiem przyjemny.

Praga – gdzieś w drodze na Hradczany
Praga – Widok ze szczytu zamkowych schodów

Schody doprowadziły nas na Plac Hradczański. Tu znajduje się wejście do pałacu prezydenckiego i na teren katedry. W związku z tym, że była niedziela, że msze święte i takie tam, wejście do świątyni dla turystów miało być otwarte od 12. Czyli dopiero za 3,5 godziny.

Obraliśmy więc kolejny cel – Złotą Uliczkę. I to był dobry wybór, bo dopiero od godziny 9 wejście było płatne, a na dodatek uliczka była niemal pusta. Małe kolorowe domki są urocze i z pewnością warte zobaczenia. Ponadto tu według legend mieszkali alchemicy szukający kamienia filozoficznego.

Praga – Bazylika św. Jerzego
Praga – Złota Uliczka

W międzyczasie słońce całkiem już się poddało, a z chmur zaczął padać coraz mocniej deszcz. Zaczęła się typowo barowa pogoda, a i ja stwierdziłem, że dość już tego zwiedzania na sucho. 😉

Największe opady przesiedzieliśmy pod daszkiem jednego z budynków, tuż u stóp katedry i gdy tylko trochę się uspokoiło ruszyliśmy na punkt widokowy (dużo lepszy niż poprzedni) przy Czarnej Wieży, a następnie w poszukiwaniu jakiegoś miłego i taniego lokalu.

Praga – widok na Małą Stranę
Praga – widok na Most Karola i Stare Miasto

Snując się uliczkami, odpowiadaliśmy miło na radosne „Hello” i „Dobry den”, zasmucając jednak później witających nas naganiaczy, stwierdzeniem, że szukamy tańszego piwa.

Aż w końcu uradowały się nasze serca, gdy znaleźliśmy tabliczkę z wypisanym kredą napisem  – Starávalašská 12º – 29 Kč. Nie odstraszył nas nawet fakt, że na otwarcie lokalu – Valašskiej Pivnicy musieliśmy chwilę poczekać. Wystrój typowy dla tradycyjnych czeskich lokali – białe ściany, drewniane ławy i skóry z barana by wygodniej się siedziało, a do tego pyszne jasne nie filtrowane piwo z domowego browaru to było coś czego nam trzeba było w tym momencie. Na dodatek byliśmy tam zupełnie sami nie licząc barmana, a zarazem właściciela lokalu, który co chwile przychodził z pytaniem – „Do you need something?”, lub ”Everything OK?”.

Fajna muzyka, pyszne piwo (zresztą tak naprawdę każde piwo w Pradze mi smakowało) i klimat świec oraz unoszącego się powoli dymu sprawił, że postanowiliśmy nieco zaszaleć i spróbować czegoś regionalnego.

I tak na stole wylądowały Becherovka, Morawska Śliwowica i Kontušovka – wódka z miodem i ziołami. Wszystkie bardzo dobre, choć śliwowica nieco wykręcała ryj i pachniała jak bimber. Ale zrobiło się wesoło i deszcz przestał przeszkadzać.

Praga – w Valašskiej Pivnicy

A gdy już minęło południe pomału ruszyliśmy w stronę katedry św. Wita.

No właśnie, bo nie wspomniałem wcześniej – katedra zrobiła na mnie spore wrażenie. Kto wie czy nie był to najładniejszy gotycki kościół jaki do tej pory widziałem.

Rano było tu całkiem pusto, a teraz plac przy katedrze oraz sama katedra pełna była grup wycieczkowych.

W ogóle już rano, gdy przeszliśmy przez Most Karola, miasto sprawiało wrażenie nastawionego na turystów bardziej niż jakiekolwiek inne. Początkowo średnio nam się to podobało, ale później się do tego przyzwyczailiśmy. A i miało to swój plus, bo bez problemu można się było wszędzie dogadać po angielsku.

Praga – Katedra św. Wita
Praga – Katedra św. Wita
Praga – Katedra św. Wita
Praga – Katedra św. Wita

Miało nie być wspinania się, ale tuż obok było wzgórze Petřin, więc lepiej było wejść na nie jeszcze tego samego dnia niż kolejnego iść tu specjalnie. Pobliski Strahovský klasztor odwiedziliśmy trochę przez przypadek szukając toalety. Zresztą takich przypadków i wynikających z tego fajnych sytuacji w czasie tego wyjazdu było więcej. A sam klasztor raczej bez szału.

Próbując dotrzeć do wieży imitującej paryską wieżę Eiffla (na szczycie wzgórza), trafiliśmy pod klub gimnastyczny SK Hradczany i stadion Sparty Praga, nadrabiając przy tym nieco drogi przez dziwne osiedle – coś na kształt klubowych akademików.

Cena biletu na wieżę zdecydowanie nam nie odpowiadała i woleliśmy za darmo zobaczyć panoramę miasta. Znaleźliśmy zresztą nieco niżej ławeczki ze świetnym widokiem.

Praga – Wieża Petrińska

Pojawiający się coraz głośniej w mojej głowie szept – „Spaaaaaać,” przekonał zarówno mnie, jak i Andżelę, że odpuścimy sobie szukanie drewnianej cerkwi oraz dwóch bajorek z wodospadami gdzieś na stokach wzgórza i skierowaliśmy się pomału w stronę hostelu na Nowym Mieście.

Na chwilę jeszcze wyszło słońce i zrobiło się ładnie i cieplutko. Ale tylko na chwilę…

Praga – Mała Strana
Praga – Wełtawa
Praga – nad Wełtawą

Znów odwiedziliśmy Żabkę i zaopatrzyliśmy się w miejscowe specjały. Tak wyczekiwany przez Andżelę – Ołomuniecki twarożek okazał się ciężkim do zjedzenia nabytkiem. Smak trudno było określić, gdyż całkiem zabijał go zapach łączący aromat stajni oraz starych skarpetek. Warto było go jednak spróbować, by wiedzieć, że nie należy tego sera więcej kupować. I w ten sposób Ołomuńskie twarożki wylądowały w koszu. Na zewnątrz. Daleko od hostelu.

Następnego dnia jednak, gdy w brzuszku głodowe pomruki przechodziły w coraz głośniejsze grzmoty zbliżającej się burzy, żałowałem wyrzuconego jedzenia, będąc przekonanym, że teraz zjadłbym je z ogromną chęcią.

Drugi ze specjałów – Kofola – kultowa, czeska podróbka Coca-Coli z czasów komuny smakowała ciekawie.

Ale kompletnie niepodobnie do oryginału. Miała w sobie smak mandarynek i jakichś ziół. Ponadto w menu kilku pubów widziałem drinki których składnikiem była Kofola. Zostaje do spróbowania następnym razem Zresztą do Pragi chciałbym wrócić, bo to taki obok Lwowa drugi Drinking Paradise dla mnie.

[edit: Jakiś czas później piłem rum z Kofolą, w jednej z rzeszowskich knajpek – rewalacja]

Kofola
Ołomuniecki twarożek

Ciepły obiadek – nawet taki składający się z zupki chińskiej i kanapek oraz gorący prysznic były błogosławieństwem, które dodały mi znów sił i poniosły ku pobliskiemu lokalowi mającemu w swej ofercie pyszną i tanią Holbę. Znalazłem się tam na skutek małego nieporozumienia z Andżelą. Ale niedługo później wszystko zostało wyjaśnione i na drugą Holbę wybraliśmy się już we dwójkę.

Zanim jednak poszliśmy na piwo, Andzia musiała dosuszyć włosy, a ja ten czas wykorzystałem na poznanie Brazylijczyka (chyba), grającego pod hostelem na gitarze. Chwile pograliśmy razem i ustaliliśmy, że spotkamy się następnego wieczora by pograć więcej. Brazylijczyk był zachwycony moim głosem i nawet sobie nagrał jeden z kawałków. Może więc za jakiś czas będę sławny w Brazylii 😉

Po piwie, również bardzo dobrym, sił starczyło nam jedynie by przejść się nad Wełtawę i zobaczyć Teatr Narodowy, Hradczany oraz Most Karola ładnie podświetlone nocą. Jeszcze przed 23 padliśmy spać.

Ciąg dalszy tej historii znajdziesz tutaj!

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *