Przejdź do treści

Ponad wodami podziemnej rzeki – Ukraina 2014

  • Ukraina

Ostatni dzień we Lwowie. Wizyta na najsłynniejszym cmentarzu Lwowa i knajpka w podziemiach opery ponad nurtem podziemnej rzeki – Połtwy.

Dzień 3

 Lwów –> Szeginia –> Medyka –> Przemyśl –> Rzeszów


Tym razem dzień nie rozpoczął się już tak cudnie i milutko jak poprzedni. Wczorajsze poznawanie Lwowa skutkowało bólem głowy i ogólnym zmęczeniem, ale także i ogromną radością na widok wody mineralnej. Po szybkim śniadaniu w pizzerii obok hostelu ruszyliśmy na spotkanie z Romanem i Natalią.

Rankiem jeszcze świeciło słońce, teraz jednak zaczynało się coraz bardziej chmurzyć, a w końcu zaczęło padać. Ale dzięki tej pogodzie zrobiło się bardziej klimatycznie, bo jechaliśmy na cmentarz. Łyczakowski cmentarz.

Tramwajem dotarliśmy, aż pod samą jego bramę, ale Roman nie zaprowadził nas do głównego wejścia, lecz na tyły nekropolii. Można było wejść tamtędy nie płacąc za wstęp.

Po drodze jeszcze minęliśmy Memoriał Wojskowy z wielką płaskorzeźba sierpa i młota i znaleźliśmy się na najstarszym i najbardziej znanym cmentarzu Lwowa. Co można powiedzieć o tym miejscu? W sumie to było sporo ładnych nagrobków, Roman pokazał nam też groby postaci ważnych dla historii zarówno Polski jak i Ukrainy oraz zaprowadził na Cmentarz Orląt Lwowskich – znajdujący się na terenie Cmentarza Łyczakowskiego.

Nie żałowałem, że tam pojechaliśmy, ale też raczej nie jest to miejsce do którego miałbym wracać. W sumie nie spodziewałem się czegoś konkretnego, ale i też nic mnie tam nie zauroczyło lub zaintrygowało, a daleki jestem od zwolennikiem martyrologii, Na cmentarzu jeszcze dołączyły do nas Svitlana, Maryna oraz ich koleżanka Natalia. Stanowiliśmy więc już grupę 8-osobową.

Lwów - Memoriał Wojskowy - Ukraina
Lwów – Memoriał Wojskowy
Lwów - Cmentarz Orląt Lwowskich - Ukraina
Lwów – Cmentarz Orląt Lwowskich
Lwów - Cmentarz Łyczakowski - Ukraina
Lwów – Cmentarz Łyczakowski
Lwów - Cmentarz Łyczakowski - Ukraina
Lwów – Cmentarz Łyczakowski
Lwów - Cmentarz Łyczakowski - Grób Marii Konopnickiej - Ukraina
Lwów – Cmentarz Łyczakowski – Grób Marii Konopnickiej

Gdy cześć naszej grupki została jeszcze na cmentarzu, ja odwiedziłem pobliski sklep w poszukiwaniu suszonej ryby. I udało się, było nawet kilka rodzajów. W moje ślady szybko poszedł zarówno Miłosz jak i Rafał i po chwili staliśmy już wszyscy na przystanku wcinając suszoną rybę, kalmary i tym podobne wynalazki.

Całą ósemką wróciliśmy do centrum i tym razem zostaliśmy zabrani do knajpki „Lewy Brzeg” znajdującej w podziemiach Opery. Tym co wyróżniało ją na tle innych były drewniane kładki łączące wejście z salą barową tuż nad wodami Pełtwi – zabudowanej rzeki płynącej podziemiami Lwowa. No i oczywiście stroje niegdyś używane w Operze, w które teraz każdy mógł się przebrać i być damą, paziem, wampirem lub kimkolwiek innym.

Lwów – Lewy brzeg

Często jest tak, że w dzień, w który się wraca nie dzieje się zbyt wiele. Nie inaczej też było tym razem. Po tym jak wypiliśmy piwo i trochę pogadaliśmy przyszedł czas długich pożegnań i wspólnych zdjęć. Przez te 3 dni polubiliśmy się, więc szkoda nam było wracać już do domu. Padł nawet pomysł zostania dzień dłużej, ale obowiązki niestety wzywały.

🙂

Natalia zabrała nas na przystanek i wsiadła razem z nami w autobus jadący na dworzec. Nie bardzo wiedzieliśmy po co, bo mówiliśmy, że pójdziemy na dworzec na piechotę. Ona jednak uparła się, że to daleko.

W sumie dobrze wyszło, bo za 10 minut mieliśmy marszrutkę do Szegini. Jeszcze tylko pożegnanie z kuzynką i ruszyliśmy w stronę domu. Kropiący wcześniej deszcz teraz rozlał się na dobre. Może to tylko przypadek, ale ja myślę, że to niebo płakało razem z nami gdyż smutno mu było, że musimy wracać.

W Szegini jeszcze szybkie zakupy, by nie wracać z pustymi rękami, przejście przez granicę, sprawdzanie plecaków i byliśmy już po polskiej stronie.

Z Medyki nawet dość szybko udało się nam złapać busa pod przemyski dworzec, ale tam dopiero zaczęły się schody. Ostatni pociąg odjechał, a następny miał być dopiero o 3 w nocy. Na dworcu autobusowym sytuacja nie wyglądała lepiej, bo była niedziela i żadnych autobusów w stronę Rzeszowa już o tej porze nie było.

W końcu jakoś (już nawet nie pamiętam jak) dowiedzieliśmy się, że o 22 jedzie prywatny busik, ale trzeba mieć na niego rezerwację. Postanowiliśmy spróbować, a gdyby się nie udało czekałoby nas nocne plątanie się po Przemyślu lub kilkugodzinne koczowanie na dworcu. Póki co, mając w perspektywie przynajmniej godzinne czekanie, usiedliśmy w przydworcowym 24-godzinnym barze. Dobrze, że takie miejsce tam w ogóle istnieje, bo można było coś zjeść i posiedzieć trochę w cieple. A i sam standard, jak na dworcową knajpkę jest wyjątkowo dobry.

Generalnie temat wydostania się z Przemyśla zmuszał ludzi do rozmowy i wymiany informacji (nie tylko my chcieliśmy jechać do Rzeszowa), a tym samym nieco zbliżał.I tak w dworcowej knajpce dołączyła do nas Natalia (kolejna) – studentka którejś z katowickich uczelni, pochodząca z odległego Mikołajowa.

Przez tą godzinę wcale jednak się nie nudziliśmy, ja i Rafał rozmawialiśmy z Natalią, a Miłosz pomagał jakiejś ukraińskiej sierotce odzyskać komputer, który zostawiła w autobusie. Aż w końcu wybiła 22. Poczekaliśmy, aż wszyscy Ci którzy mają bilet wejdą do busa i zapytaliśmy czy jeszcze jest miejsce. Było.

I tak o 23:30 dotarliśmy do Rzeszowa.

Zaś co do sytuacji politycznej, Lwów był bezpieczny i nic złego się w nim nie działo – zarówno teraz, jak i 5 miesięcy później, gdy spełniły się prorocze słowa starszego pana w marszrutce i na wschodzie toczyła się już regularna wojna.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *