Przejdź do treści

Loża masońska i mali ludzie – Ukraina 2014

  • Ukraina

Zwiedzanie Lwowa przeplatane wizytami w dziwnych, ale i niezwykle ciekawych lokalach.
Upiorny plac zabaw, trabant na dachu i najdroższa knajpka Galicji.

Dzień 2

Lwów

Pobudka o dziwo nie była ciężka i nie towarzyszył jej ból głowy.

Jednak dopiero o 10:30 wrzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy w stronę centrum. Nie mogliśmy zostać tu na kolejną noc ponieważ cały hostel był zarezerwowany, ale już dzień wcześniej udało nam się znaleźć inny – tańszy i położony na równoległej do rynku ulicy Teatralnej hostel Cossack. Idąc ulica Horodostką minęliśmy cerkiew św. Jury i doszliśmy do budynku stałego cyrku. Mieliśmy nawet pomysł by wybrać się na przedstawienie następnego dnia, ale ostatecznie spędziliśmy czas inaczej. W pobliskim parku natomiast trafiliśmy na dość psychodeliczny plac zabaw. Nie wiem jak dzieci, ja w każdym razie bałbym się na nim bawić.

Lwów - Cyrk - Ukraina
Lwów – Cyrk
Lwów – upiorny plac zabaw
Lwów – upiorny plac zabaw

W międzyczasie zaczęło nam burczeć w brzuchach, więc postanowiliśmy zjeść śniadanie w Puzatej Chacie. Bardzo fajne i niedrogie miejsce, ale trafiliśmy w nieodpowiednim momencie, bo jedzenie, brane na wagę zdarzyło już lekko wystygnąć.

Spacerując po rynku i jego okolicach trafiliśmy pod pomnik Nikifora. Zrobiliśmy tu sobie krótka przerwę ma fajeczkę i obserwowaliśmy miejscowych żuli. Jedynych jakich spotkaliśmy przez te 3 dni. Ten najbardziej reprezentatywnie ubrany podchodził do pomnika gdy pojawili się przy nim turyści, wyciągał pieniądze i wrzucał je do ceramicznej miski u stóp posągu, po czym opowiadał, że potarcie nosa Nikifora, oraz wrzucenie pieniędzy ma przynieść szczęście.

Jak nietrudno się domyśleć, pieniądze turystów również lądowały w misce, a gdy ci już się oddalili, żul zbierał łupy i wracał na ławeczkę czatować na kolejnych naiwnych.

Lwów - Pasaż Andreolli - Ukraina
Lwów – Pasaż Andreolli
Lwów - Nimfa Meluzyna - Ukraina
Lwów – Nimfa Meluzyna
Lwów - Cerkiew Ormiańska - Ukraina
Lwów – Wnętrze cerkwi Ormiańskiej
 Lwów - Ulica Virmenska - Ukraina
Lwów – Ulica Virmenska
Czarna Wołga 🙂
Lwów – Pomnik Nikifora

My swoje kroki natomiast skierowaliśmy w stronę kopca Unii Lubelskiej – wzgórza zwanego też Wysokim Zamkiem, na szczycie którego w XIV wieku Kazimierz Wielki wzniósł warownię. Wysoki Zamek jest też najwyższym szczytem Roztocza Wschodniego. Była już 14 gdy stanęliśmy na szczycie, a na 15 byliśmy umówieni z Romanem na rynku, więc po krótkim ogarnięciu panoramy zaczęliśmy schodzić.

Lwów – Na szczycie kopca
Lwów - Wysoki Zamek - Ukraina
Lwów – Widok z kopca na nową część miasta
 Lwów - Ulica Virmenska - Ukraina
Lwów – Pozostałości zamku

A jednak nie ruszyliśmy prosto na rynek – mieliśmy ze sobą piwko kupione w sklepie po drodze i u stóp kopca znaleźliśmy ławeczkę która idealnie nadawała się na odpoczynek. W pobliżu zaś bawili się jacyś ludzie przy ukraińskim dubstepie. Swoją drogą naprawdę niezłym.

Idąc w stronę rynku trochę pomyliliśmy kierunki i wylądowaliśmy na ulicy Zamarstynivskiej po drodze mijając malutki i uroczy kościółek św. Jana Chrzciciela oraz Stary Rynek.

Lwów - Kościół św. Jana Chrzciciela - Ukraina
Lwów – Kościół św. Jana Chrzciciela

Zahaczyliśmy jeszcze o hostel i dotarliśmy na miejsce spotkania.

Na rynku jak się okazało czekał na nas nie tylko Roman – znajomy Natalii, który jest przewodnikiem po Lwowie, ale także Svitlana wraz z koleżanką Maryną.

Na pytanie gdzie chcemy iść, bez zastanowienia odpowiedzieliśmy, że na piwo. Okazało się, że dziewczyny miały nadzieję, że to właśnie powiemy i w ten sposób wylądowaliśmy w Domu Legend.

W pięciopiętrowym budynku znajduje się siedem pomieszczeń i w każdym z nich wystrój odpowiada innej legendzie. My znaleźliśmy miejsce w pokoju Lwowskich lwów, gdzie pełno jest zdjęć oraz części zapasowych dla rzeźb rozsianych po mieście. Nocą zaś owe rzeźby ożywają by bronić mieszkańców miasta. Tak przynajmniej twierdzi legenda. Pozostałe zaś historie dotyczą m.in. czasu, bruku, książek lub co wydaje się najciekawsze – lwowskich kanałów. Na dachu zaś znaleźć można starego trabanta, którym wg legendy porusza się kominiarz. Ciekawa jest także ubikacja, więc właściwie każdy kąt Domu Legend warty jest odwiedzenia.

A no i właśnie – gdy tam byliśmy nie wiedzieliśmy, że lokal ma taką, a nie inną nazwę. Zarówno Roman, jak i dziewczyny nazywali to miejsce – „Mali ludzie”. A to dlatego, że nieraz można trafić tam na kelnera lub kelnerkę-karła. Ja tam żadnego nie widziałem, może więc byli aż tak mali.

Lwów - Dom Legend - Ukraina
Lwów – Menu i zarazem mapka Domu Legend
Lwów - Dom Legend - Ukraina
Lwów – Na dachu Domu Legend
Lwów – Na dachu Domu Legend

W Domu Legend nie siedzieliśmy długo. Jedno piwo i zakąska w postaci ogromnej tacy pełnej rewelacyjnych serów na start, po czym ruszyliśmy zwiedzać miasto.

Roman pokazał nam naprawdę sporo zabytków oraz bardzo ciekawie i dużo opowiadał. Dla mnie jednak troszkę za dużo. Ale, może to dlatego, że we Lwowie byłem już drugi raz i widziałem większość miejsc które odwiedzaliśmy. Niemniej jednak w dwóch cerkwiach trafiliśmy na nabożeństwa, co było dość ciekawym doświadczeniem.

Lwów - Cerkiew Wołoska - Ukraina
Lwów – Cerkiew Wołoska
Jeden z lwów strzegących miasta

Po mniej więcej półtora godzinie zwiedzenia, gdy mocno już zgłodnieliśmy Roman zabrał nas do knajpki z ukraińskim jedzeniem o nazwie Ukraińskie Podwórze. Miłosz i Rafał nie eksperymentowali, ja natomiast postanowiłem wybrać coś czego nazwa kompletnie nic mi nie mówiła. I wybrałem banosz. Był to strzał w dziesiątkę, bo jedzonko było pyszne. Nawet teraz robię się głodny na myśl o nim. W każdym razie banosz to tradycyjne zakarpackie danie składające się z kaszy kukurydzianej, gęstej śmietany, bryndzy, boczku i jakiejś zieleninki. Do tego zamówiłem pieczone ziemniaczki i pyszne piwo Biały Lew. Na deser zaś horilka. Była o smaku jakiejś rośliny, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, ani jak to wygląda, ani jak może nazywać się po polsku.

Banosz

Chwilę jeszcze przespacerowaliśmy się po mieście pogrążonym w mroku nocy. Zobaczyliśmy kamienicę w której niegdyś był sklep i zachowały się jeszcze napisy po polsku, hebrajsku i niemiecku. Minęliśmy także Majdan, na którym bez przerwy trwały jakieś przemowy i puszczane były patriotyczne pieśni. I niedługo później znów znaleźliśmy się na rynku.

Lwów – jedna z kamienic

Zostaliśmy zabrani w kolejne ciekawe miejsce. W jednej z kamienic, gdy wdrapaliśmy się na pierwsze piętro, ukazało się nam dwoje drzwi. Żadne z nich nie miały klamek. Trzeba było zapukać w te bliższe, po lewej stronie. Otworzył nam jakiś młody chłopak z miną wyraźnie zdziwioną (udawaną jednak). Za nim zaś zobaczyliśmy małą skromną kawalerkę ledwie mieszczącą 2 osoby. Nie zrozumieliśmy co Roman powiedział do chłopaka – ten w każdym razie otworzył nam drzwi za swoimi plecami i mogliśmy wejść do innego świata. Do Loży Masońskiej. Ogromny, pięknie podświetlony bar, portrety amerykańskich prezydentów, na ścianach pełno symboliki masońskiej, w jednej z sal stara limuzyna no i ceny w menu:
50 ml wódki – 30 zł, piwo – 50 zł, butelka whisky – 2500! zł.

Dotychczas za piwo płaciliśmy nie więcej jak 5 zł, więc zapytałem Miłosza, czy chce tu zostać. W zasadzie nie miał wyboru, bo dziewczyny już zamówiły kawę i głupio było je tak zostawiać. Z ogromnym wyrazem bólu wypisanym na twarzy stwierdził, że ok, weźmiemy piwo i najwyżej zapłaci kartą. Rachunek na około 300 zł za 3 piwa i kilka baniaków jednak dość mocno odbijał się na zawartości portfela. Nie przez przypadek Loża Masońska szczyciła się mianem najdroższej knajpki Galicji.

Nie zapłaciliśmy jednak tyle. Wiedziałem o tym już wcześniej, że mając specjalną kartę sieci !FEST rachunek zostanie obniżony o 90%. Czyli standardowo – piwo 5 zł itd.

Mina Miłosza jednak warta była zobaczenia. Co jeszcze wyjątkowego (oprócz cen i wystroju) jest w Loży Masońskiej? Ubikacja! Tam powiedzenie – „Siedzieć na tronie” nabiera całkiem prawdziwego znaczenia.

Lwów - Loża Masońska - Ukraina
Lwów – Loża Masońska – menu i te ceny…
Lwów - Loża Masońska - Ukraina
Lwów – Loża Masońska
Lwów – Loża Masońska
Lwów - Loża Masońska - Ukraina
Lwów – Loża Masońska

W międzyczasie godzina zrobiła się dość późna i Svietka z Mariną musiały wracać do domu, natomiast my z Romanem przenieśliśmy się do Masoch Cafe. Na miejscu – jak to zwykle o takich porach bywa – nawiązywały się nowe znajomości, zaczęły się wspólne toasty z chłopakami z Białorusi, a rozmowy coraz bardziej traciły wartość merytoryczną i sens. Sam wystrój nie zrobił na mnie wrażenia, byłem tam jednak już drugi raz. Zaś najważniejszą rzeczą jaką zapamiętałem była pyszna horilka o smaku jabłka z cynamonem.

Lwów - Masoch Cafe - Ukraina
Lwów – Masoch Cafe

W końcu gdzieś mocno po 2 stwierdziliśmy z Rafałem, że nie mamy sił i wracamy do hostelu. Miłosz jeszcze przez godzinę próbował reprezentować Polskę w międzynarodowych rozmowach, ale w końcu i on wrócił, gdy my już spaliśmy.
Oczywiście obudził mnie pytając:

Michał, masz ogień?

Nawet nie miałem siły się złościć, bo i tak parę sekund później zasnąłem ponownie.

Ciąg dalszy tej historii znajdziesz tutaj!

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *