Po całkiem niezłych trzech dniach marszu dopadł mnie lekki kryzys. Nadciągnęły deszcze i zrobiło się dość zimno. A mnie czekał marsz przez Beskid Dukielski i Wzgórza Rymanowskie. No i wejście na budzącą strach wśród wędrowców Cergową.
Dzień 22
Kąty – Łysa Góra 641 – Polana 651 – Chyrowa
Długo zastanawiałem się czy nie zostać w Kątach jeden dzień dłużej. Trochę nie chciało mi się dalej iść, miałem tu fajne towarzystwo, pizzerię tuż obok, a Alert RCB ostrzegał o siedmiu jeźdźcach apokalipsy nadciągających wraz z burzą. Ostatecznie stwierdziłem, że kilometry jednak same się nie zrobią i postanowiłem ruszyć dalej. Gdy swoje pierwsze kroki postawiłem na szlaku była już godzina 13.
Zacząłem wdrapywać się na Grzywacką Górę i nawet nie padało… przez pierwsze pół godziny. Burza na szczęście nie nadeszła, ale padało raz słabiej, raz mocniej, a niekiedy wręcz ulewnie. Szlak głównie prowadził lasem, ale jego fragmenty biegnące przez zarośnięte łąki sprawiały, że mokro robiło się nie tylko od góry, ale i od dołu.
O jakichkolwiek widokach można było zapomnieć, bo grzbiet spowiły chmury.
Jedynym ciekawszym miejscem był szczyt Łysej Góry. Na słupie oznaczającym wierzchołek leżała miotła. Zapewne zostawiła ją jakaś czarownica biorąca udział w tutejszym sabacie. Albo, ktoś w końcu zabrał się za zamiatanie błota na szlaku.
Jeszcze przed szczytem Polana zobaczyłem na drzewie ledwie czytelną kartkę ostrzegającą przed widzianym w okolicy niedźwiedziem.
– Przynajmniej nie będę się nudzić, a każdy hałas będzie przyprawiać o gęsią skórkę i zmuszać do nerwowego rozglądania się na boki – pomyślałem.
Po godzinie 17 dotarłem do Chyrowej – tu miałem zostać na noc. A niedźwiedzia na szczęście nie spotkałem.





GSB – Dzień 23
Chyrowa – Pustelnia św. Jana – Nowa Wieś – Cergowa 716 – Lubatowa
Od rana mżył deszcz, niebo zakrywały ciemnoszare chmury i zrobiło się cholernie zimno. Nic tylko strzelić sobie w łeb, albo upić się do nieprzytomności w jakiejś podrzędnej spelunie. Tyle, że takiej w Chyrowej nie było…
Ruszyłem więc dalej przed siebie z ogromną niechęcią wyrysowaną na twarzy. Szlak kilkukrotnie przecinał potok Iwielka i niekiedy jedyną opcją było pokonanie go brodem. Buty i tak miałem mokre, więc nawet nie zadawałem sobie trudu by ściągać je gdy woda sięgała do kostek.
Za wioską szlak skręcił w las i powoli zaczął piąć się w górę pod szczyt Kamienna Góra, po to by opaść ku pustelni św. Jana. Uzupełniłem tu zapas wody i w towarzystwie innych nieszczęśników wędrujących GSB zacząłem schodzenie w dolinę Jasiołki. Właściwie to fragmentami nie było to schodzenie, lecz zjeżdżanie po błocie w dół.
Teraz czekała Cergowa. Każdy kogo mijałem na szlaku przestrzegał przed stromym wejściem i zejściem ze szczytu. Byłem wcześniej na Cergowej kilkukrotnie i pamiętałem, że nie było tam jakiejś ogromnej tragedii. Rzeczywiście jej zbocza są dużo bardziej strome niż na innych górach w Beskidzie Niskim, ale nie taki diabeł straszny…
Około godziny 16 byłem na szczycie. Mimo, że z pomiędzy chmur wyszło słońce – okrutnie wiało, przez co nadal było dość zimno. Powoli należało myśleć gdzie spędzę najbliższą noc. Dość szybko zszedłem z Cergowej i będąc nieco powyżej wsi Lubatowa zacząłem sprawdzać neta i dzwonić do polecanych mi przez innych piechurów miejsc noclegowych.
Tragedia… W Iwoniczu wszystko zajęte… No, ale w końcu to weekend…
Będąc już w Lubatowej udało mi się znaleźć nocleg. Miałem spać w drewnianym domku na podłodze wraz z pięcioma innymi osobami. Po przybyciu na miejsce okazało się jednak, że ktoś odwołał rezerwację i dostałem pokój. Wow!
Późnym wieczorem dołączył do mnie Piotrek, który od rana gonił z Kątów.
Jutro wreszcie cywilizacja – Iwonicz-Zdrój i Rymanów-Zdrój po drodze





Dzień 24
Lubatowa – Iwonicz-Zdrój – Rymanów-Zdrój – Wołtuszowa – Wisłoczek – Puławy Górne
Z Lubatowej do pobliskiego Iwonicza-Zdroju szlak prowadził asfaltem. Dość szybko dotarłem do miejscowości. Uzdrowisko dopiero powoli budziło się do życia. Zrobiłem drobne zakupy, zahaczyłem o aptekę i powoli ruszyłem w kierunku Rymanowa-Zdroju.
Po drodze spotkałem poznaną wczoraj Asię i razem przebyliśmy 6 kilometrów dzielące oba uzdrowiska, po czym poszliśmy na obiad do restauracji.
W Rymanowie pykła mi seteczka! To znaczy – docierając do Rymanowa-Zdroju przeszedłem ponad 100 kilometrów podczas tej wędrówki. Udało się więc zrealizować plan minimum.
Około godziny 14 ruszyłem dalej. W miejscu gdzie szlak opuszczał uzdrowisko stała tabliczka ostrzegająca przed niedźwiedziami. Widziałem takich tabliczek w życiu już dziesiątki, a niedźwiedzia nigdy nie spotkałem, ale teraz rzeczywiście czekała mnie wędrówka przez dość dzikie tereny.
Minąłem dawną wieś Wołtuszowa, wdrapałem się na wzgórze Dział i zszedłem do miejscowości Wisłoczek.
Zajrzałem do bazy namiotowej SKPB Rzeszów, obok której zobaczyć można ładny wodospad, po czym przekroczyłem potok Wisłoczek i dotarłem do asfaltu.
Znalazłem się w krainie zielonoświątkowców. W opuszczonych po akcji „Wisła” dolinach, w których leżą miejscowości Wisłoczek i Puławy (dzielące się na Puławy Górne i Dolne) w 1969 roku osiedlili się ewangelicy przybyli z Zaolzia. To dość ciekawy temat, więc będę musiał jeszcze tu wrócić przy innej okazji.
Ostatni tego dnia etap szlaku wiódł przez 8 kilometrów nudnym asfaltem. Przed godziną 20 dotarłem do Puław Górnych, mając za sobą 22 kilometry marszu.



