Przejdź do treści

Główny Szlak Beskidzki – Dni 19-21

Po dwóch latach (dokładnie 788 dniach) wróciłem na GSB – Główny Szlak Beskidzki! Dwa lata temu jechałem bez przygotowania kondycyjnego, ze zbyt ciężkim plecakiem i świeżo po anginie. Na domiar złego przez niemal dwa tygodnie padał deszcz. Teraz było… znacznie gorzej. Dwa lata temu przeszedłem 265 kilometrów przez Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, Gorce i Beskid Sądecki – z Ustronia do Mochnaczki Niżnej. Przede mną druga część szlaku – 237 kilometrów przez Beskid Niski i Bieszczady – z Mochnaczki Niżnej do Wołosatego.

[Cała moja wędrówka opisana jest w formie dziennika]

GSB – Dzień 19

Mochnaczka Niżna – Swarne 770 – Banica – Przeł. Czerteż – Ropki – Hańczowa – Kozie Żebro 847 – Regietów

Z Rzeszowa wyjechałem o 5 rano. Do Mochnaczki Niżnej dotarłem tuż przed południem. Tu zaczyna się Beskid Niski i tu skończyłem wędrówkę 2 lata temu.

Mimo, że rano padał deszcz z pomiędzy chmur wyszło słońce i zrobiło się ładnie i ciepło. Pierwsze podejście pod szczyt Swarne było łagodne i przyjemne. Ładnie było stąd widać pagórki Beskidu Sądeckiego i dawną cerkiew w Mochnaczce Niżnej. Z drugiej strony grzbietu widoczna była natomiast Lackowa – najwyższy szczyt polskiej części Beskidu Niskiego.

Dalej jednak nie było już tak kolorowo. Na nieco trudniejszym podejściu pod Sołdywiec zgubiłem szlak i w rezultacie musiałem przedzierać się przez łąki i młodnik. Natomiast kolejne podejście na Przełęcz Czerteż pod szczytem Zielona Lipka było dość długie i nużące. Napędzała mnie jednak myśl, że w Hańczowej napiję się zimnego piwa. Moje marzenia o złocistym napoju legły w gruzach, gdy okazało się, że jedyny na mojej trasie sklep otwarty był do godziny 14, a ja w wiosce znalazłem się o 17.

Cóż więc było robić? Ruszyłem w stronę Koziego Żebra 847 m. n.p.m. – najwyższego szczytu Beskidu Niskiego przez który przechodzi GSB. Szlak był niesamowicie stromy i męczący. A na dodatek podczas podejścia skończyła mi się woda. Udało się jednak – szczyt zdobyłem o 19:30.

Teraz czekało mnie strome zejście do Regietowa. Wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca dotarłem na pole namiotowe SKPB. Chleb z pasztetem i woda ze strumyka jeszcze nigdy nie smakowały mi tak bardzo.

Przeszedłem 20 kilometrów i pokonałem ponad 850 metrów przewyższeń. Cieżki był to jednak dzień…

A jutro czeka mnie pobudka przed 5 rano, bo za górą znajduje się jedyny sklep przez najbliższe 43 kilometry. Tyle, że ten sklep jest otwarty od godziny 7 do 9 rano.

GSB – Powrót pod znajomy znak – 237 kilometrów przede mną!
Swarne 770 m n.p.m. – Widok na Lackową
Banica – Widok na Lackową
Sołdywiec 627 m n.p.m. – Widok w stronę Czyrnej
Ropki – Dawna łemkowska wioska
Ropki – Widok w stronę szczytu Homola

GSB – Dzień 20

Regietów – Rotunda 771 – Zdynia – Popowe Wierchy 684 – Krzywa – Wołowiec – Bartne

Noc była dość chłodna, więc obudziłem się zziębnięty. Złożyłem namiot, zjadłem śniadanie (znów ten pyszny chleb z pasztetem), uzupełniłem zapas wody w pobliskim źródełku i parę minut po 6 byłem gotowy do marszu.

Zaskakująco szybko wdrapałem się na Rotundę 771 m. n.p.m. Na szczycie znajduje się jeden z najpiękniejszych, a na pewno najbardziej charakterystyczny cmentarz z I Wojny Światowej w Beskidzie Niski – zaprojektowany przez Dušana Juroviča.

Do położonej u stóp góry miejscowości Zdynia dotarłem na 8:30. Zdążyłem więc przed zamknięciem sklepu. Jak dowiedziałem się od kasjerki sklep od maja jest otwarty cały dzień – bez kilkugodzinnej przerwy, tylko nie zostało to zmienione w Googlach.

Zrobiłem więc zakupy na następne dwa dni i wypiłem dwa piwa w towarzystwie miejscowego rencisty. No, bo kto inny ma czas by pić w tygodniu o 9 rano?

W rezultacie strome podejście na Popowe Wierchy dość mocno mnie zmęczyło. Na dodatek na szczycie rozpoczęła się ulewa. Błotnistą ścieżkę dość mocno zmasakrowały konie, które mijały mnie przy zejściu w stronę wioski Krzywa.

Gdy dotarłem w dolinę potoku Zawoja było już po deszczu. Szlak początkowo biegł naprawdę ciekawie trzykrotnie pokonując nurt rzeczki, później jednak prowadził zwyczajną drogą leśną aż do Wołowca.

Już wczoraj zrobiłem sobie porządne odciski i każdy krok sprawiał coraz większy ból przez co moje tempo spadało. Do marszu motywowała mnie jednak myśl, że czeka mnie spanie pod dachem oraz tak prozaiczne rzeczy jak prysznic i ubikacja.

Około godziny 17 dotarłem do bacówki w Bartnem. Zjadłem pyszne pierogi łemkowskie i popiłem je piwem z browaru w Grybowie.

Próby znalezienia zasięgu telefonicznego skończyły się niepowodzeniem, więc o 21 padłem spać.

Jutro czeka mnie przejście 24 kilometrów przez Magurski Park Narodowy i wreszcie dotrę na Podkarpacie.

Rotunda 771 m n.p.m. – Cmentarz z I Wojny Światowej
Szlak na Popowe Wierchy 684 m n.p.m.
Bartne – Widok na Męcińską Górę

GSB – Dzień 21

Bartne – Magura 829 – Świeżowa 805 – Kolanin 705 – Przeł. Hałbowska – Kąty

Z Bartnego wyruszyłem o godzinie 9. W tym roku zmieniony został odcinek szlaku do Przełęczy Majdan, tak by ominąć bagnisko, w które rzekomo ludzie po deszczach wpadali po pas. W rezultacie trzeba jednak nadrobić niemal kilometr schodząc w dół wioski, a następnie wrócić pod górę na przełęcz.

Podejście na Magurę Wątkowską szło mi wyjątkowo opornie. W końcu dotarłem jednak do Magurskiego Parku Narodowego i do granicy województw – Małopolskiego i Podkarpackiego. Byłem więc w domu.

Dalej czekał mnie marsz przez leśne ostępy. Bardzo ładne, ale jednak dość monotonne.

Gdy doczłapałem do szałasu pod szczytem Ostrzysz rozpętała się burza. Deszcz lał się strumieniami, a wokół waliły pioruny. Coraz poważniej zacząłem zastanawiać się nad przenocowaniem w szałasie. Jeśli nie w tym, to w którymś z dwóch kolejnych na szlaku.

I pewnie tak bym zrobił, gdybym nie poznał Piotrka, który zainspirował mnie myślą by zjeść pizzę w Kątach.

Było jednak po godzinie 16, a przed nami 12 kilometrów marszu. Decyzja zapadała – ruszyliśmy. Na podejściach ja goniłem przodem, na zejściach jednak wyprzedał mnie Piotrek. W ten sposób napędzaliśmy się wzajemnie, choć w wielu momentach ruszałem nogami tylko dzięki sile woli i skupianiu myśli na jednym słowie „pizza, pizza, pizza”.

Ostatnie zejście ze szczytu Kamień było dość karkołomne, ale i bardzo ciekawe zarazem. Nie było jednak czasu na zdjęcia, bo powoli zapadał zmrok, a na dole czekał nas deadline – musieliśmy zdążyć do Kątów na godzinę 21.

Końcówkę ostatniego odcinka pokonywaliśmy już w całkowitych ciemnościach świecąc sobie czołówkami pod nogi.

Piotrek dotarł do pizzerii o 20:58, a ja byłem tam kilka minut później. Cel udało się zrealizować!

Pizza była świetna, a ja pierwsze piwo wypiłem na raz. Po drodze skończyła mi się woda, a nie było nawet czasu nabrać jej z potoku.

Po trzech dniach wychodzi mi całkiem dobry wynik – przebyte 64 kilometry i pierwszy etap Beskidu Niskiego pokonany!

Bartne – Przydrożny krzyż
Schron Ostrzysz
Mgły na szczycie Kolanin 705 m n.p.m.
Kamień nad Kątami – Widok w stronę szczytów w Magurskim Parku Narodowym
Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *