Byliśmy przygotowani na to, że czeka nas dużo biurokracji, będą problemy z komunikacją i będzie ciężko wszystko ogarnąć, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak…
Dzień 27
Guangzhou
Wylądowaliśmy w Guangzhou, znanym również pod europejską nazwą Kanton. Czekało nas 37 godzin przerwy między lotem z Hanoi, a lotem do Paryża. Lotnisko było ogromne, a my stojąc w kolejkach i poruszając się od okienka do okienka potrzebowaliśmy zdobyć bilety lotnicze do Europy, ogarnąć nocleg i dostać 72 godzinną chińską wizę.
Z jakiegoś powodu nie wydrukowano nam biletów na dalsze loty w Wietnamie, ale udało się to w miarę szybko ogarnąć w Guangzhou. Liczyliśmy na to, że ze względu na tak długą przerwę między jednym, a drugim lotem przysługuje nam jakiś hotel. Okazało się, że niestety nie…
To z kolei sprawiło, że nie mając zabukowanego noclegu pojawił się problem ze zdobyciem wizy. Po dwóch godzinach wyjaśniania sytuacji kolejnym urzędnikom i wypełnianiu kolejnych wniosków wreszcie dostaliśmy pieczątkę w paszporcie. Na naszym wniosku wpisany został przez urzędnika jakiś adres (pisany chińskimi krzaczkami), który miał być naszym miejscem noclegowym. Na szczęście okazało się, że wcale nie musimy tam spać i sami możemy znaleźć jakiś hostel.
Mieliśmy wizę, mogliśmy opuścić lotnisko i udało nam się nawet odnaleźć bagaże, które przez ostatnie dwie godziny jeździły w kółko po taśmie – pierwszy level chińskiej biurokracji pokonany. Co dalej? Trzeba znaleźć informację turystyczną, ogarnąć nocleg i wymienić pieniądze.
W tym cholernie wielkim porcie lotniczym nigdzie nie było darmowego Internetu, a pani w informacji turystycznej znała po angielsku może ze cztery słowa. Jedyne więc co udało nam się ugrać to kiepskiej jakości mapa z zaznaczonym długopisem centrum miasta.


Kupiliśmy śmieszne plastikowe żetony i metrem pojechaliśmy w kierunku zaznaczonym na mapce.
Okazało się, że centrum do którego nas skierowano było tak naprawdę centrum dzielnicy biznesowej, nie zaś czymś na kształt starego miasta.



Po dłuższym marszu znaleźliśmy jakąś restaurację w której było wi-fi. Ciężko było w ogóle połączyć się z Internetem, ale ostatecznie udało się nam zarezerwować pokój w hostelu, który według nawigacji położony był na wysepce nad rzeką Perłową. Nikt rzecz jasna nie mówił tu po angielsku, ale jeden z pracowników restauracji włączył jakąś aplikację w telefonie, która tłumaczyła słowa wypowiadane do mikrofonu z chińskiego na angielski i odwrotnie. Zbyt wiele nam nie pomógł, ale zapytał czy wszystko w porządku, co było całkiem miłe, bo jak pokazały kolejne doświadczenia poziom empatii wśród chińczyków jest na zupełnie innym poziomie niż w Europie.
Najpierw metrem, a następnie pieszo dotarliśmy na wyspę Shamian. Na liczącej zaledwie 300 m² piaszczystej wysepce zaskoczyło mnie budownictwo stylem przypominające budownictwo europejskie lub kolonialne. Skąd się wzięło? Tu warto cofnąć się nieco w przeszłość. Gdy 1839 roku wysłannik chińskiego cesarza zabronił handlu opium w Kantonie – jedynym wówczas chińskim porcie zajmującym się handlem zagranicznym – doszło do tzw. I wojny opiumowej pomiędzy Chinami i Wielką Brytanią. Trwała ona trzy lata. W 1856 roku doszło do kolejnej – II wojny opiumowej. W wyniku traktatu pokojowego po jej zakończeniu wyspa Shamian stała się eksterytorialną dzielnicą podzieloną pomiędzy Francję i Wielką Brytanię. W rękach tych dwóch mocarstw wyspa była aż do 1943 roku. To właśnie w tych czasach powstała zabudowa tak różniąca się od budownictwa chińskiego. Dziś można tu odpocząć od hałasu i zrelaksować się spacerując wśród uliczek ozdobionych rzeźbami wykonanymi z brązu.


Szukając hostelu przeszliśmy wysepkę wzdłuż i wszerz. Nigdzie go jednak nie było. Zrezygnowani zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś lokalu z Internetem. Padło na Subway.
Okazało się, że lokalizacja w GPS zupełnie nie pokrywała się z adresem podanym na Booking.com… Dzieliło nas od hostelu jeszcze dobrych parę kilometrów. Ponadto po dokładniejszym wczytaniu się w wskazówki okazało się, że zarezerwowany przez nas hostel przyjmuje jedynie chińczyków. Dziwna sprawa…
W końcu rozwiązaliśmy zagadkę fatalnie działającego Internetu – dostęp do wszystkich stron wyszukiwanych przez Google był blokowany. Rozwiązaniem okazało się skorzystanie z wyszukiwarki Yahoo! której chińskie władze tak skrupulatnie nie blokowały.
Udało nam się zarezerwować nocleg w hostelu w pobliżu jeziora Liwan. Gdy myśleliśmy, że nasza droga przez mękę już się skończyła – ona dopiero się zaczynała.
Idąc wzdłuż obwodnicy wewnętrznego pierścienia miasta dotarliśmy do osiedla ogromnych apartamentowców otoczonego murem i pilnowanego przez strażników.
Podszedłem do strażnika i pokazując mu adres w telefonie zapytałem czy idziemy w dobrym kierunku. Oczywiście nie mówił ani słowa po angielsku i miał problem z udzieleniem odpowiedzi. Podejrzewam, że nawet nie potrafił za bardzo czytać łacińskich znaków, jedynie chińskie krzaczki. W końcu wskazał ręką w kierunku jeziora Liwan. Nie do końca mu uwierzyłem, bo budynki które widzieliśmy na zdjęciach pokazujących hostel były dokładnie w przeciwnym kierunku.
Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się wejść w głąb osiedla i iść w stronę ogromnych apartamentowców. Parę minut później trafiliśmy na kolejną budkę strażnika. Zapytany o podany adres pokazał na jeden z ogromnych wieżowców. Czuliśmy, że powoli zbliżamy się do celu.
Dotarliśmy przed drzwi wejściowe. Za szklaną klatka schodową dostrzegliśmy nieco zrujnowane biurko i krzesło. Nikogo jednak nie było w środku. Nigdzie też nie mogliśmy znaleźć jakiejkolwiek wskazówki, gdzie może znajdować się hostel.
Po chwili do budynku wszedł jakiś młody chińczyk wyglądający na studenta. Podbiegłem do niego i zapytałem o hostel. Popatrzył na mnie i uciekł przestraszony. Kolejny chińczyk zareagował podobnie. Udało nam się jednak wejść do środka nim zatrzasnęły się drzwi. Czułem się jak w cholernej grze escape room, tyle tylko, że my chcieliśmy dotrzeć do hostelu, a nie z niego uciec.
Nad Kantonem dawno już zapadł zmrok, a my nadal nie wiedzieliśmy co mamy robić dalej. Mieliśmy coraz większe wątpliwości czy hostel w ogóle istnieje i zaczynaliśmy powoli rozważać czy nie wrócić na lotnisko i po prostu tam się przespać.
Maciek został w budynku, a ja postanowiłem wyjść na fajkę i pomyśleć nad dalszym planem.
Od czasu wyjścia z lotniska nie spotkaliśmy nikogo kto mówił po angielsku i kto mógłby nam w jakikolwiek sposób pomóc. Gdy do budynku wchodziła kobieta ubrana hidżab, bez większych nadziei zapytałem czy wie gdzie jest hostel. I nagle szok. Kobieta mówiła po angielsku! Powiedziała nam, że mamy pojechać windą na 15 piętro, a następnie skręcić w prawo, w lewo i znów w prawo. Lub jakoś tak.
Dotarliśmy na 15 piętro i poszliśmy według jej wskazówek. Przed nami drzwi. Żadnych oznaczeń, a na pukanie nikt nie odpowiadał. Zapukałem do sąsiednich drzwi oznaczonych arabskimi pismem. Otworzyła mi jakaś kobieta w hidżabie, dodatkowo jeszcze odgrodzona ode mnie ozdobną czarną firanką w drzwiach. Dowiedziałem się od niej jedynie, że był tu hostel, ale został przeniesiony na inne piętro. W tam czasie Maciek zapuścił się w głąb drugiego korytarza i znalazł przy jednych z drzwi notatkę gdzie szukać hostelu. Mieliśmy więc kolejną wskazówkę!
Wreszcie się udało! Trafiliśmy na miejsce! Okazało się, że hostel mieścił się w jednym z apartamentów na 24 piętrze. Prowadząca hostel Chinka była bardzo sympatyczna. Powiedziała nam, że już kiedyś nocowali u niej Polacy oraz wyjaśniła jak dotrzeć do sklepu. A wiecie co było najlepsze? Gdybyśmy zostali w Subwayu dziesięć minut dłużej ta cholerna gra trwałaby znacznie krócej. Po naszej rezerwacji otrzymaliśmy mail ze wskazówkami jak trafić do na miejsce, tylko my już go nie odczytaliśmy…


Okrutnie umęczeni po całym dniu szukania noclegu postanowiliśmy pójść jedynie do sklepu, zjeść kolację i iść spać. W osiedlowym sklepie kupiliśmy kilka piw, jakąś podłą chińską wódkę, bagietki i zupki chińskie.
Piwo zgodnie z oczekiwaniami było mocno przeciętne, natomiast zaskoczyły nas zupki chińskie.
Jedna porcja zawierała 3 razy więcej makaronu niż standardowe zupki dostępne w polskich sklepach, a w środku było 7 torebeczek z różnymi przyprawami. Szaleństwo!



Kolacja na balkonie na 24 piętrze apartamentowca z widokiem na rozświetlone, ogromne miasto, ponad którym niebo bez przerwy przecinały samoloty wynagrodziła nam cały trud jaki włożyliśmy w dostanie się do hostelu. Zmęczeni zasnęliśmy wyjątkowo szybko.