Przejdź do treści

Chińska odwrotność escape roomu – Azja 2016

Byliśmy przygotowani na to, że czeka nas dużo biurokracji, będą problemy z komunikacją i będzie ciężko wszystko ogarnąć, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak…

Dzień 27

Guangzhou

Wylądowaliśmy w Guangzhou, znanym również pod europejską nazwą Kanton. Czekało nas 37 godzin przerwy między lotem z Hanoi, a lotem do Paryża. Lotnisko było ogromne, a my stojąc w kolejkach i poruszając się od okienka do okienka potrzebowaliśmy zdobyć bilety lotnicze do Europy, ogarnąć nocleg i dostać 72 godzinną chińską wizę.

Z jakiegoś powodu nie wydrukowano nam biletów na dalsze loty w Wietnamie, ale udało się to w miarę szybko ogarnąć w Guangzhou. Liczyliśmy na to, że ze względu na tak długą przerwę między jednym, a drugim lotem przysługuje nam jakiś hotel. Okazało się, że niestety nie…

To z kolei sprawiło, że nie mając zabukowanego noclegu pojawił się problem ze zdobyciem wizy. Po dwóch godzinach wyjaśniania sytuacji kolejnym urzędnikom i wypełnianiu kolejnych wniosków wreszcie dostaliśmy pieczątkę w paszporcie. Na naszym wniosku wpisany został przez urzędnika jakiś adres (pisany chińskimi krzaczkami), który miał być naszym miejscem noclegowym. Na szczęście okazało się, że wcale nie musimy tam spać i sami możemy znaleźć jakiś hostel.

Mieliśmy wizę, mogliśmy opuścić lotnisko i udało nam się nawet odnaleźć bagaże, które przez ostatnie dwie godziny jeździły w kółko po taśmie – pierwszy level chińskiej biurokracji pokonany. Co dalej? Trzeba znaleźć informację turystyczną, ogarnąć nocleg i wymienić pieniądze.

W tym cholernie wielkim porcie lotniczym nigdzie nie było darmowego Internetu, a pani w informacji turystycznej znała po angielsku może ze cztery słowa. Jedyne więc co udało nam się ugrać to kiepskiej jakości mapa z zaznaczonym długopisem centrum miasta.

Chińskie banknoty
Chińskie banknoty

Kupiliśmy śmieszne plastikowe żetony i metrem pojechaliśmy w kierunku zaznaczonym na mapce.
Okazało się, że centrum do którego nas skierowano było tak naprawdę centrum dzielnicy biznesowej, nie zaś czymś  na kształt starego miasta.

Guangzhou – Bilet na metro
Guangzhou – Centrum dzielnicy biznesowej
Guangzhou – Centrum dzielnicy biznesowej

Po dłuższym marszu znaleźliśmy jakąś restaurację w której było wi-fi. Ciężko było w ogóle połączyć się z Internetem, ale ostatecznie udało się nam zarezerwować pokój w hostelu, który według nawigacji położony był na wysepce nad rzeką Perłową. Nikt rzecz jasna nie mówił tu po angielsku, ale jeden z pracowników restauracji włączył jakąś aplikację w telefonie, która tłumaczyła słowa wypowiadane do mikrofonu z chińskiego na angielski i odwrotnie. Zbyt wiele nam nie pomógł, ale zapytał czy wszystko w porządku, co było całkiem miłe, bo jak pokazały kolejne doświadczenia poziom empatii wśród chińczyków jest na zupełnie innym poziomie niż w Europie.

Najpierw metrem, a następnie pieszo dotarliśmy na wyspę Shamian. Na liczącej zaledwie 300 m² piaszczystej wysepce zaskoczyło mnie budownictwo stylem przypominające budownictwo europejskie lub kolonialne. Skąd się wzięło? Tu warto cofnąć się nieco w przeszłość. Gdy 1839 roku wysłannik chińskiego cesarza zabronił handlu opium w Kantonie – jedynym wówczas chińskim porcie zajmującym się handlem zagranicznym – doszło do tzw. I wojny opiumowej pomiędzy Chinami i Wielką Brytanią. Trwała ona trzy lata. W 1856 roku doszło do kolejnej – II wojny opiumowej. W wyniku traktatu pokojowego po jej zakończeniu wyspa Shamian stała się eksterytorialną dzielnicą podzieloną pomiędzy Francję i Wielką Brytanię. W rękach tych dwóch mocarstw wyspa była aż do 1943 roku. To właśnie w tych czasach powstała zabudowa tak różniąca się od budownictwa chińskiego. Dziś można tu odpocząć od hałasu i zrelaksować się spacerując wśród uliczek ozdobionych rzeźbami wykonanymi z brązu.

Guangzhou – Rzeźba na wyspie Shamian
Guangzhou – Rzeźba na wyspie Shamian

Szukając hostelu przeszliśmy wysepkę wzdłuż i wszerz. Nigdzie go jednak nie było. Zrezygnowani zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś lokalu z Internetem. Padło na Subway.

Okazało się, że lokalizacja w GPS zupełnie nie pokrywała się z adresem podanym na Booking.com… Dzieliło nas od hostelu jeszcze dobrych parę kilometrów. Ponadto po dokładniejszym wczytaniu się w wskazówki okazało się, że zarezerwowany przez nas hostel przyjmuje jedynie chińczyków. Dziwna sprawa…

W końcu rozwiązaliśmy zagadkę fatalnie działającego Internetu – dostęp do wszystkich stron wyszukiwanych przez Google był blokowany. Rozwiązaniem okazało się skorzystanie z wyszukiwarki Yahoo! której chińskie władze tak skrupulatnie nie blokowały.

Udało nam się zarezerwować nocleg w hostelu w pobliżu jeziora Liwan. Gdy myśleliśmy, że nasza droga przez mękę już się skończyła – ona dopiero się zaczynała.

Idąc wzdłuż obwodnicy wewnętrznego pierścienia miasta dotarliśmy do osiedla ogromnych apartamentowców otoczonego murem i pilnowanego przez strażników.

Podszedłem do strażnika i pokazując mu adres w telefonie zapytałem czy idziemy w dobrym kierunku. Oczywiście nie mówił ani słowa po angielsku i miał problem z udzieleniem odpowiedzi. Podejrzewam, że nawet nie potrafił za bardzo czytać łacińskich znaków, jedynie chińskie krzaczki. W końcu wskazał ręką w kierunku jeziora Liwan. Nie do końca mu uwierzyłem, bo budynki które widzieliśmy na zdjęciach pokazujących hostel były dokładnie w przeciwnym kierunku.

Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się wejść w głąb osiedla i iść w stronę ogromnych apartamentowców. Parę minut później trafiliśmy na kolejną budkę strażnika. Zapytany o podany adres pokazał na jeden z ogromnych wieżowców. Czuliśmy, że powoli zbliżamy się do celu.

Dotarliśmy przed drzwi wejściowe. Za szklaną klatka schodową dostrzegliśmy nieco zrujnowane biurko i krzesło. Nikogo jednak nie było w środku. Nigdzie też nie mogliśmy znaleźć jakiejkolwiek wskazówki, gdzie może znajdować się hostel.

Po chwili do budynku wszedł jakiś młody chińczyk wyglądający na studenta. Podbiegłem do niego i zapytałem o hostel. Popatrzył na mnie i uciekł przestraszony. Kolejny chińczyk zareagował podobnie. Udało nam się jednak wejść do środka nim zatrzasnęły się drzwi. Czułem się jak w cholernej grze escape room, tyle tylko, że my chcieliśmy dotrzeć do hostelu, a nie z niego uciec.

Nad Kantonem dawno już zapadł zmrok, a my nadal nie wiedzieliśmy co mamy robić dalej. Mieliśmy coraz większe wątpliwości czy hostel w ogóle istnieje i zaczynaliśmy powoli rozważać czy nie wrócić na lotnisko i po prostu tam się przespać.

Maciek został w budynku, a ja postanowiłem wyjść na fajkę i pomyśleć nad dalszym planem.
Od czasu wyjścia z lotniska nie spotkaliśmy nikogo kto mówił po angielsku i kto mógłby nam w jakikolwiek sposób pomóc. Gdy do budynku wchodziła kobieta ubrana hidżab, bez większych nadziei zapytałem czy wie gdzie jest hostel. I nagle szok. Kobieta mówiła po angielsku! Powiedziała nam, że mamy pojechać windą na 15 piętro, a następnie skręcić w prawo, w lewo i znów w prawo. Lub jakoś tak.

Dotarliśmy na 15 piętro i poszliśmy według jej wskazówek. Przed nami drzwi. Żadnych oznaczeń, a na pukanie nikt nie odpowiadał. Zapukałem do sąsiednich drzwi oznaczonych arabskimi pismem. Otworzyła mi jakaś kobieta w hidżabie, dodatkowo jeszcze odgrodzona ode mnie ozdobną czarną firanką w drzwiach. Dowiedziałem się od niej jedynie, że był tu hostel, ale został przeniesiony na inne piętro. W tam czasie Maciek zapuścił się w głąb drugiego korytarza i znalazł przy jednych z drzwi notatkę gdzie szukać hostelu. Mieliśmy więc kolejną wskazówkę!

Wreszcie się udało! Trafiliśmy na miejsce! Okazało się, że hostel mieścił się w jednym z apartamentów na 24 piętrze. Prowadząca hostel Chinka była bardzo sympatyczna. Powiedziała nam, że już kiedyś nocowali u niej Polacy oraz wyjaśniła jak dotrzeć do sklepu. A wiecie co było najlepsze? Gdybyśmy zostali w Subwayu dziesięć minut dłużej ta cholerna gra trwałaby znacznie krócej. Po naszej rezerwacji otrzymaliśmy mail ze wskazówkami jak trafić do na miejsce, tylko my już go nie odczytaliśmy…

Guangzhou – W drodze do hostelu – Rzeka Perłowa
Guangzhou – Widok na miasto z 24 piętra apartamentowca

Okrutnie umęczeni po całym dniu szukania noclegu postanowiliśmy pójść jedynie do sklepu, zjeść kolację i iść spać. W osiedlowym sklepie kupiliśmy kilka piw, jakąś podłą chińską wódkę, bagietki i zupki chińskie.

Piwo zgodnie z oczekiwaniami było mocno przeciętne, natomiast zaskoczyły nas zupki chińskie.
Jedna porcja zawierała 3 razy więcej makaronu niż standardowe zupki dostępne w polskich sklepach, a w środku było 7 torebeczek z różnymi przyprawami. Szaleństwo!

Guangzhou – Wódka w słoikach
Chińskie piwo
Guangzhou – Kolacja na balkonie na 24 piętrze apartamentowca

Kolacja na balkonie na 24 piętrze apartamentowca z widokiem na rozświetlone, ogromne miasto, ponad którym niebo bez przerwy przecinały samoloty wynagrodziła nam cały trud jaki włożyliśmy w dostanie się do hostelu. Zmęczeni zasnęliśmy wyjątkowo szybko.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *