Kontrowersyjna potrawa, Wietnamczyk mówiący po polsku, zabawy na ulicach Hanoi oraz lot do Guangzhou w Chinach.
Dzień 26
Hanoi
To był nasz ostatni dzień w Wietnamie. Internet podpowiadał, że gdzieś na południe od centrum Hanoi jest restauracja serwująca dość nietypowe potrawy. Postanowiliśmy tam pójść.
Jeszcze w centrum udało mi się kupić jackfruit. A właściwie jego część, bo owoc ten znany pod polską nazwą chlebowiec różnolistny, jest największym owocem świata – może osiągać nawet do 90 cm wysokości. We wnętrzu jackfruita znajdują się nasiona otoczone jadalnym miąższem wyglądające jak duże ziarna kukurydzy. Rzekomo jego smak przypomina połączenie ananasa z bananem. Mi natomiast smak tego owocu kojarzył się z gumą balonową. Jackfruit był w każdym razie bardzo dobry.



Wreszcie trafiliśmy do dzielnicy, gdzie nie było żadnych turystów. Skręciliśmy w boczną uliczkę i zlokalizowaliśmy szukaną przez nas knajpkę. W menu stojącym przed wejściem z dziwniejszych potraw znaleźliśmy jedynie ślimaki i żaby. Może trzeba było wejść do środka i zapytać o to czego szukaliśmy?
Stwierdziliśmy jednak, że odpuszczamy i idziemy na piwo.
Skręciliśmy w kolejną boczną uliczkę i znaleźliśmy lokal wyglądający ni to jak garaż ni to jak jakiś nieremontowany pokój z wyburzoną ścianą, kilkoma stolikami wewnątrz i lodówką. Przed nami wylądowało piwo i zajęliśmy się dyskusją. Stolik obok, przy wódeczce siedziało trzech Wietnamczyków. W pewnym momencie jeden z nich zapytał:
– Where are you from? – To, że ktoś tutaj znał angielski nieco nas zdziwiło, bo to miejsce zdecydowanie nie było turystyczne.
– From Poland
– Z Polski? Kurwa Mać…
Okazało się, że facet który wyglądał jak zwyczajny żul mówił po polsku. I to lepiej niż niektórzy Polacy! Był tak samo zdziwiony, że widzi w takim miejscu Polaków jak i my widokiem Wietnamczyka mówiącego po polsku.
Stwierdził, że z Polakami musi się napić! Zabrał na wpół skończoną flaszkę ze sobą i przysiadł się do naszego stolika.
Okazało się, że gość studiował w Krakowie architekturę, jego ojciec pomagał w ramach UNESCO remontować stolicę po wojnie, a on sam założył w Warszawie wietnamską restaurację i wciąż ma tam żonę i dwójkę dzieci. Ponadto miał swoje hotele w Wietnamie i mimo, że tak nie wyglądał – był bogaty. Tak przynajmniej twierdził.

O dziwo jego wietnamska wódka była naprawdę przyzwoita i miała 45 % a nie dwadzieścia parę.
Po chwili rozmowy Wietnamczyk (imienia nie zrozumiałem, bo gość trochę już bełkotał) zamówił dla wszystkich herbatę i jakieś mielone mięso zawinięte w liście bananowca i ciasto ryżowe. Maciek zapytał:
– To pies?
– Nie, to wołowina. A jedliście psa?
– Nie.
– To musicie spróbować!
Chyba nawet próbowaliśmy protestować, ale wszystko działo się zbyt szybko. Facet wyciągnął pieniądze, zawołał jakąś kobietę – prawdopodobnie żonę właściciela i kazał jej jechać gdzieś rowerem. Jakieś pół godziny później na naszym stoliku wylądowało styropianowe opakowanie z kawałkami mięsa, kaszanką i ziemniakami. Te kawałki mięsa wyglądały identycznie jak te smażące się na grillu niemal miesiąc wcześniej w dzielnicy Phúc Tân, więc nie mieliśmy wątpliwości co leży przed nami.
Wietnam to zupełnie inna kultura – tu psy nie są uznawane za domowe pupilki. Choć bardzo powoli się to zmienia. W Wietnamie pies ma służyć do obrony posiadłości lub jest przysmakiem, który ma zapewnić szczęście i utrzymać atrybuty męskości w formie. Mięso z psa wcale nie tak ogólnie dostępne, z reguły jada się je w domach. Choć nie znaczy to, że nie ma restauracji z psiną, ale też nie jest tak, że znajdziemy je na każdym kroku.
Z jednej strony byliśmy ciekawi jak smakuje psie mięso, ale z drugiej mieliśmy ogromne dylematy moralne. No i do tego baliśmy się ewentualnych problemów żołądkowych.
Wietnamska wódka zrobiła jednak swoje zmieniając obawy i niepewność w ciekawość.
Mięso nie było za dobre, było dość żylaste i smakowało trochę jak gotowany kurczak. Za to wątróbka i kaszanka były już całkiem w porządku. Skubnęliśmy tylko troszkę tak na spróbowanie, obawiając się ewentualnych dolegliwości, a resztę otrzymała żona gospodarza i zaczęła pałaszować ze smakiem.


Spotkanie z Wietnamczykiem skończyło się tym, że dostaliśmy jego numer telefonu, numer telefonu jego córki i propozycję pracy w jego hotelu za 4 tys. zł na rękę. Aczkolwiek nie jestem pewien czy na drugi dzień facet nas w ogóle pamiętał, bo gdy się żegnaliśmy ledwie mówił. W każdym razie do dziś nie pracuję w hotelu w Wietnamie. 🙂
Wracając do Old Quarters zatrzymaliśmy się na dłużej nad jeziorem Hoàn Kiếm. Na zamkniętych ulicach trwały różne zabawy i konkursy, a lokalne zespoły grały koncerty dla napiwków. Panowała ogólna atmosfera relaksu i radości. Zostaliśmy nawet zaproszeni do konkursu przeciągania liny. Nasza drużyna rzecz jasna wygrała! W pozostałych konkursach nie zamierzaliśmy brać udziału, ale z chęcią przyglądaliśmy się bawiącym się Wietnamczykom.
Ja natomiast stałem się małą atrakcją – łącznie kilka osób podeszło do mnie i pytało czy mogą zrobić sobie ze mną zdjęcie, bo według nich wyglądałem jak Indiana Jones. Tylko taki grubszy i brzydszy. 😉 Na ulicach Hanoi spędziliśmy czas pod późnego wieczora przeplatając go słuchaniem koncertów i degustacją miejscowego piwa. W końcu też miałem okazję spróbować soku z trzciny cukrowej – jakiś szałowy nie był. 🙂






Dzień 27
Hanoi -> Guangzhou
Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie. Dzień wcześniej załatwiliśmy sobie transport na lotnisko, żeby nie tracić czasu na ogarnianie autobusów. Okazało się, że kombinacja naszych lotów w stronę Europy jest zbyt skomplikowana, przez co odprawa trwała bardzo długo i zostało zaangażowane w nią parę osób. W rezultacie gdy trafiliśmy pod bramki do odlotu zostało około 15 minut. Szybko wydałem ostatnie wietnamskie pieniądze i ustawiliśmy się w kolejkę do bramki. Lot trwał niemal równą godzinę.
Byliśmy w Chinach!