Ostatni dzień przed powrotem do Europy. Spacer wśród wieżowców, niezwykła świątynia i najwyższa wieża w Chinach.
Dzień 28
Guangzhou
Wstaliśmy dość późno. Jakoś brakowało nam już energii i weny by zwiedzać miasto. Guangzhou zresztą nie słynnie z jakichś niezwykłych atrakcji. Lot mieliśmy jednak dopiero po północy, więc mimo wszystko wypadało coś w tym mieście zobaczyć.
Najpierw swoje kroki skierowaliśmy nad widoczne z balkonu naszego hostelu jezioro Liwan.
Trzeba przyznać, że park otaczający jezioro wyglądał całkiem ładnie i dawał chwilę wytchnienia od wszechobecnego hałasu sąsiednich ulic i przytłaczającej architektury wieżowców. Trafiliśmy tu nawet na pokaz jakiegoś ludowego tańca w rytm wyjątkowo jazgotliwej muzyki. Nad jeziorem Liwan znaleźliśmy też taoistyczną świątynię Yan Wai.








Mijając ogromne wieżowce w których mieściły się małe kolorowe sklepy dotarliśmy do ciekawej dzielnicy – Hualin Residental District. Przez jej środek biegł deptak pełen rzeźb z brązu oraz tabliczek z sierpem i młotem. Znaleźliśmy tu również targ z wyrobami z jadeitu, który w Chinach występuje w kolorze zielonym.







W końcu dotarliśmy do buddyjskiej świątyni Hualin zwanej również Świątynią 500 Bogów. W jej wnętrzu mieści się niezliczona ilość posągów Buddy – stąd jej nazwa. Ogromne wrażenie zrobił na mnie oszałamiający, unoszący się nad dziedzińcem świątyni dym z dziesiątek kadzideł i kamienne smoki oplatające kolumny. Niesamowite było również to, że świątynia Hualin liczyła aż 1500 lat.
Od świątyni Hualin było już zaledwie parę kroków do deptaka Shang Xia Jiu pełnego sklepów, ulicznych sprzedawców, dziwnych pomników i spacerujących Chińczyków. Uliczne knajpki serwowały tu różnego rodzaju przekąski w formie szaszłyków i choć byłem niesamowicie ciekawy chińskiej kuchni, nie zdecydowałem się ich próbować. Zapach ulicznego jedzenia skutecznie odstraszał, a perspektywa ewentualnych dolegliwości w czekającej mnie podróży do Europy sprawiła, że postanowiłem posłuchać głosu rozsądku.


















Jako kolejny cel obraliśmy najwyższy budynek w Guangzhou – liczącą 600 metrów wysokości wieżę telewizyjną Canton Tower. Na jej szczyt można było wjechać windą i zapewne widok byłby niesamowity, ale cena 30 dolarów za bilet skutecznie odstraszała. Przez niemal rok Canton Tower była najwyższą wieżą na świecie – do czasu zbudowania Tokyo Skytree w Japonii. Będąc jednak nawet u jej stóp wieża robiła wrażenie. Podobnie zresztą jak widok na miasto pełne drapaczy chmur znad brzegów rzeki Perłowej.
W pobliżu Canton Tower znaleźliśmy ciekawą, opuszczoną Pagodę Chigang. Licząca niecałe 54 metry wysokości wieża została wybudowana z czerwonego piaskowca w 1619 roku.





Powoli robiło się coraz później, a mieliśmy jeszcze odebrać plecaki z hostelu. W związku z tym postanowiliśmy wracać. Jakoś pomyliliśmy drogę i w rezultacie na miejsce dotarliśmy tuż przed zmrokiem.
O tej porze w metrze panował niewyobrażalny ścisk i chaos. Gdy już zbliżaliśmy się do lotniska zauważyłem Chinkę w zaawansowanej ciąży. Miała łzy w oczach, a na podłodze obok niej leżała reklamówka z zakupami. Sama nie była w stanie się po nią schylić, więc pomogłem jej ją podnieść. Zdziwiło mnie jednak to, że nikt jej nie pomógł oraz że sama nikogo nie poprosiła o pomoc. Czyżby przyzwyczajenie do komunikacji przez Internet sprawiło, że ludzie mają problem ze zwyczajną rozmową czy prośbą o pomoc? Dziwne…
Na lotnisko dotarliśmy około godziny 21. Lot mieliśmy dopiero po północy, ale znów czekało nas stanie w kolejkach i dalszy ciąg biurokracji. Gdy już przez nią przebrnęliśmy do odlotu została nam ledwie godzina. Mimo, że na kontroli bezpieczeństwa zabrano nam zapalniczki – w lotniskowej palarni było ciekawe urządzenie do odpalania tytoniu. Tak więc szybki papieros, ostatnie chińskie pieniądze wydane na jakieś napoje i w końcu lot do Europy.

Powrót do domu
Guangzhou -> Paryż -> Budapeszt -> Kraków -> Rzeszów
Po kilkunastu godzinach znaleźliśmy się w Paryżu. Kolejny lot mieliśmy dopiero za siedem godzin, ale nie miało większego sensu opuszczanie lotniska, więc po prostu wykorzystaliśmy ten czas na rozprostowanie kości i odpoczynek.
Następny lot do Budapesztu. Potem metro do centrum miasta, kilka godzin koczowania w jakimś pubie i autobus do Krakowa oraz następny do Rzeszowa. Po niemal równo miesiącu wróciliśmy do domu.
W ciągu tego miesiąca odwiedziliśmy łącznie cztery kraje. Prawie dwa tygodnie spędziliśmy w Wietnamie, a na Kambodżę i Laos wyszło nam po około tygodniu. No i na koniec jeszcze mały bonus, czyli niecałe dwa dni w Chinach. Ta część świata była zupełnie inna od tego co widziałem, czy poznałem do tej pory, ale to chyba oczywista oczywistość. Na pewno jednak była to niesamowita przygoda. 🙂