Niecałe dwadzieścia kilometrów od granicy z Kambodżą zobaczyliśmy dziwną kaodaistyczną świątynię, a następnie dotarliśmy do tuneli partyzantów Wietkongu.
Dzień 21
Ho Chi Minh -> Tây Ninh -> Phú Mỹ Hưng -> Ho Chi Minh
Tym razem wybraliśmy się na północ od Ho Chi Minh. Głównym celem wycieczki były tunele Cu Chi.
Nim jednak dojechaliśmy do celu czekały nas dwa przystanki. Najpierw zatrzymaliśmy się w siedzibie jakiejś organizacji, gdzie osoby niepełnosprawne malowały obrazy. Niektóre naprawdę ładne.
Drugim punktem wycieczki była główna świątynia religii Cao Đài w Tây Ninh. Kaodaizm łączy elementy buddyzmu, chrześcijaństwa, konfucjanizmu, taoizmu, świeckiej filozofii, a w mniejszym stopniu również islamu i judaizmu. W motywach zdobiących świątynie można znaleźć wiele detali zaczerpniętych z tych religii. Kaodaizm powstał w latach 20-tych XX wieku i obecnie wyznaje go ponad 2,5 miliona ludzi. Symbolem religii jest boskie oko.
Świątynia w Tây Ninh, podobnie zresztą jak inne świątynie tej religii była niezwykle kolorowa, wręcz bajkowa. Przez to też nieco kiczowata. Dotarliśmy tu niedługo przed ceremonią, więc mogliśmy zobaczyć jak wyglądają nabożeństwa kaodaistyczne.





Religia ma swoją ściśle określoną hierarchię, na której czele stoi papież (kaodaistyczny papież), a dalej kardynałowie, arcybiskupi i biskupi. Struktury kościoła podzielone są na trzy gałęzie odpowiadające trzech głównym religiom (w strukturach dominuje liczba „3” – jest trzech kardynałów-cenzorów, trzech kardynałów, 36 arcybiskupów, 72 biskupów i 3000 księży). Wiąże się z tym kolor szat noszonych przez dostojników kościelnych. Dostojnicy gałęzi buddyjskiej ubrani są na żółto, taoistycznej w błękitne szaty, a dostojnicy gałęzi konfucjanistów na czerwono. Wierni natomiast noszą białe szaty.

W czasie ceremonii nie wolno było przejść przed ołtarzem, więc aby znaleźć się po drugiej stronie świątyni trzeba było obejść ją dookoła. Przestrzegania tej zasady pilnowali specjalni strażnicy.
Prawdę mówiąc całość wyglądała dość śmiesznie – kolory szat dostojników przypominały nam trochę wojowników „Power Rangers”, a towarzyszące ceremonii modlitwy brzmiały jak okrutna „kocia muzyka”. Uczestnictwo w nabożeństwie było jednak dość ciekawym przeżyciem.
Około godziny 16 dotarliśmy do dzielnicy Phú Mỹ Hưng – najbardziej na północ wysuniętego skrawka Ho Chi Minh. Tu znajduje się jedno z miejsc gdzie można zobaczyć słynne tunele Cu Chi. Tunele te służyły w czasie wojny w Wietnamie armii partyzanckiej Wietkongu. Łącznie miały ponad 200 kilometrów długości (obecnie zachowanych jest około 120 km) i ciągnęły się od granicy z Kambodżą aż po przedmieścia Sajgonu. Mieściły się w nich szpitale, kuchnie, sypialnie, sale konferencyjne i składy z amunicją. Przede wszystkim służyły jednak do ukrywania się wojsk partyzanckich i do niespodziewanego ataku na wojska amerykańskie oraz jako szlaki zaopatrzeniowe. Tunele Cu Chi były niezwykle wąskie, starannie zamaskowane (wyloty wentylacji umiejscowione były np. w mrowiskach) i pełne niebezpiecznych pułapek.
Przeszliśmy nimi zaledwie krótki odcinek (specjalnie poszerzony dla turystów), a już zaczynałem odczuwać lekkie objawy klaustrofobii. W tunelach było też niesamowicie duszno. Ciężko mi było sobie wyobrazić, że Wietnamczycy byli w stanie spędzić w nich kilka dni, czy nawet kilka tygodni bez wychodzenia na powierzchnię.
Przewodnik pokazał nam również kilka zmyślnych pułapek w większości opierających się na prostej konstrukcji zapadni i metalowych kolców. Co ciekawe pułapki te na celu miały nie zabicie żołnierzy amerykańskich lecz ich zranienie. Krzyk rannego ściągał pozostałych żołnierzy amerykańskiego oddziału, a wówczas z nikąd (z zamaskowanych tuneli) za ich plecami pojawiali się żołnierze Wietkongu.
Zadziwiała mnie kreatywność oraz zmysł taktyczny i strategiczny Wietnamskich wojsk. Po opowieści przewodnika stało się dla mnie jasne dlaczego amerykanie nie mieli szans w walce z miejscowymi partyzantami.








Już po zmroku wróciliśmy do Ho Chi Minh.