Miało być prosto i przyjemnie. A tymczasem zanim dotarliśmy do okrytej złą sławą granicy w Veun Kham wysadzono nas w wiosce pośrodku niczego, gdzieś w Laosie.
Dzień 11
Pakxé -> Veun Kham -> Strung Treng
Z Pakxé mieliśmy się dostać do Siem Reap w Kambodży. Nauczeni doświadczeniem bilety na autobus kupiliśmy w biurze podróży. W teorii podróż miała wyglądać łatwo – bus do granicy, przejście przez nią pieszo i z drugiej strony bezpośredni bus do Siem Reap. Ale to przecież Laos, więc nie mogło być prosto. Wszystko szło gładko do momentu, aż nasz bus zatrzymał się w wiosce pośrodku niczego, gdzieś na południu Laosu. Kierowca zdjął nasze plecaki z dachu, wskazał skromną przydrożną knajpkę i kazał nam czekać w tym miejscu. Ktoś miał nas stąd zabrać w ciągu 15 minut. Siedzieliśmy w cieniu, ale niewiele to dawało, bo okrutny żar lał się z nieba. Jedyną rozrywką było obserwowanie pełzających po ścianach i suficie jaszczurek oraz dziwnych pojazdów – jakby połączenia traktora, kosiarki i przyczepy. Czas mijał powoli. Gdy przez pół godziny nikt się nie pojawił zaczęliśmy się lekko niepokoić. Po 45 minutach jeszcze bardziej.


Wreszcie jednak od zachodu nadjechał jakiś bus – to do niego mieliśmy wsiąść i dotrzeć nim na granicę.
Minęło już południe gdy znaleźliśmy się na przejściu granicznym Veun Kham – Strung Treng. Do stojących w kolejce do przekroczenia granicy turystów podchodzili Laotańczycy (cholera wie kto to był, ale to przejście graniczne okryte jest złą sławą przez grasującą tu laotańską mafię), zbierali paszporty, zdjęcia i pieniądze – 40 dolarów od osoby. Facet który wziął od nas paszporty i pieniądze poszedł w stronę punktu kontroli, a nam kazał iść na drugą stronę granicy. Zasada działania była tu podobna jak na granicy wietnamsko-laotańskiej – opłata za wizę standardowo, a do tego kolejne dodatkowe opłaty – za brak zdjęcia, za pieczątkę, za kontrolę medyczną i za jakieś inne dziwaczne formalności. No i oczywiście do tego mała prowizja dla faceta, który gdzieś z naszymi paszportami latał.
Minęliśmy pas ziemi niczyjej i dotarliśmy do kambodżańskiego punktu kontrolnego. Zmierzono nam temperaturę i skierowano do busa stojącego tuż obok przejścia granicznego.



Byliśmy więc Kambodży i siedzieliśmy w autobusie mającym jechać do Siem Reap. Nie mieliśmy jednak naszych paszportów, a facet, który je zabrał gdzieś zniknął!