Po ciężkiej nocy, gdy musiałem uciekać z cygańskiego osiedla nastał nowy dzień. Pierwszy dzień wiosny. Dzień w którym wreszcie miałem dotrzeć do Bardejova.
Dzień 2
Zborov –> Bardejov –> Svidník –> Vyšný Komárnik –> Barwinek –> Krosno –> Rzeszów
Obudziłem się przed 5 rano, trzęsąc z zimna. Udało mi się jednak jeszcze na chwilę zasnąć, a gdy słońce wyłaniające się z nad okolicznych wzgórz oświetliło polankę byłem już po śniadaniu. Do tego spakowany i gotowy do drogi.

Zrobiło się całkiem przyjemnie i dużo cieplej, więc postanowiłem zagrzać się trochę w słońcu przy okazji delektując grejpfrutem. W płynie.
Okolica nie wyglądała już tak strasznie jak poprzedniego dnia. Kilka metrów dalej zaczynał się niewielki jar, którego dnem, wesoło szemrając płynął strumyk, a nad jego brzegiem rosły jakieś fioletowe kwiatki. Pierwszy dzień wiosny zaczynał się więc całkiem przyjemnie.
Gdy dotarłem do drogi, z której zszedłem poprzedniego dnia szukając miejsca na namiot, niemal od razu zobaczyłem ruiny zamku położone na sąsiednim wzgórzu.

Cofnąłem się kawałek w stronę wioski Zborov i już po chwili znalazłem szlak wiodący ku ruinom. Według mapy na zamek można było dojść na kilka sposobów i tym razem nie musiałem iść przez cygańskie osiedle. Mimo to minąłem kilkoro cyganów idących nielegalnie wyrębywać drzewa w lesie.

Zamek natomiast nie był duży, przynajmniej obecnie – bo wg rysunku na tablicy informacyjnej miał kiedyś dużo większe rozmiary. Jego niezaprzeczalnym atutem było to, że z szczytu pięknie było widać dolinę rzeki Kamenec wraz z wioską Zborov oraz to, że byłem tam zupełnie sam.
Spędziłem w nim prawie półtora godziny zaglądając do każdego zakamarka, robiąc foty i delektując się kupionym dzień wcześniej piwem. W końcu…



Gdzieś tak po godzinie w ruinach spotkałem trójkę Rosjan – dwie kobiety i jednego mężczyznę. Wymieniliśmy parę zdań, pokazałem im którędy mogą wejść na sama górę, a facet stwierdził, że jedna z dziur w murze wygląda jak wejście do jaskini smoka Wawelskiego. Sympatycznie.
Jakoś tak koło godziny 11 znalazłem się na drodze do Bardejova. Na autobus musiałem czekać prawie godzinę, więc stwierdziłem, że spróbuję coś złapać, ale miejsce zdecydowanie nie było dobre, bo brakowało pobocza, nie mówiąc już o jakiejś zatoczce.
Siadłem więc sobie na trawie i przez tą godzinę po prostu wygrzewałem w słońcu.
A gdy dostrzegłem autobus, wstałem ciesząc się, że już za chwilę będę u celu mojego wyjazdu. Autobus natomiast minął mnie nawet troszkę nie zwalniając.
Wkurzyłem się.
Stałem przecież na przystanku, dosłownie centymetry od asfaltu. Może powinienem był machać, skakać lub robić cokolwiek innego, ale przecież i bez tego nie sposób było mnie nie zauważyć. W każdym razie kolejny miał być za jakieś 40 minut.
Wrzuciłem więc plecak na plecy i podreptałem na przystanek położony bliżej wioski – mający zatoczkę oraz ławki. Stwierdziłem, że choćbym miał rzucić się pod koła by zatrzymać autobus, następnym już na pewno dojadę do Bardejova.
A dlaczego nie łapałem stopa? Myślę, że po prostu z czystego lenistwa. Zresztą argumentów popierających moje zachowanie miałem sporo, a jednym z nich była cena biletów oscylująca w okolicach 1 euro.
Następny autobus już mi się zatrzymał, ale też machałem ręką tak, że mało mi nie odpadła.
Mniej więcej koło 13:30 wylądowałem na dworcu w Bardejovie. Tak na dobrą sprawę nie miałem pojęcia gdzie znajduje się słynne Stare Miasto wpisane na listę UNESCO, ale z mojej mało szczegółowej mapy wynikało, że jest gdzieś w południowo-zachodniej części miasteczka. Patrząc w tamtą stronę dostrzegłem wieżę jakiegoś kościoła i postanowiłem iść po prostu w tamtym kierunku.
I tak trafiłem na rynek. A rynek w Bardejovie jest naprawdę ładny i z pewnością warto tu przyjechać. Zresztą miasteczko ma trochę zabytków i ciekawych miejsc, ale nawet ich nie zobaczyłem ponieważ padły mi baterie w aparacie. Niby to rzecz kompletnie bez znaczenia, ale to była ta przysłowiowa kropla która przepełnia czarę.
Już wcześniej chodziła mi po głowie myśl – a może by tak wracać do domu? Czułem się zmęczony, bo jednak nie wyspałem się zbytnio, trochę przemarznięty i zirytowany komunikacją, cyganami i Bóg wie czym jeszcze. Szybko obliczyłem, że jeżeli pojadę najbliższym autobusem do Svidníka, to jest szansa, że zdążę na autobus do granicy, który odjeżdżał coś koło 16.
Odpuściłem więc sobie wchodzenie do kościoła św. Idziego, czy szukanie murów obronnych (o których chwilowo i tak zapomniałem) i ruszyłem w kierunku dworca.
Ja tu jeszcze wrócę – powtarzałem sobie w myślach próbując usprawiedliwić się sam przed sobą, że wracam dzień wcześniej niż planowałem, na dodatek jedynie pobieżnie zwiedzając miasto które było moim celem.



W przydworcowej Billi zdążyłem jeszcze kupić czekoladę Studentską. Pamiętam, że kiedyś było jej 3 smaki, a gdy doszedł czwarty to już był szał. Teraz było ich koło piętnastu. Normalnie szaleństwo. I spory dylemat, którą wybrać.
Okazało się, że dobrze rozszyfrowałem oznaczenia na rozkładzie jazdy i z Bardejova wyjechałem autobusem o 15:15. Zaczęła się moja walka z czasem.
Do pokonania miałem jedynie 145 kilometrów, ale po drodze jeszcze była granica, więc na bezpośrednie połączenie nie miałem co liczyć i czekało mnie parę przesiadek.
W Svidníku szybko wyskoczyłem z autobusu i goniłem po dworcu szukając odpowiedniego stanowiska. Udało się – znalazłem. I miałem jeszcze około 10 minut czasu. Gdybym nie zdążył na ten autobus – kolejny był dopiero 3 godziny później i jechał nie bezpośrednio do granicy, lecz jedynie do Vyšnego Komárnika. Póki co miałem więc sporo szczęścia.
Odetchnąłem z ulgą. Wiedziałem już, że w najgorszym przypadku przynajmniej znajdę się w Polsce i w ostateczności rozbiję namiot gdzieś w lesie, ale przynajmniej nie będę się martwić cyganami. Nie musiałem już w myślach poganiać kierowcy i przeklinać każdą wsiadającą osobę, każdy przystanek i każdy przerwę w jeździe. Mogłem się skupić na obserwowaniu otoczenia.
Zauważyłem, że w moim autobusie jedzie zaledwie paru Słowaków, natomiast większą cześć stanowią cyganie. A raczej młodzież wracająca ze szkoły w Svidníku do swoich wiosek. Byli głośni i nieco irytujący, ale nie wydawali się straszni. A nawet było w nich coś intrygującego, coś co sprawiało, że ich kultura mogła wydawać się ciekawa.
Autobus skręcił na chwilę z głównej drogi wjeżdżając do wsi Krajna Bystra, również w sporej części zamieszkałej przez cyganów. Przyznam, że wciągnęło mnie obserwowanie zza bezpiecznych szyb autobusu tego jak żyją, co robią i jak się zachowują wobec siebie.
Na granicy byłem zaraz przed 17 i szybko podreptałem na przystanek po polskiej stronie.
Według rozkładu jazdy tego dnia miały być jeszcze 2 autobusy. Jeden zaraz po 18 – bezpośrednio do Rzeszowa, drugi po 21 do Krosna. Godzinę odjazdu tego o 18, ktoś jednak lekko próbował zamazać nie piszącym długopisem.
Na moim przystanku rozłożyła się straż graniczna, więc postanowiłem zapytać ich o PKS-y. Oczywiście nic na ten temat nie wiedzieli, na temat prywatnych busów także. Zdecydowałem, że poczekam i zobaczę czy ten autobus do Rzeszowa przyjedzie, a w międzyczasie obserwowałem jak straż graniczna zatrzymuje kolejne samochody. Nie przyjechał.
Skontaktowałem się z Andżelą i wg rozkładów jazdy w Internecie jedyną szansą na wydostanie się z Barwinka był ten kurs po 21 do Krosna. Nijak mnie to jednak nie ratowało, bo nawet gdybym tam dotarł nie miałbym już czym dojechać o tej porze do Rzeszowa…
Za dobrze to nie wyglądało, ale i perspektywa spania w lesie gdzieś koło granicy średnio mi się widziała. Zapragnąłem własnego, ciepłego łóżka. Było więc tylko jedno wyjście – łapać stopa.
Jakoś tak nie czułem się swojo mając jednak łapać koło radiowozu straży granicznej, więc gdy tylko oni kogoś zatrzymali do kontroli pytałem czy nie mógłbym się zabrać do Rzeszowa lub Krosna.
Bezskutecznie…
Gdy w końcu panowie ze straży sobie pojechali mogłem zacząć łapać jakoś po ludzku.
Po chwili zatrzymał mi się tirem facet ze Śląska, ale nie mógł otworzyć drzwi od strony pasażera i nie miał mnie jak zabrać, bo stanął na środku drogi.
W międzyczasie słońce schowało się za górami i zrobiło się ciemno oraz dość zimno. Ruch też znacznie zmalał. Stanąłem tak by być jak najlepiej widoczny w świetle latarni i łapałem dalej.
W końcu po godzinie udało się. Zatrzymała mi się kobieta! Imienia standardowo nie zapamiętałem, ale pracowała w kantorze na granicy i właśnie skończyła zmianę. Mówiła, że stara się zabierać ludzi, bo sama kiedyś podróżowała sporo stopem, ale tu z granicy trochę boi się brać, gdyż nigdy nie jest pewna czy ten kto łapie nie jest Słowakiem lub cyganem.
Miałem w każdym razie szczęście. Opowiedziała mi trochę o pracy w kantorze, o przekrętach które próbują robić z pieniędzmi cyganie i ogólnie o życiu toczącym się przy granicy.
Wysadziła mnie na przystanku w Dukli. Nie wiem czemu wcześniej jakoś nie wpadłem na to, że z tej miejscowości może być więcej połączeń niż z Barwinka.
W każdym razie pięć minut później już byłem w drodze do Krosna i dzięki temu spokojnie zdarzyłem na busa do Rzeszowa. Nawet musiałem trochę poczekać.
Jeszcze przed 23 wylądowałem w swoim łóżku. Zmęczony, ale szczęśliwy 🙂