To miało być takie moje małe wyzwanie. Sprawdzenie, jak poradzę sobie w niecodziennych warunkach. Pierwsza samotna noc pod namiotem i pierwszy samotny wyjazd za granicę. Na dodatek wszystko jak najmniejszym kosztem i z lekką nutką szaleństwa, bo gdy wyjeżdżałem była jeszcze kalendarzowa zima. Plan wydawał się prosty – dotrzeć stopem do Bardejova.
Wydawał – bo w rezultacie trafiłem nocą do cygańskiego osiedla…
Dzień 1
Rzeszów –> Boguchwała –> Warzyce –> Krosno –> Miejsce Piastowe –> Dukla –> Lipowica –> Tylawa –> Barwinek –> Vyšný Komárnik –> Svidník –> Zborov
Zaczęło się jednak od tego, że zaspałem… W ogóle to możliwe, żeby zaspać na stopa? No niby nie, ale chciałem wstać wcześnie, mpkiem dojechać do Boguchwały (miasteczka pod Rzeszowem) i tam łapać nie później niż o godzinie 7 rano. Wstawanie jednak szło mi ciężko i przez to spóźniłem się na autobus, a wszystko poprzesuwało się o jakieś dwie godziny.
A dlaczego Boguchwała? Ponieważ wcześniejsze stopowe doświadczenia nauczyły mnie, że warto wydać te 2,80zł i kawałek podjechać niż łapać w Rzeszowie na ulicy Podkarpackiej godzinami. Na wylotówce z Rzeszowa zawsze stałem co najmniej godzinę, a zdarzały się i dwie. W Boguchwale natomiast nigdy nie łapałem dłużej niż 5 minut.
Nie inaczej też było tym razem. Zatrzymał mi się już trzeci samochód. Mój pierwszy kierowca –Michał, był mega sympatycznym gościem i na tyle fajnie się gadało, że mimo iż w moim kierunku jechał tylko kawałek, postanowiłem jechać z nim aż pod Jasło – czyli dość mocno na około i średnio po drodze. Razem pokonaliśmy 53 kilometry, ale minęło to bardzo szybko, bo raz, że atmosfera była świetna, a dwa, że Michał pędził jak szalony.
Chciał wysadzić mnie na poboczu, przy rozjeździe w Warzycach i skończyło się to tym, że samochód zakopał się w błocie i nie dało się nijak wyjechać, ani go wypchnąć. Dopiero z pomocą przejeżdżających kierowców udało się go wygrzebać. Zatrzymały się dwa samochody co postanowiłem wykorzystać i ogarnąć sobie transport w stronę Krosna. W pierwszym nie było miejsca, ale udało się w drugim. Choć ciężko to poszło.
– Mógłbym się z panem zabrać w stronę Krosna? – zapytałem kierowcę.
– Mmmm… – coś tam zamruczał pod nosem.
Poczekałem więc chwilę, aż nieco oczyści się z błota (w sumie wszystkich nas trochę ochlapało przy wypychaniu auta) i zapytałem ponownie:
– Czyli mogę się z panem zabrać?
– Mmmm… – znowu zamruczał po czym wsiadł do auta.
No kurde, nie wiedziałem w końcu czy mogę czy nie, bo to „Mmmm…” mogło znaczyć zarówno „tak” jak i „nie”. Mogło w zasadzie znaczyć wszystko. Zapytałem więc jeszcze raz. Machnął ręką, żebym wsiadał. A więc udało się – niemal od razu miałem transport dalej.
Szybko zabrałem plecak z samochodu Michała, pożegnałem się i wsiadłem do pana Mruka – tak go sobie później nazwałem.
Starałem się z nim zacząć rozmowę o czymkolwiek – pogodzie, remontach dróg i tym podobnych. Ale każdy temat kończył się na jednym zdaniu. Po trzeciej próbie odpuściłem i dalej jechaliśmy w milczeniu.
Wysadził mnie na obwodnicy Krosna tuż przed remontowanym wiaduktem. Szybko doczyściłem spodnie z błota, żeby jakoś wyglądać i pomaszerowałem na jego drugą stronę. Znalazłem wydawać by się mogło idealne miejsce do łapania – zaraz za światłami i z ogromnym poboczem, na którym bez problemu mogło zatrzymać się nawet kilka tirów.
I utknąłem na 2 godziny…
Początkowo jeszcze łapałem z kartką – „Miejsce Piastowe –> Barwinek”, ale po godzinie stwierdziłem, że będę szczęśliwy jeżeli ruszę się stąd choćby na kilometr.
W końcu nadszedł ratunek. Kawałek za mną zatrzymał się samochód, więc byłem przekonany, że wcale nie zatrzymał się dla mnie. Ale gdy kierowca zaczął machać, żebym wsiadał – puściłem się sprintem w jego stronę z ogromnym bananem na ryjku.
Kierowcą był sympatyczny facet w dredach, którego imię niestety zapomniałem. Opowiedział mi o swoich podróżach, pracy w Szkocji i planach odnośnie Grecji. Fajnie się gadało, ale jechał do Sanoka, więc wysiadłem po paru kilometrach – w Miejscu Piastowym tuż przy drodze na Barwinek.
Postanowiłem jeszcze szybko zobaczyć neogotycki kościół, który znajdował się tuż obok przystanku i łapać dalej.

Tym razem nie czekałem długo. Po 20 minutach byłem już w drodze do Dukli. Odwiedziłem kiedyś to miasteczko, więc odpuściłem sobie zwiedzanie, tym bardziej, że chciałem jak najszybciej dotrzeć na Słowację.
W poszukiwaniu dobrego miejsca do łapania przedreptałem dwa kilometry i dotarłem aż do sąsiedniej miejscowości – Lipowica. Plusami spacerku były z pewnością fajne widoczki – na zalew, na Cergową i na inne pagórki rozciągającego się w kierunku południowym Beskidu Niskiego.
W Lipowicy w każdym razie też nie musiałem czekać długo. Po 15 minutach łapania zatrzymał mi się chłopak jadący do znajomych w Zyndranowej. Polecał mi odwiedzenie tamtejszego skansenu i przez chwilę nawet rozpatrywałem taką możliwość, ale postanowiłem trzymać się wyznaczonej trasy.
Wysadził mnie w Tylawie – ostatniej wiosce przed Barwinkiem. Czułem się już zmęczony i mimo, że niedaleko błyszczał dach dawnej cerkwi, jakoś nie miałem ochoty nawet do niej iść. Zamiast tego siadłem na krawężniku i zacząłem łapać dalej. Brakowało we mnie trochę wiary i chęci, bo w ciągu 6 godzin przebyłem zaledwie 110 kilometrów. Gdy więc zatrzymał się koło mnie busik jadący do granicy odżałowałem te 2,5 zł i cieszyłem się, że już za chwilę będę na Słowacji.
Granicę pokonałem bez problemu, przez nikogo nie niepokojony. Już po słowackiej stronie chwilę odpocząłem na przystanku, sprawdziłem autobusy, nagrałem durny filmik, który ostatecznie skasowałem i postanowiłem przejść 2 kilometry do pobliskiego Vyšnego Komárnika. Miałem z górki więc szło się całkiem przyjemnie.


W wiosce właściwie zbyt wiele nie ma, ale odwiedziłem kompleks pamiątkowy po bitwie o Przełęcz Dukielską, oraz zatrzymałem się na chwilę przy drewnianej cerkwi św. Kosmy i Damiana z 1924 roku.
Słońce natomiast świeciło coraz słabiej i coraz bliżej mu było do linii horyzontu. Wyliczyłem, że za mniej więcej półtorej godziny będzie już całkiem ciemno i trzeba pomału zacząć myśleć nad znalezieniem miejsca na rozbicie namiotu.



Gdy dotarłem na przystanek w centrum wioski, jeszcze przez kilkanaście minut próbowałem łapać stopa, ale koło mnie śmigały jedynie tiry, nawet troszeczkę nie zwalniając.
Perspektywa złapania czegokolwiek była niewielka, więc bez żalu wsiadłem do słowackiego PKS-a jadącego do Svidníka.
Moje próby mówienia po słowacku ograniczyły się do:
– Dobry den, Svidník.
– @#$%&!*@ – podał cenę, ale nie byłem pewien czy dobrze zrozumiałem, więc wyciągnąłem 5 euro, z których mógł mi wydać.
– Dekuje – moje naśladowanie słowackiego wypadało dość marnie, ale kierowca na szczęście mnie zrozumiał. Myślę, że jakbym mówił po polsku też nie byłoby problemu ze zrozumieniem, ale po prostu starałem się mówić w miejscowym języku.
W Svidníku najrozsądniej było wyjść kawałek poza miasteczko i w pobliskim lesie rozbić namiot, ale wpadłem na szalony pomysł – jadę do Zborova i przenocuję w ruinach tamtejszego zamku. Łapać stopa już mi się nie chciało, a do autobusu miałem trochę ponad półtora godziny, więc pasowało coś ze sobą zrobić. W pobliżu dworca znalazłem mini galerię handlową. Zrobiłem małe zakupy na które składały się dwie puszki słowackiego piwa i siadłem na chwilę na ławeczce w hallu. Mój wzrok przyciągnęło czerwone światło jakiegoś lokalu.
– Wygląda jak burdel, albo klub go-go – pomyślałem. Postanowiłem jednak przyjrzeć się temu miejscu z bliska. Już kilka metrów od wejścia czuć było dość mocno dym papierosów, ale nazwa Admiral Cafe, brzmiała raczej niewinnie.
Miejsce to okazało się zwykłym barem, w którym przesiedziałem czas do odjazdu autobusu, przy okazji pijąc sobie cerne Krusovice w całkiem przyzwoitej cenie 1,10 euro. Szczególnie po wyjeździe do Austrii wydawało mi się to ceną bardzo przyjazną.
Gdy dotarłem na dworzec, perspektywa samotnej, nocnej jazdy do jakiejś wioski na Słowacji nie wydawała mi się już taka straszna. Półtora godziny w barze zrobiły swoje.
Nie wiedziałem jednak co mnie czeka…
W autobusie siadłem z przodu i próbując w ciemności dostrzec tabliczki z nazwami wiosek liczyłem je, porównując z mapą. Aż w końcu stwierdziłem, że prawdopodobnie jestem na miejscu.
– Zborov? – zapytałem
– Tak.
– Ok. Do widzenia – powiedziałem i wysiadłem z uśmiechem.
Szybko odnalazłem skrzyżowanie w centrum wioski i mając już charakterystyczny punkt poszukałem na mapie drogi na zamek. Należało przejść przez rzekę Kamenec i szlakiem kierować się na zamkowe wzgórze. Most znalazłem bez problemu, drogę w odpowiednim kierunku też, jedynie szlaku nie było widać.
O ile wzdłuż głównej drogi oraz w centrum były latarnie to po drugiej stronie rzeki panowały egipskie ciemności. Wiedziałem już, że kierowanie się szlakiem całkowicie odpada, bo niemal niemożliwe będzie zobaczenie go na drzewach, ale droga (przynajmniej na mapie) wydawała się prosta. Asfalt skończył się po kilkudziesięciu metrach i dalej prowadziła gruntowa droga. Zabudowania też nieco zmieniły charakter, było tu jakoś tak inaczej. Starałem się trzymać głównej drogi, ale jedno z rozwidleń doprowadziło mnie na jakieś podwórko. Głośno ujadający pies, oraz trakt kończący się płotem przekonały mnie, że to raczej nie tu. Wróciłem się kawałek i dostrzegłem jakąś grupkę młodzieży, bawiącą się przy muzyce.
Pewnie mają jakąś imprezę, zapytam ich o drogę – pomyślałem. Podszedłem parę kroków w ich stronę i zostałem oślepiony światłem latarki…
– Hi, how to get to castle? – zapytałem.
Zaczęli coś mówić między sobą w niezrozumiałym dla mnie języku. Szybko zorientowałem się, że nie jest to słowacki.
Cyganie…
Trafiłem nocą do cygańskiego osiedla… W tym momencie przestałem czuć się bezpiecznie, ale determinacja by dotrzeć na zamek była silniejsza.
– Do you speak english? – zapytałem
– No english – usłyszałem w odpowiedzi
– Hrad? – spróbowałem po słowacku. Wskazali mi ręką w którym mam iść kierunku.
Ruszyłem więc w tamtą stronę. Wszystko się zgadzało z mapą, ale zagłębiałem się coraz bardziej w to osiedle. Wokół mnie ujadające psy, cyganie wrzeszczący coś z okien domów w moją stronę i te pieprzone ciemności. Nie, to było jednak dla mnie zbyt dużo. Nie wiedziałem nawet w którym miejscu mam skręcić, by wyjść poza osiedle i trafić na ścieżkę w stronę ruin. Obróciłem się więc na pięcie, włączyłem speed i stwierdziłem, że wracam jak najszybciej do centrum wioski. Odprowadzały mnie jeszcze krzyki „fuck” oraz kilka zaledwie innych słów w mowie Szekspira, które znali młodzi cyganie, zapytani wcześniej o drogę. Nie, nie chcieli mnie obrazić czy wyzywać, chcieli jedynie pokazać znajomość obcego języka. Gdy wydostałem się z cygańskiego osiedla i dotarłem do głównej drogi, trochę odetchnąłem z ulgą. Nie zjedli mnie póki co. Ale mimo to nie zwolniłem kroku. W głowie wciąż miałem jedną myśl – wynoszę się stąd.
Po prawie godzinie marszu, gdy już nie widziałem po obu stronach drogi zabudowań zatrzymałem się na fajkę. Potrzebowałem jej teraz jak nigdy.
Gdy upewniłem się, że nikt za mną nie szedł zacząłem myśleć nad miejscem pod namiot. Problem w tym, że zupełnie nic nie było widać. Jedynie gwiazdy nade mną świeciły pięknie i wyjątkowo jasno. Po kolejnych kilku minutach marszu dostrzegłem po prawej stronie, że ciemność jest tam jakaś mniej ciemna. To była droga wchodząca w las. Skręciłem w nią i po chwili dotarłem na jakąś polankę. Było tam cholernie nierówno i wszędzie pełno kamieni, oraz panowały nieprzeniknione ciemności. Bo w końcu po co brać ze sobą latarkę, prawda?
W każdym razie znalazłem troszkę miejsca i zacząłem rozbijać namiot. Pewnie gdybym miał tą latarkę poszłoby szybko, a tak mordowałem się z nim niemal godzinę. Ale w końcu się udało. Byłem tak padnięty, że nie miałem ani siły, ani ochoty na kupione wcześniej piwo. A miałem je wypić by celebrować dotarcie na zamek. Zamiast tego zagrzebałem się w śpiwór i poszedłem spać.