Przede mną Gorce. Szare, ponure, zachmurzone niebo i padający deszcz sprawiały, że wcale nie miałem ochoty nigdzie iść. Czekało mnie jednak podejście pod Turbacz liczące szesnaście kilometrów, a gdzieś tam dalej ciepłe i ożywcze promienie niemal już letniego słońca.
GSB – Dzień 11
Rabka Zdrój -> Maciejowa 815 -> Obidowiec 1106 -> Turbacz 1310 -> Schronisko na Turbaczu
Gdy kładłem się spać lało, gdy się obudziłem lało, nawet w nocy śniło mi się, że pada . I rzecz jasna, gdy ruszyłem w drogę nie było inaczej – padał deszcz.
Jest taki dowcip:
Zajączek złapał złota rybkę.
– Spełnię twoje trzy życzenia jeśli mnie wypuścisz – standardowo powiedziała rybka.
– W sumie to ja nie mam żadnych życzeń, ale chciałbym, żeby spełniły się pierwsze słowa jakie wypowie niedźwiedź, gdy przebudzi się na wiosnę.
– Ok, nie ma sprawy – odparła rybka.
Minął jakiś czas, nadeszła wiosna i niedźwiedź wyszedł ze swojej gawry, przeciągnął się leniwie i mruknął:
– Sto ch*jów w d*pę i kotwica w plecy, żeby była ładna pogoda… 😉
I właśnie ta ładna pogoda by mi się przydała, a te sto ch*jów i kotwica to należą się temu kto znakował szlak z Rabki na Turbacz.
Już w samym mieście zgubiłem się trzy razy, a i dalej bez GPS-a nie dałoby rady.
Jakby jeszcze nie było gdzie malować znaków to bym zrozumiał, ale mam wrażenie, że farbę pan znakarz użył do pomalowania płotu pod chałupą zamiast użyć ją zgodnie z przeznaczeniem.
Tak czy inaczej zrobiłem małe zakupy w ostatnim sklepie w Rabce i ruszyłem w górę. Byłem mocno zdziwiony jak szybko dotarłem do Maciejówki, a potem do schroniska Stare Wierchy. Dalej niestety zacząłem tracić siły. Niemniej jednak z Rabki na Turbacz było 16 kilometrów i ponad 1000 metrów podejść, a do tego cały czas padał deszcz, temperatura wynosiła ledwie 4°C i wszystko przesiąknięte było wodą.
Wreszcie stanąłem na wierzchołku najwyższego szczytu Gorców. Widoki, podobnie jak na całej trasie – nieziemskie – pod warunkiem, że nie interesowało Cię nic co było dalej niż 30 metrów. 🙂
Nie było się co zastanawiać, tylko ruszać dalej, tym bardziej, że 500 metrów dalej było schronisko.
Ciężki to był dzień i wyjątkowo mokry.



GSB – Dzień 12
Schronisko na Turbaczu -> Kiczora 1282 -> Przełęcz Knurowska -> Studzionki
Gdy się obudziłem, pierwsze co usłyszałem, to krople deszczu uderzające w szybę. Była 5:30. A za tym mokrym oknem mgła okrutna.
– Nigdzie nie idę – mruknąłem sam do siebie zakopując się jeszcze mocniej w śpiwór.
Rozważałem nawet zostanie na Turbaczu na jeden dzień, by odpocząć, ale okazało się, że mój pokój jest zarezerwowany i musiałbym się przenosić do innego. Spakowałem więc plecak i ruszyłem przed siebie. Przestało już padać, ale nadal mgła była tak gęsta, że potrzebowałem GPS-a by znaleźć drogę.
Kompletnie brakowało mi siły i motywacji, więc włócząc nogami szedłem jak zombie, myśląc jaka ta droga jest nudna dziś.
Aż tu nagle na środku drogi zobaczyłem lisa. I znów przypomniała mi się scena z filmu „Wild”, nawet sytuacja była nieco podobna.
O 13:30 dotarłem do przełęczy Knurowskiej i ruszyłem na najbardziej mozolny odcinek dzisiejszego dnia – raz w górę, raz w dół stromą drogą, aż do Studzionek – najwyżej położonego, stale zamieszkanego osiedla w Beskidach.
Akurat mijałem budynek z napisem „noclegi”, gdy wyszła z niego gospodyni. Zapytałem czy ma wolne miejsca. Miała. Nie zastanawiałem się więc ani sekundy dłużej. Trzeba odpocząć przed wejściem na Lubań i złapać trochę energii i motywacji.
Tymczasem powoli przez chmury zaczynał przebijać się błękit nieba i jakieś nieśmiałe promienie słońca, może wreszcie miały skończyć się deszczowe dni?




GSB – Dzień 13
Studzionki -> Runek 1005 -> Lubań 1211 -> Krościenko nad Dunajcem
Rankiem było idealnie błękitne niebo, ale z czasem nadciągnęły chmury. W końcu jednak nie padało i coś z tych gór było widać. Nawet przez chwilę za chmur przebiły się Tatry. Wypaliłem ostatnią fajkę i ruszyłem przed siebie.
Człapałem więc sobie powoli zyskując wysokość przez lasy, a czasem przez polany. Wspiąłem się na Kotelnicę, Runek i Kudów. Na szlaku panował wręcz tłok, porównując z poprzednimi dniami. Ale przecież jest weekend. Do tego bezdeszczowa pogoda. A i przez pasmo Lubania prowadziła trasa Etapowej Triady – biegów zorganizowanych właśnie w ten weekend. W rezultacie co chwilę mijali mnie zdyszani ludzie z mikroskopijnymi plecaczkami.
Gdzieś koło 14 dowlokłem się na Lubań (1211 m), ale nim wszedłem na wieżę widokową uzupełniłem minerały kupionym dzień wcześniej piwem.
A z wieży? Widok – kosmos – Gorce, Tatry, Beskid Sądecki, Pieniny, Jezioro Czorsztyńskie i nawet Beskid Wyspowy było widać. Chyba warto było się tak pomęczyć na stromym podejściu pod szczyt. Było by to rewelacyjne miejsce widokowe, gdyby nie ciężka droga na szczyt, ale może właśnie o to w tym chodzi, żeby się zmęczyć i wtedy bardziej docenia się widoki.
Z Lubania do Krościenka czekało mnie 9 kilometrów nudnego zejścia, ale oprócz stanu lekkiego podchmielenia napędzała mnie też myśl, że tam na dole jest sklep i mają tam fajki i colę i czekoladę i lody i… wszystko to czego mi brakowało przez cały dzień, nawet pizzę.
Do Krościenka nad Dunajcem dotarłem przed 18 i przeżyłem szok cywilizacyjny. Przez poprzednie dni, nawet w wioskach spotykałem pojedyncze osoby, a tu tłumy ludzi, wrzeszczące dzieci, dziesiątki samochodów. Jakoś nie byłem na to mentalnie gotowy. Zdaję się, że sezon turystyczny właśnie się zaczął.
Nawet jakoś tak dziwnie się poczułem – w brudnych butach, z ogromnym plecakiem i nie będąc najświeższym. Ale o ile tu na dole obowiązuje jakieś fashion style, to w górach nie będzie mieć to już znaczenia, a przecież jutro będę już gdzieś indziej.
Zrobiłem zakupy, zjadłem pizzę (a co, należy się) i poszedłem zabunkrować się w pokoju. Od sympatycznej właścicielki dostałem ciasto. Nie wiem czy to tak z sympatii, czy z litości, bo wyglądałem strasznie.
Jutro przekroczę most na Dunajcu, co będzie oznaczać, że skończy się moja przygoda z Gorcami, a zacznie z Beskidem Sądeckim.





