Żółtym tramwajem zwiedzając stolicę Portugalii oraz słów parę o dziwnym instrumencie, odrobinie magii i najdłuższym moście w Europie.
Dzień 4
Lizbona -> Benagil
Poranek w Lizbonie przywitał nas słońcem, a ja w końcu czułem się w miarę wyspany.
W hostelu za noc zapłaciliśmy poprzedniego dnia 8 euro, a cena zawierała też śniadanie. I to nie byle jakie. Takie naprawdę różnorodne i na wypasie – do wyboru była szynka, serek, dżem, a do tego ciasto na deser, do picia natomiast dwa rodzaje soku, kawa i herbata. No i naprawdę świeże bułeczki. Za samo śniadanie śniadanie normalnie zapłacilibyśmy pewnie około 5 euro, tak więc i sam hostel tani i warunki naprawdę świetne.
Zanim towarzystwo się ogarnęło, byłem już dawno spakowany i gotowy do ruszenia na miasto. Postanowiłem więc wolną chwilę wykorzystać na chwilę relaksu w hostelowym ogrodzie. Poznałem tam Hiszpana, który do Lizbony przyjechał rowerem i grał na osobliwym instrumencie – cigar box guitar, czyli gitarze z pudełka po cygarach.
Chwilę pogadaliśmy, obaj pograliśmy na tej dziwnej gitarze z pudełka i pożegnaliśmy się, bo reszta mojej ekipy była już gotowa.
Doczłapaliśmy do najbliższej głównej ulicy i kupiliśmy całodniowe bilety na komunikację miejską. Zapłaciliśmy za całość, łącznie ze specjalną kartą 6,5 euro.
Wsiedliśmy w jadący w stronę centrum żółty tramwaj i dotarliśmy do Praça Dom Pedro IV – placu Piotra IV – gościa który był cesarzem Brazylii (jako Piotr I w latach 1822-31) oraz krótko królem Portugalii. Na tymże placu stoi również kolumna z pomnikiem wyżej wspomnianego króla, oraz duży napis „LOVE” z przyczepionymi do niego kłódkami zakochanych. Sam placyk jest zresztą całkiem ładny i służy za częste miejsce spotkań zarówno miejscowych, jak i turystów.


Praça Dom Pedro IV opuściliśmy jednym z deptaków – Rua do Carmo. A następnie ulicą Garrett dotarliśmy do Basílica dos Mártires – Bazyliki Męczenników.


Nie mieliśmy jakiegoś konkretnego planu co zobaczyć w tej części miasta, więc po prostu spacerowaliśmy uliczkami i zatrzymywaliśmy się przy ciekawszych miejscach, aż dotarliśmy nad rzekę Tag – przez Portugalczyków nazywaną Tajo. Na pobliskim przystanku wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do dzielnicy Belem, w której znajdują się dwa najważniejsze (wg listy UNESCO) zabytki Lizbony.
Pierwszym z nich jest klasztor Hieronimitów (Mosteiro dos Jerônimos), będący jednym z najpiękniejszych przykładów stylu manuelińskiego – czyli odmiany portugalskiego gotyku, który rozwijał się za czasów króla Manuela I Szczęśliwego. Styl ten łączy gotyk z rzeźbami o morskich motywach i elementami orientalnymi. Odpuściliśmy sobie stanie w kolejce i płacenie za wejście na krużganki i do zakrystii, ale zdecydowanie wystarczyło nam samo wejście do świątyni. Kościół robił wrażenie i naprawdę warto było wejść do środka. Udało mi się znaleźć grób Vasco da Gamy (w podziękowaniu za jego udaną wyprawę do Indii, wybudowano klasztor) oraz ukryte w zdobieniach motywy marynistyczne – jak np. kolumny oplecione linami okrętowymi.






Następnym punktem był monumentalny Pomnik Odkrywców – upamiętniający portugalskich marynarzy, odkrywców, nawigatorów i osoby, dzięki którym zapełnione zostały białe plamy na mapie świata, oraz Wieża Belem (Torre de Belém) – drugi z zabytków Lizbony na liście UNESCO.
Wieża Belem wybudowana została by pomóc bronić rzeki Tag, a później służyła m.in. jako punkt poboru opłat od statków wpływających do miasta, czy latarnia morska. Przez dwa miesiące więziony był niej polski generał Józef Bem – dość ciekawa postać swoją drogą.



Gdy już wszystko zobaczyliśmy, porobiliśmy foty i zjedliśmy obiad wsiedliśmy w tramwaj jadący do centrum. Przeszliśmy jeszcze kawałek piechotą i dotarliśmy do Martim Moniz.
Z tego miejsca startuje tramwaj nr 28, jedna z atrakcji Lizbony. W ogóle Lizbona słynie z żółtych tramwajów przemierzających miasto. Znaleźć je można zresztą na większości pocztówek czy zdjęć z Lizbony.
Z placu Martim Moniz widać też wznoszący się nad miastem zamek św. Jerzego. Legenda natomiast powiązała ze sobą i plac i zamek. W 1147 roku rycerz o imieniu Martim Moniz, w czasie oblężenia przez Portugalczyków zamku (który wtedy jeszcze należał do Maurów) widząc otwartą jedną z bram rzucił się i własnym ciałem zablokował wrota przed zamknięciem. Zginął przy tym, ale dzięki niemu zamek udało się zdobyć. I właśnie od jego imienia wziął nazwę plac z którego widoczna jest twierdza i z którego rusza tramwaj nr 28.
W planie mieliśmy dojechać tramwajem właśnie do zamku, ale jazda spodobała nam się na tyle, że gdy dotarliśmy do celu nikt nie miał ochoty wysiadać.
O ile wcześniej Lizbona nie robiła na mnie większego wrażenia to dopiero widząc ją z okien żółtego wehikułu stwierdziłem, że stolica Portugalii jest naprawdę ładna i ciekawa. Tramwaj natomiast pokonując kolejne wzniesienia przemierzał wąskie uliczki nieraz mijając zaparkowane samochody o zaledwie kilkanaście centymetrów, a budynki i spacerujący uliczkami ludzie byli na wyciągnięcie ręki. I to dosłownie.
W tramwajach linii 28 jest możliwość otworzenia okien na oścież, dzięki czemu wnętrze jest przewiewne i jedzie się naprawdę przyjemnie. Trasa tej linii biegnie przez historyczne dzielnice miasta i co chwilę można zobaczyć kolejne zabytki Lizbony. Jadąc linią 28 z dwoma przesiadkami dotarliśmy ponownie do placu Martim Moniz. I szczerze – jazda tramwajami sprawiała nam dużo więcej radości niż spacerowanie po mieście. No i Lizbona okazała się być naprawdę fajnym miastem.


Tym razem już, robiąc drugą pętlę wysiedliśmy pod zamkiem św Jerzego (Castelo de São Jorge). Stromą uliczką doczłapaliśmy do jego bram i… stwierdziliśmy, że bilety są za drogie i nie chce nam się wchodzić do środka…
Jak nie na zwiedzanie to pieniądze wydamy na alkohol, więc się nie zmarnuje 😉
Schodząc w dół znaleźliśmy taras (Miradouro das Portas do Sol – tłumacząc na polski znaczy to – Punkt widokowy Bram Słońca) z którego rozpościerał się widok na rozległy Tag i miejscowości położone po jego drugiej stronie, a następnie ruszyliśmy do centrum w poszukiwaniu pochyłego tramwaju.


Nieco kierując się mapą, a trochę idąc chaotycznie przed siebie trafiliśmy w końcu na plac Praça dos Restauradores oraz jeden z trzech niezwykłych lizbońskich wehikułów – Elevador da Glória. Słowo elevador w tłumaczeniu na polski to po prostu winda. Z windą ma jednak niewiele wspólnego – jest to po prostu pochyły tramwaj jadący krótką trasą w górę lub dół. Wygląda on jednak dość ciekawie.


Za pomocą Elevador da Glória dotarliśmy na punkt widokowy Miradouro de São Pedro de Alcântara. Widok na Lizbonę był oczywiście bardzo ładny – na wzgórzu nad rzeką Tag wznosił się zamek, a przykryte czerwoną dachówką budynki ginęły w cieniu. Zachodzące słońce powoli przegrywało z mrokiem obejmującym władanie nad stolicą Portugalii.

Ale nie to było najpiękniejsze w tamtym miejscu i w tamtej chwili. Rozglądając się wokół nagle zobaczyłem ją… Nasze oczy spotkały się na chwilę i czas wydał się stanąć w miejscu. Poczułem szybsze bicie serca i to dziwne uczucie zwane motylkami w brzuchu. Myśl, że nic nie zdarza się w życiu dwa razy i nigdy ten moment już się nie powtórzy oraz jakiś impuls zmusiły mnie do zrobienia kroku w jej stronę. Poczułem, że chcę, że muszę zapytać ją o jedna, właściwie głupią rzecz. Ale wiedziałem też, że jeśli tego nie zrobię, będę tego później żałować.
– Hi, where are you from? – zapytałem.
– I’m from here – odpowiedziała z uśmiechem.
– From Portugal? Really? – byłem naprawdę zaskoczony.
– Yes – uśmiechnęła się jeszcze ładniej.
To właściwie wszystko co chciałem wiedzieć. Nic więcej nie planowałem i nic więcej nie zamierzałem mówić, ale siła która sprawiła, że podszedłem do obcej osoby, pytając o jakąś pierdołę nie pozwoliła by tak się to zakończyło. Zupełnie się nie zastanawiając powiedziałem:
– I thought that you are from Ukraine, because there are so beautiful girls like you – to wyszło spontanicznie, tak samo z siebie, ale było szczere – może dlatego słowa same układały się w zdania.
Odpowiedziała najpiękniejszym uśmiechem jaki w życiu widziałem, równocześnie czerwieniąc się lekko i podziękowała uroczo. Magia chwili w najczystszej postaci.
Pożegnałem się z nią życząc miłego dnia i najspokojniej jak tylko potrafiłem ruszyłem w kierunku reszty kompanii czekającej na mnie i obserwującej całe wydarzenie. Odprowadzał mnie jej zaskoczony, ale i pełen radości wzrok.
Mieliśmy się ewakuować z Lizbony i wiedziałem, że nie mam już czasu, ale gdybyśmy wtedy zostali dzień dłużej, lub choćby jeszcze chwilę… Mogło się zdarzyć coś niezwykłego, a noc w Lizbonie mogła być najbardziej magiczną nocą jaką przeżyłem.
A tak… pozostało jedynie wspomnienie, po właściwie nic nie znaczącym zdarzeniu, które jednak sprawiło, że na twarzach dwóch obcych sobie osób zagościł tego wieczora uśmiech.
Dobra, a wracając do zwiedzania – za pomocą Elevador da Glória dostaliśmy się z powrotem na Praça dos Restauradores i łapiąc tramwaj dojechaliśmy pod sam hostel. Zapakowaliśmy cały nasz dobytek do auta i ruszyliśmy na południe. Ponieważ okrążanie delty Tagu i nadrabianie wielu kilometrów średnio nam się widziało, miasto postanowiliśmy opuścić za pomocą mostu Ponte Vasco da Gama. Dopiero pokonując most dowiedzieliśmy się, że wyjazd z Lizbony jest darmowy, płaci się jedynie za wjazd do miasta. Dalej zaczynała się już płatna autostrada, którą właściwie mogliśmy ominąć, ale stwierdziliśmy, że chcemy jak najszybciej dostać się na południe i odżałowaliśmy te kilkanaście euro za przejazd.
Warto jednak wspomnieć co nieco o moście – Ponte Vasco da Gama ma 17,2 km i jest najdłuższym mostem w Europie. Widać go z wielu miejsc w Lizbonie, ale dopiero gdy jest się w jego pobliżu można określić jak jest on potężny. No i chwilę się nim jedzie. Natomiast przy jego drugim krańcu, już w miejscowości Montijo stoi na ogromnym postumencie figura Chrystusa – taka portugalska wersja figury z Rio de Janeiro czy polskiego Świebodzina.
Zbliżała się już północ gdy dotarliśmy do południowego wybrzeża Portugalii. Samochód zaparkowaliśmy przy jednej z polnych dróg w pobliżu klifu w małej wiosce Benagil. Szybko przygotowaliśmy sobie miejsce w aucie na nocleg i ruszyliśmy nad ocean.
Emilia zabrała ze sobą wino o nazwie… Emilia. Wino to okazało się naprawdę dobre (może też dlatego, że nie kosztowało półtora euro, lecz prawie cztery.
Pijąc wino wpatrywaliśmy się w gwiazdy, które były tu niezwykle jasne i wyjątkowo piękne. Wydawało nam się też, że w oddali widzimy światła odległego afrykańskiego lądu. Choć mogły to też być światła przepływających statków. Ogromną przestrzeń oceanu co jakiś czas rozświetlały światła latarni, a ciszę przerywał jedynie odgłos fal uderzających o klify i szum wiatru…