Przejdź do treści

Żółtym tramwajem po Lizbonie – Portugalia 2015

Żółtym tramwajem zwiedzając stolicę Portugalii oraz słów parę o dziwnym instrumencie, odrobinie magii i najdłuższym moście w Europie.

Dzień 4

Lizbona -> Benagil

Poranek w Lizbonie przywitał nas słońcem, a ja w końcu czułem się w miarę wyspany.

W hostelu za noc zapłaciliśmy poprzedniego dnia 8 euro, a cena zawierała też śniadanie. I to nie byle jakie. Takie naprawdę różnorodne i na wypasie – do wyboru była szynka, serek, dżem, a do tego ciasto na deser, do picia natomiast dwa rodzaje soku, kawa i herbata. No i naprawdę świeże bułeczki. Za samo śniadanie śniadanie normalnie zapłacilibyśmy pewnie około 5 euro, tak więc i sam hostel tani i warunki naprawdę świetne.

Zanim towarzystwo się ogarnęło, byłem już dawno spakowany i gotowy do ruszenia na miasto. Postanowiłem więc wolną chwilę wykorzystać na chwilę relaksu w hostelowym ogrodzie. Poznałem tam Hiszpana, który do Lizbony przyjechał rowerem i grał na osobliwym instrumencie – cigar box guitar, czyli gitarze z pudełka po cygarach.

CIgar box guitar

Chwilę pogadaliśmy, obaj pograliśmy na tej dziwnej gitarze z pudełka i pożegnaliśmy się, bo reszta mojej ekipy była już gotowa.

Doczłapaliśmy do najbliższej głównej ulicy i kupiliśmy całodniowe bilety na komunikację miejską. Zapłaciliśmy za całość, łącznie ze specjalną kartą 6,5 euro.

Wsiedliśmy w jadący w stronę centrum żółty tramwaj i dotarliśmy do Praça Dom Pedro IV – placu Piotra IV – gościa który był cesarzem Brazylii (jako Piotr I w latach 1822-31) oraz krótko królem Portugalii. Na tymże placu stoi również kolumna z pomnikiem wyżej wspomnianego króla, oraz duży napis „LOVE” z przyczepionymi do niego kłódkami zakochanych. Sam placyk jest zresztą całkiem ładny i służy za częste miejsce spotkań zarówno miejscowych, jak i turystów.

Lizbona – Praça Dom Pedro IV
Lizbona – Praça Dom Pedro IV – Pomnik króla

Praça Dom Pedro IV opuściliśmy jednym z deptaków – Rua do Carmo. A następnie ulicą Garrett dotarliśmy do Basílica dos Mártires – Bazyliki Męczenników.

Lizbona – Rua do Carmo z widoczna w tle Elevador de Santa Justa
Lizbona – Basílica dos Mártires – Bazylika Męczenników

Nie mieliśmy jakiegoś konkretnego planu co zobaczyć w tej części miasta, więc po prostu spacerowaliśmy uliczkami i zatrzymywaliśmy się przy ciekawszych miejscach, aż dotarliśmy nad rzekę Tag – przez Portugalczyków nazywaną Tajo. Na pobliskim przystanku wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do dzielnicy Belem, w której znajdują się dwa najważniejsze (wg listy UNESCO) zabytki Lizbony.

Pierwszym z nich jest klasztor Hieronimitów (Mosteiro dos Jerônimos), będący jednym z najpiękniejszych przykładów stylu manuelińskiego – czyli odmiany portugalskiego gotyku, który rozwijał się za czasów króla Manuela I Szczęśliwego. Styl ten łączy gotyk z rzeźbami o morskich motywach i elementami orientalnymi. Odpuściliśmy sobie stanie w kolejce i płacenie za wejście na krużganki i do zakrystii, ale zdecydowanie wystarczyło nam samo wejście do świątyni. Kościół robił wrażenie i naprawdę warto było wejść do środka. Udało mi się znaleźć grób Vasco da Gamy (w podziękowaniu za jego udaną wyprawę do Indii, wybudowano klasztor) oraz ukryte w zdobieniach motywy marynistyczne – jak np. kolumny oplecione linami okrętowymi.

Lizbona – Mosteiro dos Jerônimos
Lizbona – Mosteiro dos Jerônimos
Lizbona – Mosteiro dos Jerônimos – Wnętrze
Lizbona – Mosteiro dos Jerônimos
Lizbona – Mosteiro dos Jerônimos – Zdobienia z motywami marynistycznymi
Lizbona – Mosteiro dos Jerônimos – Grób Vasco da Gamy

Następnym punktem był monumentalny Pomnik Odkrywców – upamiętniający portugalskich marynarzy, odkrywców, nawigatorów i osoby, dzięki którym zapełnione zostały białe plamy na mapie świata, oraz Wieża Belem (Torre de Belém) – drugi z zabytków Lizbony na liście UNESCO.

Wieża Belem wybudowana została by pomóc bronić rzeki Tag, a później służyła m.in. jako punkt poboru opłat od statków wpływających do miasta, czy latarnia morska. Przez dwa miesiące więziony był niej polski generał Józef Bem – dość ciekawa postać swoją drogą.

Lizbona – Pomnik Odkrywców i latarnia morska
Lizbona – Wieża Belem
Lizbona – Rzeka Tag, Most Ponte Vasco da Gama (najdłuższy most w Europie) i figura Chrystusa

Gdy już wszystko zobaczyliśmy, porobiliśmy foty i zjedliśmy obiad wsiedliśmy w tramwaj jadący do centrum. Przeszliśmy jeszcze kawałek piechotą i dotarliśmy do Martim Moniz.

Z tego miejsca startuje tramwaj nr 28, jedna z atrakcji Lizbony. W ogóle Lizbona słynie z żółtych tramwajów przemierzających miasto. Znaleźć je można zresztą na większości pocztówek czy zdjęć z Lizbony.

Z placu Martim Moniz widać też wznoszący się nad miastem zamek św. Jerzego. Legenda natomiast powiązała ze sobą i plac i zamek. W 1147 roku rycerz o imieniu Martim Moniz, w czasie oblężenia przez Portugalczyków zamku (który wtedy jeszcze należał do Maurów) widząc otwartą jedną z bram rzucił się i własnym ciałem zablokował wrota przed zamknięciem. Zginął przy tym, ale dzięki niemu zamek udało się zdobyć. I właśnie od jego imienia wziął nazwę plac z którego widoczna jest twierdza i z którego rusza tramwaj nr 28.

W planie mieliśmy dojechać tramwajem właśnie do zamku, ale jazda spodobała nam się na tyle, że gdy dotarliśmy do celu nikt nie miał ochoty wysiadać.

O ile wcześniej Lizbona nie robiła na mnie większego wrażenia to dopiero widząc ją z okien żółtego wehikułu stwierdziłem, że stolica Portugalii jest naprawdę ładna i ciekawa. Tramwaj natomiast pokonując kolejne wzniesienia przemierzał wąskie uliczki nieraz mijając zaparkowane samochody o zaledwie kilkanaście centymetrów, a budynki i spacerujący uliczkami ludzie byli na wyciągnięcie ręki. I to dosłownie.

W tramwajach linii 28 jest możliwość otworzenia okien na oścież, dzięki czemu wnętrze jest przewiewne i jedzie się naprawdę przyjemnie. Trasa tej linii biegnie przez historyczne dzielnice miasta i co chwilę można zobaczyć kolejne zabytki Lizbony. Jadąc linią 28 z dwoma przesiadkami dotarliśmy ponownie do placu Martim Moniz. I szczerze – jazda tramwajami sprawiała nam dużo więcej radości niż spacerowanie po mieście. No i Lizbona okazała się być naprawdę fajnym miastem.

Lizbona – Linia nr. 28
Lizbona – W tramwaju

Tym razem już, robiąc drugą pętlę wysiedliśmy pod zamkiem św Jerzego (Castelo de São Jorge). Stromą uliczką doczłapaliśmy do jego bram i… stwierdziliśmy, że bilety są za drogie i nie chce nam się wchodzić do środka…

Jak nie na zwiedzanie to pieniądze wydamy na alkohol, więc się nie zmarnuje 😉

Schodząc w dół znaleźliśmy taras (Miradouro das Portas do Sol – tłumacząc na polski znaczy to – Punkt widokowy Bram Słońca) z którego rozpościerał się widok na rozległy Tag i miejscowości położone po jego drugiej stronie, a następnie ruszyliśmy do centrum w poszukiwaniu pochyłego tramwaju.

Lizbona – Miradouro das Portas do Sol
Lizbona – Miradouro das Portas do Sol – Widok na rzekę Tag i przeciwległy brzeg

Nieco kierując się mapą, a trochę idąc chaotycznie przed siebie trafiliśmy w końcu na plac Praça dos Restauradores oraz jeden z trzech niezwykłych lizbońskich wehikułów – Elevador da Glória. Słowo elevador w tłumaczeniu na polski to po prostu winda. Z windą ma jednak niewiele wspólnego – jest to po prostu pochyły tramwaj jadący krótką trasą w górę lub dół. Wygląda on jednak dość ciekawie.

Lizbona – Elevador da Glória
Lizbona – Elevador da Glória

Za pomocą Elevador da Glória dotarliśmy na punkt widokowy Miradouro de São Pedro de Alcântara. Widok na Lizbonę był oczywiście bardzo ładny – na wzgórzu nad rzeką Tag wznosił się zamek, a przykryte czerwoną dachówką budynki ginęły w cieniu. Zachodzące słońce powoli przegrywało z mrokiem obejmującym władanie nad stolicą Portugalii.

Lizbona – Miradouro de São Pedro de Alcântara

Ale nie to było najpiękniejsze w tamtym miejscu i w tamtej chwili. Rozglądając się wokół nagle zobaczyłem ją… Nasze oczy spotkały się na chwilę i czas wydał się stanąć w miejscu. Poczułem szybsze bicie serca i to dziwne uczucie zwane motylkami w brzuchu. Myśl, że nic nie zdarza się w życiu dwa razy i nigdy ten moment już się nie powtórzy oraz jakiś impuls zmusiły mnie do zrobienia kroku w jej stronę. Poczułem, że chcę, że muszę zapytać ją o jedna, właściwie głupią rzecz. Ale wiedziałem też, że jeśli tego nie zrobię, będę tego później żałować.

Hi, where are you from? – zapytałem.
I’m from here – odpowiedziała z uśmiechem.
From Portugal? Really? – byłem naprawdę zaskoczony.
– Yes – uśmiechnęła się jeszcze ładniej.

To właściwie wszystko co chciałem wiedzieć. Nic więcej nie planowałem i nic więcej nie zamierzałem mówić, ale siła która sprawiła, że podszedłem do obcej osoby, pytając o jakąś pierdołę nie pozwoliła by tak się to zakończyło. Zupełnie się nie zastanawiając powiedziałem:

I thought that you are from Ukraine, because there are so beautiful girls like you – to wyszło spontanicznie, tak samo z siebie, ale było szczere – może dlatego słowa same układały się w zdania.

Odpowiedziała najpiękniejszym uśmiechem jaki w życiu widziałem, równocześnie czerwieniąc się lekko i podziękowała uroczo. Magia chwili w najczystszej postaci.

Pożegnałem się z nią życząc miłego dnia i najspokojniej jak tylko potrafiłem ruszyłem w kierunku reszty kompanii czekającej na mnie i obserwującej całe wydarzenie. Odprowadzał mnie jej zaskoczony, ale i pełen radości wzrok.

Mieliśmy się ewakuować z Lizbony i wiedziałem, że nie mam już czasu, ale gdybyśmy wtedy zostali dzień dłużej, lub choćby jeszcze chwilę… Mogło się zdarzyć coś niezwykłego, a noc w Lizbonie mogła być najbardziej magiczną nocą jaką przeżyłem.

A tak… pozostało jedynie wspomnienie, po właściwie nic nie znaczącym zdarzeniu, które jednak sprawiło, że na twarzach dwóch obcych sobie osób zagościł tego wieczora uśmiech.

Dobra, a wracając do zwiedzania – za pomocą Elevador da Glória dostaliśmy się z powrotem na Praça dos Restauradores i łapiąc tramwaj dojechaliśmy pod sam hostel. Zapakowaliśmy cały nasz dobytek do auta i ruszyliśmy na południe. Ponieważ okrążanie delty Tagu i nadrabianie wielu kilometrów średnio nam się widziało, miasto postanowiliśmy opuścić za pomocą mostu Ponte Vasco da Gama. Dopiero pokonując most dowiedzieliśmy się, że wyjazd z Lizbony jest darmowy, płaci się jedynie za wjazd do miasta. Dalej zaczynała się już płatna autostrada, którą właściwie mogliśmy ominąć, ale stwierdziliśmy, że chcemy jak najszybciej dostać się na południe i odżałowaliśmy te kilkanaście euro za przejazd.

Warto jednak wspomnieć co nieco o moście – Ponte Vasco da Gama ma 17,2 km i jest najdłuższym mostem w Europie. Widać go z wielu miejsc w Lizbonie, ale dopiero gdy jest się w jego pobliżu można określić jak jest on potężny. No i chwilę się nim jedzie. Natomiast przy jego drugim krańcu, już w miejscowości Montijo stoi na ogromnym postumencie figura Chrystusa – taka portugalska wersja figury z Rio de Janeiro czy polskiego Świebodzina.

Zbliżała się już północ gdy dotarliśmy do południowego wybrzeża Portugalii. Samochód zaparkowaliśmy przy jednej z polnych dróg w pobliżu klifu w małej wiosce Benagil. Szybko przygotowaliśmy sobie miejsce w aucie na nocleg i ruszyliśmy nad ocean.

Emilia zabrała ze sobą wino o nazwie… Emilia. Wino to okazało się naprawdę dobre (może też dlatego, że nie kosztowało półtora euro, lecz prawie cztery.

Pijąc wino wpatrywaliśmy się w gwiazdy, które były tu niezwykle jasne i wyjątkowo piękne. Wydawało nam się też, że w oddali widzimy światła odległego afrykańskiego lądu. Choć mogły to też być światła przepływających statków. Ogromną przestrzeń oceanu co jakiś czas rozświetlały światła latarni, a ciszę przerywał jedynie odgłos fal uderzających o klify i szum wiatru…

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *