Samolotem na drugi kraniec Europy w poszukiwaniu słońca, przygody i czegoś innego niż to co na co dzień. Do tego parę słów o portugalskim piwie, sardynkach, różowej plaży, oceanie i kolorowych płytkach.
Prolog
Rzeszów –> Warszawa –> Nowy Dwór Mazowiecki –> Modlin –> Charleroi –> Porto
Zanim dotarliśmy do Portugalii najpierw musieliśmy dostać się autobusem z Rzeszowa do Warszawy. Potem busem w stronę lotniska w Modlinie, a następnie samolotem do belgijskiego Charleroi. Po spędzeniu nocy na lotnisku mieliśmy kolejny lot – tym razem do portugalskiego Porto. Tu rozpoczęła się ta przygoda.
Dzień 1
Porto –> Arcozelo –> Torreira –> São Jacinto
Z Charleroi wystartowaliśmy o 6:50, lecieliśmy troszkę ponad 2 godziny i w Porto wylądowaliśmy równo o 8:00. A wszystko to dlatego, że w Portugalii (jako jedynym państwie na kontynentalnej Europie) obowiązuje czas uniwersalny Greenwich. Czyli pisząc prościej – jest o godzinę wcześniej niż w całej zachodniej i środkowej Europie.
Dopiero koło południa z Londynu mieli dotrzeć do nas Emilia i Tomek, więc mieliśmy trochę czasu. Do centrum miasta było jednak 14 kilometrów, samochód mieliśmy wypożyczyć na lotnisku i byliśmy średnio wyspani. Nie miało więc większego sensu ruszanie się gdziekolwiek i skazani byliśmy na koczowanie na lotnisku.
Nudę zabijałem chodząc na fajkę, próbując rozszyfrować napisane po portugalsku zdania w folderze zabranym z informacji turystycznej oraz bezskutecznie usiłując połączyć się z lotniskowym netem. A gdy to nie wystarczyło, czas zajmowałem sobie bezcelowymi spacerami po okolicy. Na zewnątrz niczego poza wypożyczalniami samochodów nie wypatrzyłem, ale wewnątrz ogromnego terminalu znalazłem jedno ciekawsze miejsce.
Była to knajpka z jedzeniem i co ważniejsze z portugalskim piwem. Zamówiłem sobie zestaw składający się z Mexilhoes de Vinagrete oraz miejscowego piwa Super Bock. Owe Mexilhoes to po prostu małże z sosem vinagrete i papryką. Smakowało to w sumie zwyczajnie, jak owoce morza – ot kawałek gumowego mięsa i trochę papryki. Nigdy wcześniej jednak nie jadłem małży, więc było to nowe doświadczenie.
Jeśli zaś chodzi o reklamowane jako narodowe piwo Portugalii – Super Bock – dupy nie urywało – ot takie zwyczajne, przeciętne piwo. Ale przecież Portugalia z piw nie słynie. Choć tu warto zaznaczyć, że wszystko zależy od rodzaju. Na lotnisku w Porto piłem odmianę Original, które było jasnym lagerem.
A i taka ciekawostka, którą już niemal na początku zauważyłem w Portugalii – duże lane piwo ma tutaj pojemność 400 ml, a małe 200 ml. Piwa butelkowe natomiast mają głównie 200 lub 330 ml. Znaleźć można też plastikowe butelki o pojemności 1 litr, ale to tylko dla określonego rodzaju piwa.
W każdym razie, wracając do tematu lotniskowej knajpki – na deser wymyśliłem sobie coś co przynajmniej z nazwy brzmiało dość intrygująco. Zwało się to Arroz Doce Shot. Portugalska nazwa nic mi oczywiście nie mówiła – angielska miała już większy sens – Sugar rice shot. Cóż… spodziewałem się alkoholu, a okazało się, że jest to po prostu deserek z ryżu z cukrem…

W końcu wybiło południe i doczekaliśmy się reszty ekipy. Nawet zrobiliśmy im taką karteczkę z jakimi czekają ludzie na lotnisku. Szybkie przywitanie, ogarnięcie się i ruszyliśmy pod wejście do terminalu, skąd zabrał nas busik jadący do wypożyczalni. A tam kolejka i cała masa formalności…
Po niemal godzinie dostaliśmy samochód – pięknego czarnego VW Golfa TDI – auto które miało być naszym domem przez następne dni.
W międzyczasie wyszło słońce, zrobiło się ciepło i Portugalia zaczęła wyglądać tak jak powinna, a ja zacząłem się w niej zakochiwać.
Omijając okrutnie drogie płatne autostrady, bocznymi drogami ruszyliśmy w stronę Porto.
Niemal od razu zwróciłem uwagę na dwie rzeczy. Niby jeszcze była kalendarzowa zima, ale tu wszędzie kwitły kwiaty i drzewa, a przy drodze rosły sobie palmy i drzewa z dojrzałymi pomarańczami i cytrynami. Drugą natomiast były Azulejos – cienkie ceramiczne płytki, ozdabiające ściany domów i często tworzące mozaiki. Było ich tysiące, miały przeróżne wzory i były po prostu śliczne. I znaleźć je można w całej Portugalii. Zresztą nie tylko Portugalii.


Zaraz przed miastem zatrzymaliśmy się na wielkie zakupy w jakimś super markecie którego nazwy nie pamiętam, a to o czym zapomnieliśmy dokupiliśmy w położonym po sąsiedzku Lidlu. Na próżno natomiast wypatrywaliśmy Biedronek. Ale one tam są, tylko wyglądają inaczej i nie mają żuczka w logo. Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero parę dni później.


Gdy już mieliśmy niemal wszystko co potrzebne, przyszedł czas na obiad. Jako danie główne była polana oliwą bagietka z sardynkami z puszki. W ogóle to tych sardynek nakupiliśmy od cholery i w przeróżnych opcjach – z sosem piri-piri, pomidorami, w oliwie, ze śmietaną itd.
I jak na Portugalię przystało – do obiadku wino.
Było OHYDNE! Ale w sumie nie ma się co dziwić, kosztowało jakieś 0,75 euro i było przeznaczone jedynie do gotowania, ale to nie był mój pomysł by je kupić.
Jak już stwierdziłem, że tego wina nie ruszę postanowiłem zająć się piwem. Takim w małej śmiesznej buteleczce. Było to piwo Sagres Preta – ciemny dunkel, nie najgorszy, ale i nie powalający w smaku.
Pochodząca z Lizbony marka Sagres oraz pochodząca z Porto marka Super Bock walczą między sobą o portugalski rynek i głównie to te dwie marki piwa można znaleźć w sklepach. I nie jest to taka do końca bezsensowna walka, bo wbrew stereotypom w Portugalii ludzie też piją piwo, nie tylko wino.

Przez Porto w każdym razie tylko przejechaliśmy i na jego obrzeżach zatrzymaliśmy się jeszcze by kupić nóż i korkociąg. Bez nich przecież dalsza podróż nie miałaby sensu 😉
A jak to dalej wyglądało? Piwo w dłoni, orzeźwiający wiatr wpadający przez okno samochodu i droga biegnąca wzdłuż oceanu – marzenie.

Ten ocean tak nas przyciągał, że Emilia zażyczyła sobie byśmy skręcili w najbliższa możliwą drogę wiodącą nad wodę. I tak zupełnie przypadkiem trafiliśmy na Praia de Miramar – plażę w niewielkiej miejscowości Arcozelo na południowy zachód od miasta Vila Nova de Gaia.
Piaszczysta plaża i ocean – czego można chcieć więcej?
Praia de Miramar ma jedna ciekawszą atrakcję – jest to wybudowana w 1696 roku na skale kaplica – A Capela do Senhor da Pedra (translator tłumaczy mi to jako „Kaplica Pana Kamienia”). Zbudowana ona została w dawnym miejscu kultu pogańskich religii.



Gdy już znudziło nam się włóczenie po plaży, zbieranie muszelek i moczenie nóg w wodzie wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy dalej na południe.
Mijaliśmy wioski i miasteczka pełne wąskich, stromych uliczek opadających ku oceanowi nad którym pomału zachodziło słońce. Byłem tym zachwycony!
Zatrzymaliśmy się w miejscowości Torreira, położonej na wąskim półwyspie oddzielającym Ocean Atlantycki i lagunę Ria de Aveiro, a zrobiliśmy to tylko dlatego, że przy brzegu zacumowane były kolorowe łódki.


Nie zdołaliśmy jeszcze wyjechać z niewielkiej przecież Torreiry, a znów się zatrzymaliśmy. Tym razem dlatego, że zobaczyliśmy różową plażę. Z daleka wyglądała dość zjawiskowo, a swój kolor zawdzięczała tysiącom różowych kwiatków rosnących na piasku. Plaża ta nosiła nazwę – Praia de Monte Branco.


Pomału zapał zmrok i trzeba było szukać miejsca na nocleg. Udało nam się je znaleźć w São Jacinto – części położonego po drugiej stronie laguny miasta Aveiro. Samochód zaparkowaliśmy niemal nad wodą na czymś w rodzaju parkingu. Miejsce to jak się okazało było jednym z ulubionych miejsc do łowienia ryb dla miejscowych. Przebywali tu od wczesnego świtu do późnej nocy, ale oni nam, ani my im nie przeszkadzaliśmy.
Na kolacje bagietka z sardynkami, czyli zestaw, który towarzyszył nam przez cały wyjazd. A do kolacji nie mogło przecież zabraknąć wina. Tym razem jednak było to coś ciekawszego. Postanowiliśmy wypić kupione wcześniej Vinho Verde – zielone wino. I bynajmniej nie oznacza to, że wino jest zielonego koloru, bo może być to wino zarówno białe, jak i czerwone, lecz nazwa odnosi się do tego, że wino to jest świeże, lub młode. Produkuje się je w regionie Minho – na północy Portugalii. Zaś co do smaku, jest lekko cierpkie, ale smakuje zupełnie inaczej niż standardowe wina. Warto więc spróbować.
No i cena ma jednak duży wpływ na smak. Można odczuć różnicę miedzy winem za 1,5 euro, a 3,5 euro. Tak w ogóle to w Portugalii to jest cudowne – wino kosztuje taniej niż woda.
W każdym razie to które piliśmy tego wieczora – Campo de Gruta dupy nie urywało, ale Gazela, którą piliśmy następnego dnia była już rewelacyjna.
Gdy zaczęliśmy rozbijać obóz było już ciemno, byliśmy zmęczeni, a noc zaczęła robić się coraz zimniejsza. Zrezygnowaliśmy więc z namiotu i w 4 osoby upchaliśmy się w samochodzie. O dziwo dało się i nie było tak wcale najgorzej.
Pod rozgwieżdżonym portugalskim niebem sen przyszedł szybko.