Słów parę o sardynkach pod zamkiem i winie wypitym na klifie, o kąpieli w zimnym, szalonym oceanie, o krańcu Europy, bajkowym pałacu, majfrendach i nocnym życiu w Lizbonie.
Dzień 3
??? -> Caldas da Rainha -> Óbidos -> Peniche -> São Lourenço -> Cabo da Roca -> Sintra -> Lizbona
Obudziły mnie wpadające przez szybę promienie słońca oraz mamrotane przez Maćka słowa – „Aparaciku, gdzie jesteś?”. Zapowiadała się ładna pogoda – w końcu!
W miarę szybko ogarnęliśmy się i ruszyliśmy w kierunku miejscowości Caldas da Rainha. Tam zrobiliśmy zakupy w Lidlu i skierowaliśmy się w stronę półwyspu Peniche i miejscowości o tej samej nazwie.
W brzuchach jednak burczało nam coraz bardziej, więc zatrzymaliśmy się już po paru kilometrach w miejscowości Óbidos – u stóp miejscowego zamku.
Na śniadanie standardowo była bagietka z sardynkami, dodatkowo jednak urozmaicona serem zrobionym z mieszaniny krowiego, owczego i koziego mleka. Bardzo dobrym swoją drogą.
Zamku w Óbidos nie zwiedzaliśmy, ruszyliśmy zamiast tego dalej w stronę oceanu.


Od jakiegoś czasu w oddali pojawiała się jego ciemna tafla, a teraz o tym, że jesteśmy już blisko, jakby zawiadamiała spora ilość wiatraków rozmieszczonych na okolicznych polach.
Wjechaliśmy do miejscowości Peniche i jeszcze zanim dotarliśmy na jej kraniec, zobaczyliśmy niesamowity widok.
Przepiękne skalne urwiska, o które z szaleńczym impetem rozbijały się fale Oceanu Atlantyckiego.
Na horyzoncie natomiast – w odległości 10 kilometrów rysowała się sylwetka wyspy Ilha de Berlenga (Ilha po portugalsku to wyspa) na której znajduję się twierdza św. Jana Chrzciciela z XVII wieku.



Nie mieliśmy niestety nawet jak się tam dostać, właściwie to nawet o tym nie pomyśleliśmy, więc nie odwiedziliśmy wysepki. Zamiast tego pojechaliśmy na kraniec półwyspu, gdzie znajduje się latarnia morska.
Od lądu wiało wręcz upiornie, ale udało nam się zejść kawałek na dół po skałach i znaleźć miejsce nad oceanem osłonięte od wiatru. Mieliśmy zatrzymać się tu tylko na chwilę i powoli jechać w stronę Lizbony, ale miejsce było naprawdę fajne, a Emilia bardzo chciała wypić w tej scenerii wino. Zatrzymaliśmy się więc na trochę dłużej.
Szum oceanu, ciepłe promienie słońca, tęcza tworząca się na mgiełce z rozbijających się o brzeg fal i butelka portugalskiego wina – czego można chcieć więcej w takiej chwili i takim miejscu? Choćby dla tej chwili warto było dotrzeć na drugi kraniec Europy.




Wszystko co dobre jednak się kończy. Nie inaczej też było z butelką wina. A gdy wino się skończyło zdecydowaliśmy się ruszyć dalej, bo przecież jeszcze tyle było do zobaczenia.
A i zapomniałem wspomnieć – zostałem wytypowany do otworzenia owego wina i … złamałem korkociąg… Korek udało się wydrzeć, ale korkociąg do niczego się już nie nadawał…
Jako usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że jakość korkociągu pozostawiała dużo do życzenia.
Obraliśmy kurs na Cabo da Roca – najbardziej na zachód wysunięty fragment Europy, ale nim jeszcze tam dotarliśmy zatrzymaliśmy się na kawę w malutkiej miejscowości São Lourenço. Nasza restauracja – Golfinho Azul, bardziej wyglądem zbliżona do kawiarni czy baru niż do restauracji położona była na szczycie klifu w pobliżu niewielkiej zatoczki z plażą.
W mojej głowie zaczęła kiełkować myśl – chcę się wykąpać w oceanie! Po pierwsze dlatego, że to niesamowita frajda, a po drugie dlatego, że brud i mój zapach zaczynały mi już dość mocno przeszkadzać. Podobno, gdy człowiek sam czuje swój zapach, to jest już źle. Więc, źle być musiało.
Mimo mocnego wiatru, było dość ciepło, ale nie udało mi się namówić reszty kompanii na kąpiel.
Wypiłem ekspresowo Super Bocka i kamiennymi schodkami zszedłem na plażę. Wokół nie było żywej duszy, więc szybko rozebrałem się i wskoczyłem do wody.


Była zimna… Była słona… I zdecydowanie niesmaczna… A fale przewracały mnie co chwilę i zdzierały gacie…
Ale warto było. Czułem się czysty, świeży i orzeźwiony, oraz miałem za sobą pierwszą w życiu kąpiel w oceanie.
Szybko wyschnąłem w promieniach słońca i dołączyłem do reszty ekipy w restauracji. Jeszcze tylko chwila na złapanie wi-fi i poszukanie adresów hosteli w Lizbonie, po czym ruszyliśmy dalej.
Droga którą jechaliśmy dostarczała niesamowitych widoków – z jednej strony mieliśmy ocean i poszarpany klifowy brzeg, a z drugiej zielone pagórki i monumentalny pałac w miasteczku Mafra.


Po paru kilometrach droga odbiła od oceanu i skierowała się w stronę Sintry. Już z daleka widać było górujący nad okolicą kolorowy pałac Pena – najbardziej rozpoznawalne miejsce w tym niewielkim miasteczku.
Nim jednak dojechaliśmy do Sintry, odbiliśmy na zachód – znów w kierunku oceanu. GPS zaczął całkowicie szaleć, prowadząc nas po bocznych szutrowych drogach, biegnących wśród niskich domów i kamiennych murków. Do tego wszechobecna zieleń i cień drzew, sprawiały, że wszystko to wyglądało niesamowicie sielankowo. Niemal jak w filmach.
– Śliczna ta Portugalia – pomyślałem po raz kolejny i wcale nie ostatni w czasie tego wyjazdu.
W końcu wyjechaliśmy na główną, asfaltową drogę biegnąca wprost do latarni morskiej na krańcu Europy.
A jak wygląda ten kraniec Europy? Oprócz wspomnianej latarni morskiej, znajduje się tam sklepik z pamiątkami oraz parking, na którym stało kilka autokarów i trochę samochodów. Z parkingu natomiast biegnie ścieżka nad urwistym klifowym brzegiem w kierunku mniej więcej 10-metrowego obelisku, na którym oprócz napisu – Cabo da Roca, jest jeszcze fragment pieśni portugalskiego poety Luísa de Camões – „Aqui, onde a terra se acaba e o mar Comba” – czyli po polsku – „Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna” oraz współrzędne półwyspu. Do obelisku natomiast ustawiają się kolejki chętnych, by zrobić sobie zdjęcie, bo ten obelisk to takie jakby potwierdzenie tego, że było się na krańcu Europy.
Warty zobaczenia jest również sam brzeg opadający tutaj ponad 140 metrową ścianą ku falom oceanu.




Cabo da Roca, było piękne, ale wiało tam tak, że mało nam łbów nie pourywało, więc gdy tylko nacieszyliśmy się widokiem, postanowiliśmy uciekać szybko do samochodu.
Droga do Sintry znów prowadziła wąskimi, krętymi i przeuroczymi uliczkami. I wszystko wyglądało tak spokojnie i sielankowo. Pomyślałem, że jakbym utknął tu na cały dzień, lub nawet trochę dłużej, byłbym więcej niż szczęśliwy.
Sintra to miejsce niezwykłe – takie wręcz bajkowe – znajdują się tu liczne pałace, zamek Maurów (który zachował się z czasów gdy na tych ziemiach panowali arabowie, a miasto nosiło nazwę Al-Bacr), urokliwe parki, stawy i bajorka, a wszystko to położone na zboczach Serra de Sintra (gór Sintra, w starożytności zwanych górami Księżycowymi).
Wzgórze na którym znajduje się Pałac Pena oplecione jest labiryntem krętych, często jednokierunkowych dróg, więc nie było w tym nic dziwnego, że trochę się zgubiliśmy.
Zostałem wysłany z misją, by dowiedzieć się jak dotrzeć na szczyt wzgórza. Podbiegłem do jakiejś pary by zapytać o drogę, a oni dali mi mapkę, gdyż sami już jej nie potrzebowali.
Gdy w końcu dotarliśmy pod bramę wejściową, okazało się, że zarówno park, jak i słynny Palácio Nacional da Pena otwarte będą jeszcze przez nieco ponad godzinę, a na zwiedzenie kompleksu trzeba zdecydowanie więcej czasu. Na dodatek ceny biletów też trochę zniechęcały. Z lekkim uczuciem rozczarowania zdecydowaliśmy się ruszyć w stronę Lizbony.
Obiecałem sobie jednak – Kiedyś tu wrócę i spędzę kilka dni na włóczenie się po okolicy 🙂
Chciałbym napisać o Sintrze ładniej, lepiej oddać klimat tego miejsca, ale nie potrafię nawet znaleźć słów które by tu pasowały. Niech więc pozostaną trzy – niezwykle, bajkowo i jakoś tak nierealnie. Sintrę w każdym razie, zdecydowanie warto odwiedzić i zatrzymać się w niej na co najmniej jeden, jeśli nie dwa dni.



Słońce nabierało coraz bardziej pomarańczowych barw gdy wjechaliśmy do stolicy Portugalii.
Nim znaleźliśmy hostel z wolnymi miejscami, ogarnęliśmy się i byliśmy gotowi do wyjścia na miasto, nad Lizboną zapadła noc. Ruszyliśmy więc w kierunku centrum miasta (ja szedłem cały szczęśliwy, bo podczas gdy reszta powoli się ogarniała zdążyłem wziąć prysznic), zahaczając jeszcze o McDonald i plątając się nieco chaotycznie trafiliśmy na Kościół św. Dominika (Igreja De São Domingos) i ulicę Rua das Portas de Santo Antão. Na tejże ulicy grała jakaś uliczna kapelka i zgromadził się przy niej całkiem spory tłum.
Zaraz obok, do jednego z lokali też stała nieduża kolejka. Jak się okazało można było w nim kupić alkohol o nazwie – Ginjinha (w uproszczeniu nazywany też Ginja), czyli likier robiony z kwaśnych wiśni. Smakował jednak wyjątkowo słodko, a na dnie małego kubeczka była wisienka, również nasączona alkoholem. Od razu zrobiło nam się cieplej.

Lokal natomiast nazywał się Ginjinha Sem Rival. Ginję kupić można jednak na każdym niemal rogu.
Podobnie jak niemal na każdym rogu spotkać można jegomościa o karnacji ciemniejszej niż europejska podchodzącego z różnym pytaniem – a to o ogień, a to o fajkę, chcącego sprzedać zegarek lub okulary przeciwsłoneczne, lub pod zupełnie innym pretekstem, ale tak naprawdę za każdym razem chodzi o to samo. W następnym kroku jegomość wyciąga woreczek z ziółkami i pyta:
– Hello, my friend, do you need marihuana or coke?
I tak co chwilę. W ciągu tego wieczora proponowano mi transakcję co najmniej 20 razy. I dla każdego byłem majfrendem. A żeby było śmieszniej policja niespecjalnie reaguje, mimo, że z pewnością widzą i wiedzą o co chodzi stojąc parę metrów obok.
Gdy już kubeczek był pusty dotarliśmy na Praça dos Restauradores, a następnie zawróciliśmy w kierunku rzeki Tag. Deptakiem Rua Augusta doczłapaliśmy do Arco da Rua Augusta – czyli czegoś na kształt Łuku Triumfalnego w Lizbonie, wybudowanego dla upamiętnienia odbudowy miasta po trzęsieniu ziemi w 1755 roku.


Stąd brzegiem rzeki ruszyliśmy w kierunku miejsca, w którym znajdować się miały tanie knajpki.
Zatrzymaliśmy się w jednej z nich na piwo. Nie była jakaś wyjątkowa – ot niewielkie wnętrze z kilkoma krzesłami i dwa stoliki na zewnątrz. Czyli taki portugalski standard. Nazywała się „Quero-te no Cais”, co w tłumaczeniu na polski oznacza „Chcę Cię na molo”. Wiadomo o co chodzi 😉
Tak w ogóle to niewielkie knajpki, ze stolikami na zewnątrz są niezwykle popularne w Portugalii. A, że nie ma tu zakazu picia alkoholu w miejscach publicznych to impreza toczy się głównie na ulicy, a w szczególności tam, gdzie sąsiaduje ze sobą kilka lokali. Nie inaczej było też w Lizbonie – tu na niektórych ulicach wręcz ciężko było przedostać się przez tłum.
Ponieważ już wcześniej ustaliliśmy, że zwiedzanie zostawiamy na następny dzień, a dziś tylko przejdziemy się po mieście, mogliśmy przyłączyć się do ulicznej imprezy.
Więcej jednak wyszło chodzenia i szukania jakiegoś miejsca oraz marznięcia niż imprezy, bo towarzystwo było wyjątkowo wybredne i marudne, co w pewnym momencie zaczynało mnie już irytować. Ostatecznie zaliczyliśmy jeszcze dwa lokale.
Pierwszy z nich to taka typowa mordownia (drugi zreszta też) przy jednym z głównych deptaków, gdzie piwo sprzedawała pani, w wieku, że tak powiem – mocno już zaawansowanym. Całe zresztą towarzystwo – czyli raptem jeszcze trzy osoby, miało już swoje lata.
Zamówiliśmy z Maćkiem, najtańszą opcję wśród piw, czyli „imperial” – wtedy jeszcze tego do końca nie ogarnialiśmy, ale imperial oznacza lane piwo o pojemności 0,2 litra – ot takie małe piwo, na kilka łyków. Duże piwo, czyli – 0,4 litra, to „caneca”.
Drugim knajpką którą odwiedziliśmy był lokal prowadzony przez hindusa, a porządku pilnował wysoki, napakowany i czarny jak węgiel murzyn. Lokal był hmm… lekko nieciekawy, ale nam jakoś to nie przeszkadzało, bo i tak staliśmy z piwem na ulicy, wśród tłumu.

Do hotelu wróciliśmy mocno po 1 w nocy i mimo, że miałem chęć ogromną by jeszcze zostać, rozsądek mówił, że sen też jest fajną opcją. Poszedłem więc spać z nadzieją, że kolejnego dnia jeszcze wiele się wydarzy… I w sumie stało się coś magicznego, ale o tym w następnym poście.