W drodze na południe – kolorowe łódki w Aveiro, krypta pierwszych królów, najstarszy uniwersytet w Portugalii i magiczne zaułki Coimbry.
Dzień 2
São Jacinto –> Salreu –> Aveiro –> Coimbra –> ???
Po nocy spędzonej w bagażniku, wszystko mnie bolało, a w szczególności kolana, które przez całą noc miałem zgięte w jednej niezbyt wygodnej pozycji. Poranek więc nie był najprzyjemniejszy, ale potem już było dużo lepiej.
Zanim zjedliśmy śniadanie i byliśmy gotowi do drogi zrobiło się dość mocno po godzinie 10. Musieliśmy jednak odespać poprzednią noc. Niebo skrywały jednolite szare chmury i było dość chłodno. Wyjście więc było tylko jedno – uciekać na południe.
Prom z São Jacinto do Aveiro odpływał jednak dopiero za dwie godziny, a w okolicy nie było nic ciekawego. Podjęliśmy więc decyzję by objechać lagunę Ria de Aveiro dookoła, nadrabiając przy tym 50 kilometrów. Po drodze zatrzymaliśmy się na moment w małej miejscowości Salreu.
Właściwie nic ciekawego w niej nie było – jedynie kościół św. Marcina, którego budowę rozpoczęto w 1663 roku.

Do Aveiro jechaliśmy w dwóch powodów – miasto to nosi dumne miano „portugalskiej Wenecji”, a w przewodniku znaleźliśmy piękne zdjęcie kolorowych domków. Szału jednak nie było – Aveiro, aż tak piękne, jak to przedstawiali w przewodniku nie było, ale miało jedną unikatową atrakcję. Były to zdobione oryginalnymi i barwnymi malunkami łodzie. Choćby z ich powodu Aveiro warto było odwiedzić. Jaki był drugi powód nie pamiętam…
Gdy już znaleźliśmy parking w miarę blisko centrum miasta ruszyliśmy, w stronę pobliskiego kanału. Niemal od razu trafiliśmy na galerie handlową z Mc Donaldem. Ceny jedzenia w lokalach w Portugalii nie są najniższe, a tu ciepła, pyszna bułeczka kosztowała dość tanio (1,25 euro), więc ciężko było się nie skusić.
Żeby nieco lepiej poznać miasteczko, postanowiliśmy trochę się pogubić i zapuściliśmy się w jakieś małe boczne uliczki. Muszę przyznać, że miały swój klimat – pełno było niskich domków ozdobionych kolorowymi azulejos i już zaledwie kawałeczek od głównej drogi panowała cisza i spokój. Szkoda tylko, że pogoda nie rozpieszczała i odbierała miastu urok.


Po drodze zobaczyliśmy jeszcze kościół św. Krzyża (Igreja da Vera Cruz) ozdobiony dwoma mozaikami i trafiliśmy nad kolejny kanał. Zarówno tu, jak i przy poprzednim kanale była możliwość wynajęcia jednej z kolorowych łódek i popływania po miasteczku kanałami, których w zasadzie było trzy na krzyż.
Z opcji pływania łódką rzecz jasna nie skorzystaliśmy. Postanowiliśmy zamiast tego siąść w jednej z kawiarni, chwilę odpocząć i poobserwować sennie płynące życie miasteczka.
Włócząc się dalej po miejscowości, w końcu trafiliśmy na najbardziej turystyczną część Aveiro – pełno tu było łódek, naganiaczy na te łódki, trochę restauracji i kawiarni oraz informacja turystyczna. Nie dowiedzieliśmy się w niej jednak nic konkretnego.








Ponieważ kończył nam się czas w parkometrze, a głównym celem tego dnia miała być odległa o około 60 kilometrów Coimbra, zdecydowaliśmy, że dwie godziny w Aveiro to wystarczająco dużo i pora ruszać dalej.
Zanim jeszcze dotarliśmy do Coimbry wypatrzyliśmy po drodze knajpkę – nie wyglądała na zbyt ekskluzywną – więc była czymś w sam raz dla nas.
Zamówiliśmy tam grillowaną rybę – bodajże był to dorsz, ale pewien nie jestem, bo komunikacja mieszanką języka angielskiego i portugalskiego nie stała na najwyższym poziomie. Rybka była przepyszna. Ale i też nie była tania, bo wliczając w rachunek przystawki – czyli ser, pasty rybne, masło i chleb, oraz colę – zapłaciliśmy za wszystko prawie 50 euro. Warto jednak było spróbować odrobiny portugalskiej kuchni.

Do Coimbry GPS prowadził nas wąskimi, bocznymi drogami przez małe, urocze i położone na wzgórzach wioski. Podobnie zresztą było przez cały wyjazd. Unikając płatnych autostrad mieliśmy możliwość zobaczenia nieznanych miejsc, do których nikt poza miejscowymi się nie zapuszczał.
Koło godziny 16 dotarliśmy na miejsce.
Tak w skrócie parę słów o Coimbrze – jest to trzecie co do wielkości miasto Portugalii, które przez 124 lata było jej stolicą (od 1131 do 1255 roku), znajduje się tu najstarszy i najważniejszy w kraju ośrodek akademicki, a tutejszy uniwersytet wpisany został na listę UNESCO.
Już sam wjazd do miasta był niesamowity – droga bardzo ostro opadała w stronę doliny rzeki – Rio Mondego (Rio po portugalsku oznacza rzekę właśnie) nad którą położone jest miasto. Do tego uliczki były wąskie, pozastawiane samochodami, a ruch uliczny wydawał mi się trudną do pojęcia abstrakcją. Tomek jednak radził sobie z tym całkiem nieźle.
Na jednej z ulic w pobliżu centrum znaleźliśmy wyjątkowo tani jak na Portugalię parking i pieszo ruszyliśmy w stronę starówki.
Niemal z miejsca zakochałem się w Coimbrze. Tętniące życiem uliczki Starego Miasta wznoszące się lub opadające na zboczach wzgórza, liczne zaułki, strome schody prowadzące w jakieś tajemnicze miejsca, wszechobecna muzyka i malutkie knajpki z winem, których stoliki rozłożone były wprost na brukowanych ulicach – to wszystko tworzyło jakąś niesamowitą magię tego miejsca.
A ponadto poznany w jednej z knajpek Portugalczyk powiedział mi – W Coimbrze są najpiękniejsze kobiety w Portugalii – uważaj, żeby się nie zakochać. Myślę, że w jego słowach było sporo prawdy, a owe kobiety dodawały miastu jeszcze więcej uroku.
Niemal od razu trafiliśmy na klasztor św. Krzyża (Mosteiro de Santa Cruz) wzniesiony w 1131 roku. Ciekawostką było to, że pochowani w nim zostali dwaj pierwsi królowie Portugalii, natomiast ściany wewnątrz zdobiły sporej wielkości mozajki – azulejos.




Następnie jednym z deptaków dotarliśmy nad rzekę Mondego. Stąd rozpoczęliśmy wspinaczkę w
stronę górującego nad jej wodami uniwersytetu.
Po drodze minęliśmy jeszcze akwedukt, będący pozostałością po panowaniu Cesarstwa Rzymskiego na tym terenie (wówczas miasto nosiło nazwę Aeminium) i dotarliśmy na plac przed uniwersytetem. Uniwersytet wyglądał trochę jak połączenie pałacu z kościołem i rozpościerał się z jego tarasów ładny widok na południową cześć miasta, rzekę i… ciemne deszczowe chmury zmierzające w stronę Coimbry.






Widząc deszczowe chmury zdecydowaliśmy, że trzeba się ewakuować w stronę samochodu i wyjechać z miasta zanim zacznie padać. Okazało się jednak, że tak prędko nie opuścimy dawnej stolicy Portugalii, bo gdy schodziliśmy wąskimi brukowanymi uliczkami w stronę samochodu trafiliśmy na osobliwy lokal.
Małe pomieszczenie składające się ze niewielkiej lady, trzech sporych beczek wina, dwóch stolików i kilku półek nieco nas zaintrygowało. Ponadto przed knajpką też stały 2 stoliki i wręcz zachęcały by na nich usiąść. Zostajemy!
Zamówiliśmy 3 kieliszki wina i kawę dla Tomka, za co zapłaciliśmy łącznie 1,80 euro!
Pojedyncza lampka kosztowała 0,30 euro – toż to jeszcze taniej niż na Węgrzech – szok po prostu.
Wino było czerwone, półsłodkie i takie raczej zwyczajne. A no i zamówiliśmy po jeszcze jednej lampce. Tak się nam to miejsce spodobało.
W międzyczasie postanowił zaprzyjaźnić się z nami pewien tubylec. Stwierdził, że koniecznie musi puścić nam swoją ulubioną piosenkę i chwiejnym krokiem, podtrzymując się ściany podreptał do jednej z kamienic, by przynieść głośniki i podłączyć je do swojego discmana. Całkiem sympatycznie.
Siedzieliśmy tak sobie i delektowaliśmy się winem, wsłuchując się w portugalską muzykę, a w międzyczasie z trudem przebijające się przez chmury słońce całkiem już znikło za horyzontem i ulice rozświetliły latarnie. I dopiero chłód wygonił nas do samochodu.


Z Coimbry wyjechaliśmy gdy było już całkiem ciemno. Nocleg udało nam się znaleźć na jakimś polu odizolowanym od głównej drogi gęstymi i wysokimi na parę metrów badylami przypominającymi bambus.
Było to gdzieś miedzy wioskami Cela, Bárrio i Vestiaria w pobliżu miejscowości Alcobaça słynącej ze średniowiecznego klasztoru, którego nie zobaczyliśmy niestety ani tego dnia, ani następnego.
Przed czekająca nas ciężką nocą w bagażniku postanowiliśmy jeszcze otworzyć kupione dzień wcześniej wino – było to wspomniana już wcześniej Gazela – niemal przezroczyste zielone wino. Chyba najlepsze ze wszystkich które próbowałem w Portugalii. Może to dzięki niemu, a może dzięki zmęczeniu zasnąłem niemal od razu.
