Przejdź do treści

Z pozdrowieniami od Lenina – Naddniestrze 2014

Przyjechaliśmy do Tiraspola – stolicy Naddniestrza. Wiedzieliśmy, że jeśli stanie się tu coś złego, to będziemy mieć ogromne problemy. I oczywiście musiała przyczepić się do nas naddniestrzańska policja polityczna…

Dzień 5

Kiszyniów –> Tiraspol

Gdy opuszczaliśmy hostel było jeszcze całkiem ciemno i dość zimno. Padający w nocy śnieg zdążył stopnieć, ale czuć było zbliżającą się zimę. Po piętnastu minutach szybkiego marszu znaleźliśmy się na dworcu centralnym, gdzie spotkaliśmy się z Niką.

W kasie przypominającej bardziej kiosk, lub budkę z kebabem niż kasę kupiliśmy bilety i już chwilę później siedzieliśmy ściśnięci w marszrutce. Jako, że za oknem niewiele było widać skupiłem się na rozmowie z Niką i zostałem przez chłopaków uznany mistrzem konwersacji, ponieważ przez 15 minut potrafiłem rozmawiać o rozlanej herbacie.

Busik minął bramę Kiszyniowa oraz lotnisko i skierował się na wschód – w stronę Naddniestrza
Gdy minęliśmy ostatnią mołdawską wioskę przed granicą i wjechaliśmy w las, a za oknem zaczął sypać śnieg pomyślałem – gdzie my się do cholery pchamy?

Ta droga, las i śnieg przypominały mi trochę krajobrazy z amerykańskich filmów przedstawiające straszną, nieznaną i złowrogą Rosję. Co prawda Rosja to nie była, ale skojarzenie wcale nie było tak do końca nietrafione. Po rozpadzie Związku Radzieckiego ktoś wymyślił sobie, że na wschód od Dniestru kontynuowane będą tradycje ZSRR, a Naddniestrze stanie się odrębnym państwem. Mołdawia się na to nie zgodziła i wybuchła wojna. I mimo, że od tamtego czasu minęło ponad 20 lat sytuacja wciąż nie jest do końca rozwiązana, a w Naddniestrzu nadal stacjonują rosyjskie wojska.

Gdy znaleźliśmy się na granicy, spodziewaliśmy się różnych problemów, wypełniania masy papierów i konieczności dania paru euro, by chcieli nas przepuścić. I zostaliśmy zaskoczeni. Formalności ograniczyły się do pokazania paszportu i wypowiedzenia jednego słowa – „Transit”. Pieczątek rzecz jasna nie dostaliśmy. Otrzymaliśmy za to wizę, która wyglądała jak zwykły paragon z Biedronki. Od tej pory mieliśmy 10 godzin na opuszczenie Naddniestrza. Czyli wystarczająco dużo by zobaczyć stolicę – Tiraspol i jeszcze się nieco wynudzić.

Naddniestrzańska wiza

Gdy już wszyscy w marszrutce pozałatwiali sobie legalny pobyt w Naddniestrzu, przez busik przeszedł celnik i sprawdził czy wszystko się zgadza. No i to tyle – mogliśmy wjechać do tego dziwnego niby-państwa.

Bender – czyli pierwsze miasto zaraz za granica właściwie zobaczyliśmy jedynie z okien busika – mignął nam Łuk Triumfalny i tamtejszy stadion, a po chwili most na Dniestrze – który trzy dni wcześniej Roma usilnie starał się nam pokazać z okien pociągu.

Około 8:30 znaleźliśmy się na dworcu w Tiraspolu. I tu pojawił się pierwszy problem, bo mogliśmy mieć kłopot z dostaniem się do Odessy na 18:40 – wtedy odjeżdżał pociąg do Lwowa. Więc łaziliśmy po dworcu autobusowym i kolejowym próbując się coś dowiedzieć, ale wychodziło na to, że albo wyjedziemy z Tiraspola za pół godziny, albo wieczorem będziemy musieli pędzić przez całą Odessę na zbity pysk.

Po chwili sytuacja sama się rozwiązała, bo zaczepił nas taksówkarz i zaproponował, że nas zawiezie do Odessy. Rzucił nam cenę – 110 rubli naddniestrzańskich za osobę. Czyli niemal równo 10 dolarów. Autobus kosztował dokładnie dwa razy taniej. Ale kurczę – niecałe 35 zł za osobę za te 100 kilometrów to naprawdę tanio. I do tego pełen komfort i brak stresu czy zdążymy.

Mając więc już zapewniony transport do Odessy mogliśmy się skupić na zwiedzaniu miasta. Do tego wyszło słoneczko, zaś śniegowe chmury do Tiraspola nie dotarły. Pogoda więc była wyśmienita, tylko mróz dawał się we znaki.

No właśnie, bo wspomniałem o rublach naddniestrzańskich. Ta autonomiczna republika, ma nie tylko swoje granice, ale i też oddzielne od Mołdawii władze, swoje pieniądze, język urzędowy – rosyjski, flagę i całą masę innych rzeczy, które mają normalne państwa.

Tiraspol – Dworzec kolejowy
Mapa Naddniestrza
Naddniestrzańska waluta
Naddniestrzańska waluta

Gdy zapytałem Nikę, jak w Mołdawii traktują Naddniestrze zwykli ludzie, odpowiedziała, że dla niej wyjazd do Tiraspola to wyjazd za granicę.

Kiedy już wszystko mieliśmy ogarnięte i wymieniliśmy pieniądze, ruszyliśmy biegnącą od dworca w stronę centrum miasta ulicą Lenina. Minęliśmy park Kirov wraz ze znajdująca się w nim cerkwią – zaskakująco niebrzydką – jak na region w którym byliśmy oraz fabrykę koniaku Kvint i dotarliśmy pod Dom Sowietów – dość sporą budowlę której szczyt wieńczy złota komunistyczna gwiazda. Zaś przed wejściem na cokole stoi popiersie Lenina. Czasów gdy w Polsce pełno było podobizn Lenina nie pamiętam, więc tym bardziej ciekawie było zobaczyć je tutaj.

Tiraspol – Cerkiew pw. Prezentacji Dzieciątka Jezus w parku Kirov
Tiraspol – Wytwórnia koniaku Kvint – Sklep firmowy
Tiraspol – Budka z piwem i kwasem chlebowym
Tiraspol – Dom sowietów
Tiraspol – Towarzysz Lenin
Tiraspol – Dom sowietów i złota gwiazda

W internecie niemal wszędzie można przeczytać, że Naddniestrze to skansen komunizmu, ale to tak nie do końca prawda.

Fakt, pełno w Tiraspolu jest symboliki komunistycznej – sierpy i młoty, komunistyczne gwiazdy, ulice nazwane nazwiskami znanych komunistów, czy choćby ten pomnik Lenina. Nie jedyny zresztą w tym mieście.

Mimo to widać, że Naddniestrze się rozwija, znaczenie nawet szybciej niż Mołdawia, na dodatek ulice są czyste i zadbane, a drogi zdecydowanie lepsze niż na sąsiedniej Ukrainie. W każdym razie, moim zdaniem nazwanie Naddniestrza skansenem jest sporym przekoloryzowaniem.

Pod pobliską galerią honorowych mieszkańców miasta Paweł zagadał do jakiegoś starszego pana i w ten sposób dowiedzieliśmy się, że kawałek dalej jest drugi pomnik Lenina – tym razem przedstawiający jego całą sylwetkę.

Tiraspol – Galeria honorowych mieszkańców miasta

Ruszyliśmy więc w tamtą stronę. Ulice Tiraspola sprawiały wrażenie opustoszałych, brakowało na nich ludzi i panował względny spokój. Zabudowa natomiast pełna była kontrastów – nowoczesne budynki, kolorowe sklepy i szare bloki gryzły się trochę ze sobą.

Z ciekawszych obiektów trafiliśmy na: Pałac republiki, budynek z flagami Osetii Południowej i Abchazji – najprawdopodobniej była to ambasada, oraz dwie cerkwie – Sobór Bożego Narodzenia i Cerkiew Starowierców.

Tiraspol – Schastlivy Mir – Sklep odzieżowy na tle blokowiska
Tiraspol – Pałac Republiki i flaga Naddniestrza
Naddniestrzański Bank Republikański
Flagi Abchazji i Osetii Południowej na budynku ambasady Osetii Południowej

Cerkwi odwiedzić mi się nie udało, bo wygłodzone towarzystwo popędziło do najbliższego otwartego lokalu – pizzerii Andy’s Pizza. Mieliśmy iść do jakiegoś miejscowego lokalu, a nie do sieciówki, ale to było jedyne otwarte miejsce o tej porze. A głód rósł z każdą chwilą.

Gdy siedzieliśmy z nosami w menu zastanawiając się co wybrać, do naszego stolika podeszło dwóch ubranych na czarno panów. Jeden z nich machnął nam jakąś legitymacją przed oczami i powiedział, że są z policji politycznej…

Wyglądali identycznie jak stereotypowi agenci KGB, z amerykańskich filmów. Wszyscy zamarliśmy na moment i przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy przecież w Naddniestrzu. Tym samym, w którym jeszcze parę lat zdarzały się różne dziwne incydenty, krajem rządziła mafia, powszechne było łapówkarstwo i w ogóle było/jest to miejsce którym straszyć można dzieci.

Zabrali Nikę do sąsiedniego stolika – ponieważ znała język rosyjski i zaczęli ją przepytywać – kim jesteśmy, co tu robimy, skąd się znamy, dlaczego przyjechaliśmy, kiedy zamierzamy wyjechać oraz zadali całą masę innych pytań. Zabrali także nasze paszporty oraz wizy i zaczęli je sprawdzać. A my siedzieliśmy niemal w ciszy, próbując wyłapać z ich rozmowy o co chodzi i czego od nas chcą. Gdy wspomnieli coś o robieniu zdjęć, każdy z nas miał już na kolanach aparat gotowy do wyjęcia karty i udawania idioty w razie czego.

Ostatecznie skończyło się tym, że jeden z policjantów znudzony przepisywaniem naszych danych z dokumentów, zrobił zdjęcia telefonem i panowie wstali, przepraszając nas i życząc miłego dnia.

Od razu zapytaliśmy Nikę o co im chodziło, ale nie potrafiła nam do końca wytłumaczyć. Policjanci mówili coś o tym, że nie wiedzieli kim jesteśmy, że fotografowaliśmy budynki rządowe oraz, że mieli podejrzenie, że jesteśmy pedofilami – WTF???????

Bo przecież sześciu facetów z plecakami i jedna dziewczyna definitywnie na takich wyglądają…

Gdy już było po wszystkim mogliśmy w końcu zamówić coś do jedzenia. Wybór nie był jakiś zabójczy więc ostatecznie zdecydowaliśmy się na pizzę. Tak w sam raz na śniadanie…

Była droga, mała i przeciętna w smaku.

Chciałem jednak spróbować też coś z kuchni Naddniestrzańskiej, więc zamówiłem do tego mały kieliszek koniaku z tutejszej wytwórni – Kvint, którą mijaliśmy idąc od dworca. Według Wiki, miejscowi uważają Kvint za narodowy symbol – zresztą obrazek tej wytwórni znaleźć można na banknocie 5-cio rublowym.

Na koniakach w każdym razie się nie znam i nie potrafię do końca określić czy któryś jest dobry czy nie, ale odniosłem wrażenie, że ten akurat był raczej dość średniawy.

Podobnie było z winem – również wytwarzanym w Kvincie – zamówionym przez Maćka. Wino było czerwone i okrutnie słodkie. Czyli coś zdecydowanie nie dla mnie. Maciek zresztą też się krzywił.

Koniak z wytwórni Kvint

Gdy już każdy poczuł się najedzony podreptaliśmy dalej. Niemal od razu trafiliśmy na pomnik Alexandra Suvorova – założyciela Tiraspola i bohatera narodowego Naddniestrza. Podobizna Suvorova zdobi zresztą banknoty – 1, 5, 10 i 25 rubli. To tak trochę podobnie jak ze Stefanem Wielkim w Mołdawii.

Kawałeczek dalej lśniła w słońcu złota kopuła kaplicy znajdującej się tuż przy pomniku poległych w wojnie w latach 1990-1992. A po drugiej stronie ulicy na postumencie wysokim na trzy piętra stał Lenin, ponad głowami ludzi patrząc w stronę Dniestru. Za nim zaś wznosił się budynek Naddniestrzańskiego parlamentu. Nieco ładniejszy niż ten w Kiszyniowie, ale wybudowany w podobnym socrealistycznym stylu.

Porobiliśmy trochę fot i postanowiliśmy pójść nad rzekę. Dniestr, będący w pierwszej dziesiątce najdłuższych rzek Europy nie zapierał tchu w piersiach, wyglądał raczej dość przeciętnie. Późnojesienny krajobraz, szare bloki odbijające się ciemnej tafli wody i odrapana barka sprawiały, że rzeka wyglądała dość smutnawo.

Tiraspol – Pomnik Suvorova
Kaplica zwycięstwa i czołg
Tiraspol – Kompleks pamiątkowy po wojnie
Tiraspol – Siedziba parlamentu i Lenin
Tiraspol
Tiraspol – Dniestr
Tirasol – Widok znad Dniestru

Jak na razie napisałem, że architektura się gryzła, że jedzenie przeciętne, alkohol nie powalający na kolana i Dniestr jakiś taki nie za piękny…

Ale to nie tak, że Tiraspol mi się nie podobał. Wręcz przeciwnie, wydawał mi się dużo ładniejszy od Kiszyniowa. Ale tu wszystko zależy od tego do czego porównujemy dane miejsce. Nie ma się co oszukiwać, ani w Kiszyniowie, ani w Tiraspolu po prostu nie miało co zachwycać. Tiraspol miał jednak swój klimat – jakiś taki cichy i równocześnie niespokojny. Życie tu płynęło zupełnie inaczej niż w Polsce czy na zachodzie, a coś jakby wisiało w powietrzu.

Byłem w każdym razie bardzo zadowolony z tego, że odwiedziłem oba kraje, ale chcąc być obiektywnym i szczerym, nie mogę przecież zachwalać czegoś, co wcale nie wywołało we mnie takich emocji. Jakby nie patrzeć – wyjazd do Naddniestrza był jednak niesamowitą przygodą.

Tiraspol – Stolica Pridniestrowia

Zbliżało się już południe, a my właściwie zobaczyliśmy wszystkie najciekawsze miejsca w Tiraspolu, więc nie pozostało nam nic innego jak tylko skierować się powrotem w stronę dworca.

Na miejscu pożegnaliśmy się z Niką i po zapłaceniu taksówkarzowi, oddaliśmy jej pozostałe nam ruble naddniestrzańskie. Poza Naddniestrzem nie miały żadnej wartości, nigdzie też nie można było ich wymienić i służyć mogłyby jedynie jako alternatywa dla papieru toaletowego.

Ruszyliśmy na wschód w stronę granicy. Zaskakująco dobra droga prowadziła przez niemal płaski krajobraz pól ciągnących się po horyzont.

W drodze do Odessy

Dość szybko dotarliśmy do granicznego Pervomaisc. Nasz kierowca pozbierał od nas paszporty i poszedł rozmawiać z naddniestrzańskimi celnikami. My nawet nie musieliśmy wysiadać z auta. Przez lekko uchylone okno usłyszeliśmy fragment rozmowy:

– Kto to? – zapytał celnik.
– Turyści – odpowiedział taksówkarz.
– Od nas? – zdziwienie celnika było tak ogromne, że uświadomiło nam, iż turyści muszą zaglądać tu bardzo rzadko.

Celnik zajrzał jeszcze do bagażnika, gdzie były nasze plecaki i już po chwili odzyskaliśmy paszporty, ale już bez papierkowej wizy i mogliśmy podjechać do ukraińskiej kontroli celnej.

Tym razem musieliśmy wysiąść z auta by pani w budce mogła skonfrontować nasze twarze ze zdjęciami w paszporcie i już po chwili byliśmy na terytorium Ukrainy.

Opuściliśmy Naddniestrze, które okazało się diabłem nie takim strasznym jak go malują.
Nieco egzotyki i przygody jednak w tej wyprawie było.

Epilog – Droga do domu

Tiraspol –> Odessa –> Lwów –> Szeginia –>Medyka –> Przemyśl –> Rzeszów

W Odessie kierowca nie wysadził nas pod dworcem kolejowym, lecz autobusowym, bo stwierdził, że są korki – lub coś w ten deseń – ciężko powiedzieć, bo nikt z nas go nie zrozumiał. Wytłumaczył nam jednak którym tramwajem dotrzemy na miejsce i pożegnał się z nami.

Kiedy już kupiliśmy bilety na pociąg okazało się, że mamy jeszcze ponad 2 godziny czasu do odjazdu. Zrobiliśmy zakupy na drogę i postanowiliśmy ogrzać się w jednym z przydworcowych barów.

Gdy wsiadaliśmy do pociągu, dworzec w Odessie żegnał nas rzewną sowiecko-brzmiącą muzyką. Szybko zajęliśmy swoje miejsca i poznaliśmy panią prowadnik, która twierdziła, że jest polką i po polsku mówiła rzeczywiście całkiem nieźle. Zapytana o możliwość palenia w pociągu, powiedziała oczywiście, że jest to kategorycznie zabronione. Kupienie u niej piwa, sprawiło, że zakaz przestał nas jednak obowiązywać. Nie było to już nawet zaskakujące. Sama zresztą zachęcała do kupienia piwa, mówiąc, że pić w pociągu wręcz należy.

Ludzie na Ukrainie nie zarabiają za dużo, więc wykorzystują każdą okazję by nieco dorobić. W naszym wagonie było niemal całkiem pusto, a i my nie mieliśmy za bardzo sił na imprezowanie, więc wieczór przebiegał w chilloutowej atmosferze – przy piwku, muzyce z telefonu i rozmowach i wszystkim i o niczym. Spać poszliśmy już po północy, gdy w wagonie rozlegał się jedynie miarowy stukot kół pociągu pędzącego przez skryte w mroku nocy pustkowia.

***

Obudzeni zostaliśmy przez panią prowadnik, która oznajmiła, że zbliżamy się do Lwowa. Miasto przywitało nas upiornym zimnem i szarym zachmurzonym niebem. Wstępny plan wyjazdu zakładał, że zostaniemy w Lwowie jeszcze jeden dzień, ale z czasem wykruszali się kolejni chętni. Mroźny poranek natomiast zniechęcił do zostania ostatnich imprezowiczów i w ten sposób do Polski wracaliśmy wszyscy razem.

Dalej już już było standardowo – marszrutka do granicy, potem bus do Przemyśla i pociąg do Rzeszowa.

Po drodze pogoda zaczynała robić się coraz bardziej paskudna i po jakimś czasie zaczął padać śnieg – ten przed którym udawało nam się uciec przez ostatnie 6 dni.

Gdy dotarliśmy do Rzeszowa szybko pożegnaliśmy się na dworcu i każdy ruszył w swoją stronę.

A ja z każdym kolejnym krokiem cieszyłem się coraz bardziej, że zbliżam się do domu, nie mogąc się już doczekać, aż zdejmę przemoczone buty. Po pięciu dniach niewyspania nie marzyłem już o niczym więcej, jak tylko o śnie w ciepłym i wygodnym łóżku.

Home, sweet home 🙂

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *