Przejdź do treści

Pociągiem przez Ukrainę – Ukraina 2014

  • Ukraina

Kolejna wyprawa na wschód. Kilka godzin we Lwowie i podróż niesamowitym pociągiem przez Ukrainę aż nad Morze Czarne.

Dzień 1

Rzeszów –> Przemyśl –> Medyka –> Szeginia –> Lwów –> Odessa

Zbiórka o 6:00 przed dworcem PKP, a później standardowo przy wyjazdach na wschód – koleją do Przemyśla. Tym razem potraktowałem ten wyjazd nieco bardziej poważnie niż wszystkie dotychczasowe i plecak miałem spakowany już parę godzin wcześniej. Było nas sześciu – a więc nieco więcej niż zwykle. I razem mieliśmy jechać w nieznane.

Na busik z Przemyśla do Medyki nie czekaliśmy ani minuty i dość szybko znaleźliśmy się na granicy.

Granica

Przekraczanie granicy pomiędzy Medyką, a Szeginią stało się dla mnie czymś normalnym, wręcz rutynowym i nie wywoływało już żadnych emocji. Pamiętam jednak ten pierwszy raz, gdy przez głowę przelatywało setki myśli.

Między innymi:
– a co jeśli mnie nie będą chcieli wpuścić z powrotem do Polski
– nie mogę zgubić paszportu, bo będzie przejebane,
– czy ja zrozumie co celnik do mnie mówi,
– nie potrafię czytać tych liter i nie mam pojęcia co oznaczają napisy wokół…

To wszystko sprawiało, że wyjazd na Ukrainę był czymś ekscytującym, czymś dodającym adrenaliny. Tym bardziej, że wtedy jeszcze Ukraina była w mojej świadomości krajem dzikim, może nawet nieco niebezpiecznym.

Być może tak też trochę czuli się Adam, Paweł i Michał, dla których to był pierwszy raz. Dla mnie natomiast wszystko to teraz wydawało się znane, bliskie, takie wręcz swojskie.

Szybko wymieniliśmy pieniądze – tak tanio to jeszcze chyba nigdy nie było i kupiliśmy umilasz podróży. I to naprawdę sporo tego umilacza. Byłem przekonany, że jest go na tyle, że jeszcze nam zostanie trochę na wieczór, a tu niespodzianka, bo skończył się już w połowie drogi 😉

Sytuację nieco uratowały dwie panie, które wgramoliły się do marszrutki z ogromnymi torbami wyładowanymi papierosami. Relacja została nawiązana dość szybko, a panie w zamian za pomoc w upchaniu gdzieś pakunków z kontrabandą sprezentowały nam wino.

Już w marszrutce Miłoszowi została po raz pierwszy na tym wyjeździe zwrócona uwaga, że zachowuje się zbyt głośno. Później stało się to już normą, że dostawaliśmy (mówiąc brzydko, ale żadne inne słowo wydaje się nie oddawać tego w swej dosłowności) zjebę przez zbyt głośne zachowanie kolegi.

W pociągu do Kiszyniowa nawet groził nam za to mandat o wysokości 1000 lei, ale o tym będzie później.

W marszrutce
(foto Paweł Fryń)

Do Lwowa dotarliśmy koło godziny 12. Po zdobyciu informacji i krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że do Kiszyniowa pojedziemy przez Odessę. Oznaczało to, że droga będzie dłuższa, ale do stolicy Mołdawii dotrzemy szybciej i bardziej komfortowo. Najbliższy pociąg był dopiero o 20:40, więc po tym jak kupiliśmy bilety mogliśmy ruszyć na podbój Lwowa. Szybko zostało ustalone, że zabytki stoją tyle lat, to i poczekają na nasz powrót za niecały tydzień, a procenty zaczynają się gdzieś ulatniać i trzeba nasz stan ratować.

Liczyłem na to, że zobaczę coś nowego, ale Maciek zarządził postój w Białej Czajce. Podszedłem do tego nieco sceptycznie, ale czasu było jeszcze sporo, więc pomyślałem, że może być, bo potem pewnie gdzieś jeszcze zaglądniemy. W Białej Czajce każdy z nas zamówił verenyky i piwo. Nic tu odkrywczego nie było, bo pierożki tak jak były smaczne, tak smaczne są nadal. Identycznie piwo Stare Misto. Małe innowacje zaczęły się przy wódce obowiązkowej do każdego posiłku na Ukrainie. Oprócz dobrze znanej już paprykówki miałem okazję spróbować także wódkę śliwkową, która pachniała tak jak wigilijny kompot z suszek. A na koniec jeszcze pobudzony podróżą apetyt postanowiłem zaspokoić za pomocą pielmieni.

Lwów – W Białej Czajce

Teraz czekał nas spacer do centrum miasta i zobaczenie paru zabytków po drodze. Minęliśmy kościół św. Elżbiety oraz pomnik Stefana Bandery, zajrzeliśmy do cerkwi św. Jury, zrobiliśmy małą przerwę na fajkę pod uniwersytetem i dotarliśmy na rynek. Ale zanim jeszcze to się stało zatrzymaliśmy się na obiad w Puzatej Chacie.

Lwów – Pomnik Stefana Bandery

A gdy już byliśmy na rynku zarządzone zostało, że idziemy do Kryjówki. Ehhh… znowu to samo… A tak marzyła mi się knajpka żydowska.

W Kryjówce zasadniczo nic intrygującego się nie zdarzyło, oprócz tego, że z funduszu socjalnego (który to założony został za pieniądze pozostałe po kupnie biletów do Odessy) zakupione zostały świńskie uszy. I bynajmniej nie był to mój pomysł. Miłosz twierdzi, że zjem wszystko, ale jakoś na te uszy nie miałem za bardzo ochoty, więc skubnąłem tylko kilka. Czas powoli sobie płynąc mijał nam wesoło i radośnie, a nad Lwowem zapadał zmrok.

Lwów – Widok z dachu Kryjówki na Bazylikę Archikatedralną pw. Wniebowzięcia NMP

W końcu z ust Maćka, który jeszcze w Rzeszowie został obrany kierownikiem wycieczki padło zarządzenie, że zmieniamy lokal. Plątając się po uliczkach Starego Miasta minęliśmy Masocha i trafiliśmy do Domu Legend. Nie protestowałem, bo jeszcze poprzednim razem obiecałem sobie, że gdy tylko tam będę, obejrzę dokładnie każdą salę, a w szczególności tą która opowiada o lwowskich kanałach.

I rozczarowałem się trochę. Na obrazku w menu przedstawiającym cały Dom Legend ta sala wyglądała dużo ciekawiej. Ale przynajmniej zobaczyłem to co chciałem. Podczas gdy ja błądziłem po budynku, chłopaki zamówili pięciolitrową tubę piwa. I ta tuba mocno osłabiła drużynę.

Podczas zbierania się do wyjścia Paweł zrobił szybki obrót, mając założony plecak i zupełnie przypadkiem znokautował karła…

Godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie, więc na szybko musieliśmy dokończyć piwo i po zapytaniu barmana o numer tramwaju jadącego na dworzec podreptaliśmy na rynek. Tam złapaliśmy dwójkę, Maciek kupił u kierowcy bilety i mimo, że coraz bardziej zaczynało brakować sił dojechaliśmy na ulice Horodotską.

Jeszcze tylko szybkie zakupy na podróż i poczłapaliśmy na nasz peron, gdzie już stał pociąg. Dopiero w wagonie okazało się, że cześć grupy gdzieś nam się pogubiła. Ale do odjazdu było jeszcze ponad pół godziny, więc w końcu się poodnajdywaliśmy.

O pociągach za wschodnią granicą Polski słyszałem wiele historii, zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Ale to tylko historie, nie oddają rzeczywistości tak jak gdy odczuwa się ją własnymi zmysłami. Nie wiedziałem więc czego do końca się spodziewać, ale gdy wsiadłem do tego pociągu – zakochałem się w nim. I była to miłość niemal od pierwszego wejrzenia.

Przed wejściem prowadnik (coś na kształt konduktora, a zarazem opiekuna wagonu) sprawdził nasze bilety oraz paszporty i życzył miłej podróży. Mieliśmy wykupione miejsca w tzw. wagonie plackartnym. Wagon taki podzielony jest na przedziały składające się z 4 kuszetek po jednej stronie, stolika, oraz dwóch kolejnych kuszetek po drugiej stronie przejścia. Każdy z przedziałów jest otwarty co sprzyja integracji. Mieliśmy przed sobą 12 godzin podróży i te łóżka wydały mi się najpiękniejszą rzeczą na świecie. Komfort i świadomość, że gdy tylko poczuję się zmęczony, będę mieć możliwość ułożenia się w wygodnej pozycji, wprost mnie zachwycały. I to za jedynie około 35 zł. A przecież mieliśmy do przejechania 850 km. Ale to nie jedyny plus pociągu.

Kolejnym z nich jest możliwość całkowicie legalnego picia alkoholu, co sprawia, że podróż się nie dłuży, a przy okazji czas mija dużo przyjemniej. Ponadto sami prowadnicy do tego zachęcają i jest nawet możliwość kupienia u nich piwa.

W pociągu natomiast nie można palić. Ale tylko teoretycznie 😉

Już parę minut po wyruszeniu ze Lwowa poszedłem do prowadnika i wywiązała się taka rozmowa:

– Można tu palić? – zapytałem.
– Nie można – odpowiedział.
– W ogóle?
– No jak zapłacicie 5 hrywien możecie zapalić – odpowiedział po chwili zastanowienia.
– Ale tylko raz?
– No dwa, trzy razy…
Po kolejnej chwili zastanowienia stwierdził:
­– Albo jak kupicie kawę za 10 hrywien możecie palić całą drogę.

I tak kupując kawę za równowartość około 2,5 zł, mogliśmy wychodzić na fajkę kiedy chcieliśmy i ile razy chcieliśmy. Trzeba było tylko iść do miejsca gdzie była najlepsza wentylacja, czyli do przejścia między wagonami. No i jeszcze jedna rzecz – w pociągu jest możliwość kupienia kawy lub herbaty, ponieważ każdy wagon zaopatrzony jest w samowar.

Taka małą ciekawostką jest także to, że wagon ogrzewany jest węglem za pomocą małego pieca. Dzięki temu wewnątrz jest ciepło, choć niekiedy zbyt ciepło. W każdym razie biorąc pod uwagę cenę, odległość i warunki jazdy ciężko mi wyobrazić sobie jakiś lepszy środek lokomocji. Ale dobra, wystarczy tych zachwytów.

Nasz pociąg
Palenie zabronione – Taaaa, oczywiście 😉

Już w pociągu zjedliśmy szybko kolację i przystąpiliśmy do dalszego umilania sobie podróży. Próbowaliśmy też grać w grę planszową którą Michał zabrał ze sobą, ale średnio to szło więc porzuciliśmy ten pomysł.

Gdzieś w międzyczasie tak samo z siebie wyszło, że zaczęliśmy poznawać jadących z nami ludzi. I tak wciągnęliśmy w naszą mała imprezę studentkę jadącą do Odessy i młodego nacjonalistę który jechał do miejscowości Rozdil’na i przekonywał nas, że tam właśnie powinniśmy wysiąść, bo jest bliżej do Kiszyniowa. Imion standardowo nie zapamiętałem.

W każdym razie wieczór zakończył się tym, że prowadnik koło północy musiał nas lekko uciszyć, a Paweł został samozwańczym królem wagonu i zasnął na podłodze przytulony do mojej nogi.

A pociąg mknął przez ciemności mijając stacje skryte pod kołdrą śniegu. I trochę ten śnieg za oknem mnie przerażał…

Ciąg dalszy tej historii znajdziesz tutaj!

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *