Wykorzystując ostatni dzień w Ho Chi Minh odwiedziliśmy muzeum, które skłoniło nas do kolejnych refleksji nad wojną w Wietnamie. Wieczorem natomiast mieliśmy wylecieć do Hanoi. Okazało się, że nie jest to takie proste…
Dzień 23
Ho Chi Minh -> Hanoi
Samolot do Hanoi mieliśmy dopiero wieczorem. Spakowaliśmy więc cały dobytek, zostawiliśmy go w hostelu i ruszyliśmy do Muzeum Pozostałości Wojennych (War Remnants Museum). Przed wejściem stały amerykańskie samoloty, śmigłowce, czołgi i cała masa innych machin używanych w czasie wojny w Wietnamie. Dużo większe wrażenie zrobiła na mnie jednak wystawa znajdująca się w budynku. Jedna z ekspozycji pokazywała skutki użycia przez amerykanów herbicydu o nazwie Agent Orange. Używano go w celu pozbawienia roślin liści na terenach wiejskich i leśnych, które służyły za kryjówkę partyzantom oraz do niszczenia upraw. Agent Orange zanieczyszczony był TCDD – groźną dioksyną, która miała toksyczny wpływ na zdrowie ludzi wystawionych na jej działanie. Prowadziło to do licznych schorzeń i deformacji ofiar. Łącznie użyto w Wietnamie ponad 80 milionów litrów tego herbicydu. Zdjęcia ofiar pokazane w muzeum były wyjątkowo drastyczne.
Wstrząśnięci ekspozycją zajrzeliśmy jeszcze tylko do pobliskiego parku Tao Đàn i hinduistycznej świątyni bogini Mariamma.









Mieliśmy jeszcze sporo czasu do lotu, ale stwierdziliśmy, że w mieście mogą być korki, a i na lotnisku może się okazać, że wynikną jakieś niespodziewane problemy. Zjedliśmy więc obiad, odebraliśmy plecaki z hostelu i autobusem dotarliśmy do portu lotniczego.
Nasz lot miał być o 22:15, ale już teraz okazało się, że jest opóźniony, podobnie zresztą jak wszystkie inne. Być może działo się tak przez potężną ulewę, która rozpętała się zaraz po tym jak dotarliśmy na lotnisko. Udało nam się przebudować lot na wcześniejszą godzinę i w rezultacie mieliśmy lecieć do Hanoi o 21:50. Na lotnisku panował ogólny chaos, loty były przesuwane i co chwilę zmieniały się numery bramek do których mieliśmy się zgłaszać. No istny Sajgon. 😉
W rezultacie wylecieliśmy dopiero przed północą, a w terminalu o mało nie doszło do rękoczynów – ludzie byli już tak wkurzeni ciągłymi opóźnieniami i zmianami. Od współpasażerów dowiedzieliśmy się, że samolot którym lecieliśmy planowo miał startować jeszcze przed godziną 20:00.
W Hanoi udało nam się złapać autobus jadący w stronę centrum. Tym razem jednak nie zmierzał on na dworzec Long Bien, więc kiedy zaczął oddalać się od centrum postanowiliśmy wysiąść i dalej na piechotę dotrzeć do hostelu. Gdy stanęliśmy pod wejściem była już niemal 4 rano. Musieliśmy dobijać się do metalowej rolety chroniącej wejście, by ktoś nas wpuścił. Po dłużej chwili otworzył nam zaspany recepcjonista i zaprowadził do pokoju. Wszelkie płatności zostawiliśmy na rano.