Po całodniowym zwiedzaniu Angkoru zrobiliśmy sobie luźniejszy dzień. Odwiedziliśmy dwa salony masażu – oba dość dziwne…
Dzień 14
Siem Reap
Nie mieliśmy żadnych ambitnych planów na ten dzień. Postanowiliśmy wykorzystać go więc na relaks.
Obok hostelu wypatrzyliśmy duże akwarium z rybkami i turystów moczących w nim nogi oraz napis:
„DR. FISH MASSAGE
NEW COUNTRY
NEW EXPERIENCE
$ 2
FOR NO TIME LIMITED”
O co tu chodziło? Rybki podpływały do nóg i zaczynały ssać/skubać skórę usuwając przy tym zbędny naskórek – coś jak peeling. Czuliśmy delikatny strach przed tym eksperymentem, ale postanowiliśmy spróbować. Dziwne to było uczucie. Czy relaksujące – nie wiem, ale na pewno ciekawe i niecodzienne.


Skoro miał być dzień relaksu zdecydowaliśmy się też by pójść na khmerski masaż. Pobliski salon masażu wyglądał trochę jak burdel – ciemne wnętrze rozświetlały różowe światła. Do pomieszczenia na piętrze zabrały nas dwie kobiety – jedna – stara i brzydka, druga – młoda i ładna. Masaż był całkiem przyjemny dopóki nie uświadomiłem sobie, że masuje mnie ta stara baba, nie zaś młoda Kambodżanka. 😛
Kolejne ciekawe doświadczenie zdobyte, choć momentami miałem wrażenie, że masażystka próbuje wyrwać mi palce ze stawów. I wbrew temu co przez chwilę podejrzewaliśmy skończyło się tylko na masażu, a salon był po prostu salonem masażu, a nie burdelem. 🙂
W jednym z biur podróży kupiliśmy jeszcze bilety na następny dzień do Phnom Penh i dalszą część dnia postanowiliśmy spędzić w hotelowym basenie po prostu odpoczywając.
Wieczorem jedynie wybrałem się na kolację z poznaną na basenie amerykanką i nic niezwykłego nie zdarzyło się już tego dnia.

Dzień 15
Siem Reap -> Phnom Penh
Od rana padało, więc poszliśmy jedynie do sklepu na małe zakupy, a następnie w hostelu przeczekaliśmy do południa. Busik odebrał nas spod obiektu, ale oczywiście droga nie mogła być prosta i bezpośrednia. Zanim wyjechaliśmy z Siem Reap kluczyliśmy jeszcze po mieście zgarniając kolejne osoby z przeróżnych miejsc. Po doświadczeniu z przekraczaniem granicy pomiędzy Laosem i Kambodżą teraz już nas to nie stresowało, tylko spokojnie czekaliśmy sobie na dalszy rozwój wydarzeń.
W połowie drogi zatrzymaliśmy się na dłuższa przerwę na jakimś dworcu. Ot taka standardowa przerwa na obiad, skorzystanie z toalety i rozprostowanie kości. Na jednym z przydworcowych straganów zobaczyliśmy smażone koniki polne oraz pająki. Byliśmy cholernie ciekawi jak smakują, a jednocześnie podekscytowani odkrytym dziwnym jedzeniem. Zdecydowaliśmy tym razem jednak odpuścić, bo czekało nas jeszcze trzy godziny jazdy, a nie było wiadomo jak zareagują nasze żołądki na te dziwne przysmaki.


Do Phnom Penh – stolicy Kambodży dotarliśmy już po zmroku. Nasz hostel miał się znajdować niecałe pół godziny marszu od dworca. Tyle, że na miejscu nikt nie wiedział o naszej rezerwacji. Wynikło z tego trochę zamieszania, ale ostatecznie okazało się, że wszystko jest w porządku.
Nocleg mieliśmy w imprezowej dzielnicy pełnej knajp i pubów. Kawałek dalej natomiast znajdował się targ i dzielnica slumsów.
Szybko się ogarnęliśmy i poszliśmy na kolację oraz piwo. Siedzące w barach młode Kambodżanki były ładnie ubrane i umalowane, co było tutaj rzadkością. Witały się z nami krzycząc „Hello” i zapraszając na piwo.
Nie były to jednak zwykłe bary…
Póki co ominęliśmy je i kolację zjedliśmy w normalnej knajpce.
