Po przekroczeniu granicy Laosu z Kambodżą, wieczorem dotarliśmy do Siem Reap. Miasto to jest punktem wypadowym do pobliskiego Angkor i znajduję się poniekąd w jego cieniu. O dziwo jednak można tu znaleźć kilka ciekawych miejsc.
Dzień 11
Strung Treng -> Siem Reap
Szybko ustaliliśmy, że nie tylko my nie mamy paszportów co trochę nas uspokoiło. Plan był taki, że jeśli nadal ich nie dostaniemy, a bus będzie ruszał zaczniemy robić grandę.
Po jakimś czasie jednak pojawił się facet z naszymi paszportami. W środku wbita była kambodżańska wiza – mogliśmy więc ruszać dalej.
Byliśmy przekonani, że busem dotrzemy już prosto do Siem Reap, ale gdy przejechaliśmy raptem 60 kilometrów i znaleźliśmy się w Strung Treng kazano nam się przesiąść do innego busa. Ten z kolei zabrał nas pod jakieś biuro podróży. I znów przesiadka. Tyle, że tym razem musieliśmy poczekać jakieś półtora godziny. W knajpce obok siedziała francuska para, którą spotkaliśmy w busie jadącym do granicy – tak, więc nie tylko my mieliśmy takie przygody.
Wreszcie zostaliśmy skierowani do niewielkiego busa, który zabrał nas dalej w stronę Siem Reap. Długą i dość monotonną drogę umilała umiejętnie dawkowana Żubrówka.


Nad Kambodżą już dawno zapadł zmrok, gdy dotarliśmy do Siem Reap. Okazało się, że w cenie biletu mamy też tuk-tuka, dzięki któremu dostaliśmy się do hostelu. Rezerwację mieliśmy zrobioną w Garden Village Hostel. Nocleg w ogromnym pokoju mieszczącym pewnie około 50 osób kosztował 5 dolarów. Mieliśmy tam tylko spać, więc niespecjalnie nam to przeszkadzało. Rewelacją było jednak to, że hostel miał basen wraz z barem z których można było korzystać do woli. Zameldowaliśmy i poszliśmy do sąsiadującej z obiektem knajpki na kolację. Ceny były nieporównywalnie niższe niż w Laosie. A i wypadało nowy kraj przywitać miejscowym piwem. 🙂

Dzień 12
Siem Reap
Dzień rozpoczęliśmy niezbyt śpiesznie. Podświadomie czuliśmy, że potrzebujemy trochę odpocząć.
W recepcji zostawiliśmy ciuchy do prania. Po niemal dwóch tygodniach było im to potrzebne, bo jednak pranie ubrań w kranie trochę pomaga, ale tylko trochę. A tu za niewielką opłatą nasze ubrania były prane, suszone i składane. Wizja założenia na siebie świeżej i pachnącej koszulki była wyjątkowo kusząca.
Po ogarnięciu się zdecydowaliśmy, że pójdziemy nad rzekę Siem Reap – w okolicę czegoś na kształt centrum miasta.
Najpierw trafiliśmy na ulicę Street 08, zwaną też potocznie Pub Street – miejsca słynącego z najlepszych imprez i życia nocnego w Siem Reap. Tak na dobrą sprawę Pub Street to nie tylko ulica numer 8 (duża część ulic w Siem Reap nie ma nazw lecz po prostu numerki), ale również krzyżujące się z nią inne drogi. Tu też znaleźliśmy uroczy deptak z parasolami zawieszonymi nad nim.

Następnie skierowaliśmy się na Psah Chas – Stary targ. Było tu właściwie wszystko – od suszących się na słońcu ryb, przez dziwaczne pamiątki, aż po ubrania z wizerunkami Angkor Wat. Mocno zaintrygowały mnie słodycze o smaku duriana – najbardziej śmierdzącego owocu świata. Wcale nie były tak okropne, jakby mogło się zdawać.
Na Starym targu kupiłem też kapelusz (ten sam który znajduje się w logo strony), bo gdzieś w Laosie zgubiłem chustę mającą chronić mnie przed słońcem. Po dłuższym targowaniu się stanęło na cenie 5,5 dolara.



(zapach mięsa i ryb w upale jest „niezapomniany”)


Następnie swoje kroki skierowaliśmy do świątyni Wat Preah Prom Rath. Ogromny kompleks buddyskiej świątyni był wyjątkowo barwny i spokojny w porównaniu z gwarnym centrum miasta. Był też trochę dziwny. Rzeźby i malunki przedstawiające religijne sceny przypominały jakiś pokręcony park rozrywki czy wesołe miasteczko. Warto było tu zajrzeć.







Pod świątynią zaczepił mnie jeden z kierowców motorikszy (tutejszego tuk-tuka) i zaproponował podwózkę. Gdy odmówiłem zaczął proponować inne usługi, aż w końcu zapytał:
– Do you want try cambodian woman? Cheap, only 10 dollars for hour…
Lekko mnie to zaskoczyło, ale i tym razem odmówiłem.
Ponownie zajrzeliśmy na Pub Street i nawet znaleźliśmy knajpkę serwującą burgery z mięsem krokodyla, ale ostatecznie zdecydowaliśmy wybrać się na obiad do knajpki obok naszego hostelu.
Obiad był standardowy, czyli jakiś ryż z warzywami i mięsem. Zakochałem się jednak w soku ze smoczego owocu. Akurat smoczy owoc, zwany też pitają miałem okazję jeść już w Polsce i poza niezwykłym wyglądem większego wrażenia na mnie nie zrobił. Tu jednak doceniłem jego sok – delikatny, lekko słodki – idealnie nadawał się do ugaszenia pragnienia w upalny dzień.

Okazało się, że w hostelu możemy wynająć następnego dnia rano rowery, płacąc jedynie dolara i to bez konieczności zostawiania jakichkolwiek dokumentów. A właśnie za pomocą rowerów zamierzaliśmy dostać się do słynnego miasta Angkor.
Drugą część dnia postanowiliśmy spędzić na relaksie – w końcu to wakacje. Basen, drinki i tanie piwo – czego chcieć więcej? 🙂
