Przejdź do treści

Ile razy może zepsuć się laotański bus? – Azja 2016

  • Azja, Laos

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z Phonsavan do Pakxé. Czekało nas 16 godzin jazdy rozpadającym się busem. Nie spodziewaliśmy się w jednak, że jest aż w tak złym stanie…

Dzień 8

Phonsavan -> Pakxé

Wstaliśmy jeszcze przed 5 rano i podreptaliśmy pod biuro podróży, gdzie czekał na nas tuk-tuk, który zabrał nas na dworzec autobusowy. Chyba spodziewaliśmy się, że w ponad 700 kilometrową podróż z Phonsavan do Pakxé zabierze nas autobus, lub przynajmniej coś co autobus będzie przypominać. Rzeczywistość była jednak inna. Kierowca tuk-tuka wskazał nam busik – coś jakby ukraińską marszrutkę. W sumie spoko – przygoda. Tyle, że gdy między siedzenia wpadła mi paczka kabanosów i przed dziurę wylądowała w bagażniku pod siedzeniami zacząłem się zastanawiać na stanem technicznym busika. A mieliśmy w tej machinie spędzić 16 godzin.

Od rana było niesamowicie upalnie, a nasz bus nie posiadał takiego udogodnienia jak klimatyzacja. Przez otwarte okna wpadał jednak przyjemny chłodny wiatr i jakoś dało się znieść początkową część podróży.

Po 3 godzinach zatrzymaliśmy się w wiosce pośrodku dżungli. Coś się zepsuło. Kierowca razem ze swoim pomocnikiem odkręcił koło i zaczął ściągać kolejne elementy. Usterkę postanowili naprawić za pomocą kawałka aluminium z puszki po pepsi znalezionej w przydrożnym rowie. Było to dość partyzanckie rozwiązanie, tym bardziej, że czekało nas jeszcze co najmniej 13 godzin jazdy.

Naprawa koła w wiosce pośrodku dżungli
Wioska pośrodku dźungli

W końcu jednak ruszyliśmy dalej.

Po następnych trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w kolejnej wiosce. Przewidziana została przerwa na obiad. Dworcowa knajpka raczej nie zachęcała do degustacji miejscowych smakołyków. Tuż obok budynku dworca rozłożyli się miejscowi sprzedawcy. Jedna z pań sprzedała jakieś martwe gryzonie i zdechłą małpę wokół których latały roje much. Zdecydowanie odechciało mi się jeść.

W drodze do Pakxé
W drodze do Pakxé
W drodze do Pakxé – Pani sprzedająca zdechłą małpę

Po jakimś czasie asfaltowa droga zmieniła się w szutr, a przez okna zaczęły wpadać chmary pomarańczowego pyłu i bez zasłonięcia twarzy kawałkiem materiału ciężko było oddychać. Busikiem trzęsło niemiłosiernie, ale kierowca wydawał się tym nie przejmować i puścił jakąś laotańską muzykę. Jechaliśmy najważniejszą drogą krajową biegnącą z północy na południe i raczej spodziewaliśmy się, że będzie w nieco lepszym stanie.

W drodze do Pakxé
W drodze do Pakxé
W drodze do Pakxé

Wreszcie dotarliśmy do asfaltowej drogi, ale tym razem pojawił się inny problem. Zagotowała się woda w chłodnicy. Kierowca odkręcił zawór, który znajdował się w środku pojazdu i momentalnie cały busik wypełniła gorąca para. Trzeba było wysiąść i poczekać aż wnętrze się nieco ochłodzi. Pomocnik kierowcy wlał kilka małych 200 mililitrowych butelek wody do zbiornika i mogliśmy ruszyć dalej. Puste butelki natomiast kierowca wyrzucił przez okno wprost na drogę. Laos jest mocno zaśmieconym krajem i kompletnie mnie to nie dziwi jeśli każdy zachowuje się podobnie.

Okazało się, że wody w chłodnicy wystarczyło tylko na jakiś czas. Po mniej więcej pół godzinie sytuacja się powtórzyła – para wypełniła busik, odczekaliśmy chwile na zewnątrz, kierowca wlał wodę do chłodnicy, wyrzucił butelki na drogę i ruszyliśmy dalej. Nie minęła godzina i znów powtórka.

Za piątym razem w końcu kierowca chyba stwierdził, że coś jest nie tak. Okazało się, że w chłodnicy jest dziura.  Nad Laosem powoli zapadał zmrok, a my byliśmy w wiosce pośrodku niczego. Ale skoro da się naprawić koło za pomocą puszki po pepsi, to nie da się załatać dziury w chłodnicy?

Tym razem czekała nas dłuższa przerwa, ale z pomocą miejscowych jakoś udało się chłodnicę naprawić. W międzyczasie nawiązała się też jako taka relacja między nami, a współpasażerami. Przez połowę drogi Laotańczycy częstowali nas różnymi rzeczami, a w zamian ja odwdzięczałem się cukierkami. Tym razem zostałem poczęstowany jakiś warzywem – coś pomiędzy pietruszką i kalarepą. Nie mam pojęcia co to było, ale całkiem nieźle smakowało.

W drodze do Pakxé
W drodze do Pakxé

Koło godziny 21 dotarliśmy wreszcie do jakiegoś miasteczka. Okazało się, że wjeżdżając na dworzec złapaliśmy gumę. Zatem kolejna przymusowa przerwa. Gdy spacerowałem po dworcu by rozprostować nogi zauważyłem tabliczkę z nazwą miejscowości. Byliśmy w Thakhek. 350 kilometrów od Pakxé. W ciągu 14 godzin pokonaliśmy około 400 kilometrów, więc wystarczyła prosta kalkulacja, by stwierdzić, że nie ma najmniejszych szans dotrzeć do celu na 23 – tak jak to było planowane.

Postój w Thahek – Przed nami jeszcze 350 kilometrów

Stwierdziliśmy, że i tak nie mamy na nic wpływu, więc by umilić sobie podróż postanowiliśmy otworzyć butelkę Żubrówki zabraną z Polski. W rezultacie czas płynął nieco szybciej i w końcu łatwiej było zasnąć.

Gdy się obudziłem staliśmy Bóg wie gdzie, otoczeni przez ciemność, a kierowca uparcie uderzał czymś w silnik. Gdy skończył, przez 15 minut jeszcze patrzył na swoje dzieło po czym odpalił busa i ruszyliśmy dalej.

Do Pakxé dotarliśmy o 4 rano. Mieliśmy ledwie 5 godzin spóźnienia. 🙂

Na dworcu złapaliśmy tuk-tuka, który dowiózł nas do centrum. Zlokalizowaliśmy guest house w którym zabukowaliśmy nocleg będąc jeszcze w Phonsavan, obudziliśmy właścicielkę przepraszając za spóźnienie i padliśmy spać jak zabici.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *