Próbując dostać się do tajemniczej wioski węży trafiliśmy do biednej dzielnicy Phúc Tân odgrodzonej od reszty świata murem.
Dzień 3
Hanoi
Od rana padało. I wcale nie zanosiło się na zmianę pogody…
Plan na dzisiejszy dzień zakładał wizytę w słynnej wiosce węży. Zdecydowaliśmy, że na piechotę dostaniemy się na drugi brzeg przepływającej przez Hanoi Rzeki Czerwonej i tam złapiemy autobus jadący w stronę tej reklamowanej przez biura podróży atrakcji.
Okazało się, że najbliższa przeprawa przez rzekę – most Chương Dương dostępny jest jedynie dla pojazdów mechanicznych. Skierowaliśmy się więc w stronę kolejnego – mostu Long Biên.
W rezultacie wylądowaliśmy w dzielnicy pomiędzy główną drogą biegnącą przez miasto, a rzeką, w dzielnicy Phúc Tân. Dzielnicy odgrodzonej od reszty świata murem. Nie było tu w ogóle turystów, a życie wydawało się biec zupełnie innym rytmem. Tuż przy swoich domach-sklepach-knajpkach siedziały kobiety i przygotowywały potrawy na sprzedaż. Było tam wszystko: dziwne jaja, żaby, węgorze, żółwie, kraby i psy. Grillowane psy. O ile pozostałe zwierzęta/potrawy widzieliśmy już wcześniej, o tyle widok smażonych psów był nowością. Podobno zresztą wcale nie tak łatwo znaleźć miejsca gdzie się je przyrządza. Nie ukrywam, że w jakiś sposób ciekawiło nas jak smakuje mięso psa, ale to nie był temat na dzisiejszy dzień. Dzielnica początkowo wydawała mi się straszna, ale po jakimś czasie nieco oswoiłem się z niecodziennymi widokami i zapachami. Nie ukrywam – pomogło piwo. 😉





Na drugim moście również dozwolony był jedynie ruch pojazdów mechanicznych, więc zrezygnowani zdecydowaliśmy cofnąć się na dworzec autobusowy i komunikacją miejską pokonać rzekę.
Autobus dowiózł nas na kolejny dworzec, gdzieś po wschodniej stronie Rzeki Czerwonej. Stąd czekała nas godzina marszu w stronę Le Mat – wioski węży, a rzeczywistości jednej z dzielnic Hanoi.

W końcu dotarliśmy na miejsce i mocno się zdziwiliśmy. Niczym to miejsce nie różniło się od innych. Dopiero wejście do kilku lokali i szczegółowe dopytanie o te węże utwierdziło nas w przekonaniu, że dobrze trafiliśmy. Nikt rzecz jasna nie mówił tu po angielsku, więc komunikacja polegała na gestykulacji i wydawaniu z siebie dźwięku „ssssssssss”. Jakiś Wietnamczyk zaprowadził nas na zaplecze knajpki i pokazał trzymane w klatkach kobry.
O co więc chodzi z tą wioską węży? To dzielnica słynąca z knajpek serwujących dania z węży. Rzekomo z każdego gada robi się siedem potraw, a specjalnością jest wódka z domieszką krwi węża i jego sercem w kieliszku.
Szczerze mówiąc po tym żółwiu nie miałem ochoty na kolejną porcję surowego lub gotowanego mięsa i po krótkiej prezentacji wycofaliśmy się z lokalu. Wioska zresztą wyglądała na wymarłą, ale podobno ruch zaczyna się tu wieczorem.
Siedliśmy sobie w jakiejś knajpce i zamówiliśmy colę. Byłem jednak ciekawy ile kosztuje taka wężowa przyjemność. Gestykulacja nie bardzo spotkała się ze zrozumieniem, więc narysowałem węża na karteczce, dopisując symbol VND i pytajnik. Właściciel lokalu napisał cenę, a gdy chciałem podziękować za odpowiedź i wrócić do stolika, zabrał karteczkę, skreślił początkową cenę i wpisał dwa razy niższą. Stanęło na 600 000 dongów, czyli jakichś 110 złotych, a cena dotyczyła jakiegoś bardziej pospolitego węża niż kobra.
Po wypiciu coli postanowiliśmy wracać do centrum. Udało nam się nawet złapać autobus, który dowiózł nas do wielkiego bazaru.


Obiad zjedliśmy w knajpce koło hostelu. Zamówiłem ryż z owocami morza i sok z guavy (pol. gujawa) z cząstką tego owocu. Tak więc kolejny tropikalny owoc spróbowany.

Po obiedzie poszliśmy do hostelu, by na chwilę się położyć, bo obaj nie czuliśmy się za dobrze. Tego dnia nie ruszyliśmy się już z pokoju.