Odrobina historii. Niezbyt istotnej, ale na pewno ciekawej. Może nie do końca związane to z podróżami, dotyczące jednak mojego ukochanego miasta i z pewnością warte opublikowania.

Był rok 1883. W liczącym niewiele ponad 11 tysięcy mieszkańców Rzeszowie obok niewątpliwie ważnych dla miasta wydarzeń jakimi była budowa koszar, odnowienie kościoła farnego czy spór o budowę kolei łączącej Rzeszów z Nabrzeziem miały miejsce wydarzenia o których mówiono krótko i zapewne jeszcze szybciej zapomniano. Nie miały one też żadnego znaczenia dla miasta, jednakże dość dobrze ukazywały sposób bycia, mentalność i charakter ludzi żyjących w tamtych bądź co bądź barwnych czasach. Poniżej przedstawiam wybranych kilka krótkich notek jakie pojawiły się na łamach rzeszowskich gazet:
„… Od kilku dni krąży po naszem mieście zatrważająca wieść, że przy ulicy rzeźnickiej – „coś straszy” w domu pod l. 98. Opowiadają sobie, że z murów tej kamienicy wydobywają się okropne jęki, które szczególnie w nocy, każdego przejmują strachem i zgrozą. Sławny jakiś kabalista, którego światłej rady zasięgnięto w tej „strasznej sprawie” oświadczył, że jęki te pochodzą od złego ducha lub też od przeklętej duszy i radził, by zrobić dziurę w murze i wywabić „złe” modlitwami. Dodał jednak, że byłoby pożądaniem, aby ludzie dobrej wiary pilnowali ze siekierami w rękach tej dziury, a to w intencyi, by mogli w danym razie „złemu” odciąć głowę…”
Tydzień później ukazało się dokończenie intrygującej historii:
„… Strach, który miał w murach domu pod l. 98 jęczyć, znikł nareszcie i przerażeni mieszkańcy tej kamienicy oddychają swobodniej. Po ściesłem zbadaniu stanu rzeczy, przekonano się bowiem, że tym strachem były – skrzypiące drzwi w piwnicy, a gdy je dobrze tłuszczem napuszczono, znikło „złe” i nie ma już potrzeby odcinać mu głowy…”
Dużo częściej jednak miały miejsca zdarzenia o zupełnie innym charakterze:
– „…W nocy dnia 15. na 16. b. m. zapukał ktoś do drzwi mieszkania szklarza tutejszego Chaima Winda przy ulicy Różanej. Otworzywszy drzwi, ujrzał Chaim przed sobą młodzieńca, którego fizys zdradzała najwymowniej, że musiał należeć do kasty opojów i rzezimieszków, gdyby zaraz na wstępie nie upewnił najsolenniej Chaima, że zajmuje stanowisko ogrodnika w Zaczerniu. Wezwał go nadto by zaraz jechał z nim do dworu. Gdzie czeka nań bardzo pilna robota, za którą dostanie 60 złr. – „Niezły zarobek jak na ciężkie czasy” – pomyślał sobie nasz Chaim, lecz zreflektował się, że nic nie straci jeżeli dopiero rano pojedzie. Zaprosił tedy tak pożądanego gościa swego na kolacyjkę – przyjął go „czem chata bogata” i odstąpił mu na noc swego łoża, by przespał się wygodnie. Gdy rano wstali, szanowny gość, że musi jeszcze załatwić w mieście niektóre sprawuneczki, a wziąwszy od Chaima kilka złr. tytułem pożyczki, odszedł do miasta. Po chwili wrócił, donosząc z ubolewaniem, że furman nie czekając nań odjechał do dom. Nie pozostawało Chaimowi nic innego, jak wziąć sobie fiakra – i tak też uczynił. Wkrótce nadjechał fiakier, a Wind umieściwszy na nim w nim w pakach szkło, pojechał naprzód ku rogatce ruskowiejskiej, gdzie miał oczekiwać swego towarzysza, który pod pozorem załatwienia sprawunków jeszcze w mieście pozostał. Ten tymczasem udaje się wprost do mieszkania szklarza i w imieniu tegoż nalega na żonę jego, by jak najspieszniej wydała kilka najlepszych dyamentów (do rznięcia szkła), gdyż Chaim na nie czeka. Małżonka Chaima wydała najlepszy dyament i nieznajomy oszust… zniknął bez śladu. Chaima zaś wyprowadził w pole – bo aż za rogatkę! Śmiało teraz mówić możemy: „Wyszedł jak Wind na szkle”, gdyż nie tylko, że przyjął oszusta kolacyjką, przenocował, pożyczył pieniędzy, zapłacił fiakra, ale sam wyjechał za miasto, by ułatwić mu jeszcze i tak dość zręczną operacyę!…”
– „… Onegdaj wieczorem na placu przy kościele farnym odbyła się zabawna scena. Od pompy z napełnionemi wodą konewkami wracała zgrabna kuchareczka, a spotkawszy „swego” przystanęła i pozostawiwszy konewki w poblizkości weszła z lubym do otwartej jeszcze bramy obok lokalu naszej Redakcyi…. Zapewne chciała pomówić z nim o interesach…. Widział to z daleka jakiś surdutowiec i zapragnął skorzystać z okazyi zaopatrzenia łatwym sposobem gospodarstwa swego w dwie konewki więcej. Przylecieć z drugiej strony ulicy, wylać wodę i konewkami dać „dęba” było dziełem, żeby nie przesadzić, 20 sekund. Kilka osób spostrzegłszy kradzież puściło się w pogoń, ale amator konewek widocznie brał lekcye u szybkobiega, bo z łupem zdołał ulotnić się w okamgnieniu. Nie podobna opisać rozpaczy nadobnej kuchareczki, nie pomogły tu pocieszenia i perswazye „lubego”, a cały dramat zakończył się tem, że „najdroższa” nawymyślała „najdroższemu”, że on jest przyczyną złego… bo gdyby nie on, to ona nie wstępowałaby do bramy. Racya jest… tylko za fizykę nie zaręczamy…”
– „…W nocy z 19. na 20. b. m. gdy na służbie policyjnej będący kapral Pol. Reicher wszedł do kawiarni Klappholza na Nowem Mieście, dla wykonania swych obowiązków służbowych, został kijem w plecy uderzonym, tak silnie, że ma znak na ciele. – Przy tej sposobności dostało się także muzykantom bez najmniejszego powodu…”
Co tydzień przeczytać można było także kroniki policyjne. Dla przykładu podaję jedną z takich notatek:
„… Policya miejska przyaresztowała od dnia 20. do 27. b. m. za włóczęgostwo i brak przytułku oraz utrzymania 9 osób, za pijaństwo 4 osóby, za awantury uliczne 2, za szybką i nieostrożna jazdę , oraz obalenie latarni miejskiej jedną osobę, za kradzież wędlin na jarmarku 4 osoby. – Dnia 27. b. m. skonfiskowała policya miejska na targu Benzienowi Paloge, handlarzowi 50 sztuk cuchnących ryb, które Paloge wyniósł do sprzedania…”
Nie były to zresztą jedyne występki rzeszowian, bo zdarzały się też aresztowania:
„… za żebranie, za obrazę warty, za oszustwa (wyłudzenie pół kilograma kawy lub chustki z ziołami wartości 80 ct.), za wykupno jaj i masła, za zanieczyszczanie chodników ulicznych, za pozostawienie koni bez dozoru, za złośliwe uszkodzenie cudzej własności lub za nieostrożne obchodzenie się z ogniem…”
Przypadki takie zdarzały się dość często, ale ich szkodliwość społeczna była znikoma. Dużo dobrego można było natomiast powiedzieć o c.k. policji która za owe przestępstwa zatrzymywała i przykładnie karała. Dzięki temu jednak w mieście panował porządek. Nierzadko także miały miejsce historie takie jak te poniżej:
– „… H. syn starozakonnego z Ruskiej wsi, miał od dłuższego już czasu stosunek miłosny z córką izraelity z Rzeszowa. Rodzice panny na ślub ich zezwolić nie chcieli, dlatego też młodzi uciekli podczas świąt „kuczek” do Dębicy, aby tamże wziąć ślub. – Dopędzono ich jednak jeszcze nie zaślubionych – a panna młoda przyrzekła ojcu, że zapomni o oblubieńcu. Zaręczono ją tedy z jakimś innym młodzieńcem, a ślub miał odbyć się już tymi czasy. Nieborak H. zaś wyśmiewano z powodu jego niefortunnej wycieczki do Dębicy, tak, że ten wielce podrażniony, założył się niejakim R. o 10 złr. przeciw jednemu, że swoja oblubienicę jeszcze dzisiaj zaślubi. – Było to dnia 28. lutego b. r. około 9. godziny wieczorem. H. pobiegł do miasta, kupił pierścionek, zaprosił dwu świadków, wywabił swoją pannę młodą z domu, powiedział jej, że wszystko do ślubu przygotowane, poczem taż ostatnia poszła do domu rodziców ukochanego. Tu zapytała go raz jeszcze: czy ją kocha, a gdy otrzymała potwierdzającą odpowiedź, sama podała rękę, na której palec włożył H. pierścionek, mówiąc według przepisu rytualnego: „Niechaj będzie ta ręka poświęconą dla mnie tym pierścieniem zwyczajem żydowskim.” Taj po ślubie! – Państwo młodzi zaraz w nocy odjechali do Dębicy, gdzie ponoć do tego czasu pozostają. – tym sposobem wygrał H. guldena, który stanowi posag dotychczasowy jego żony…”
– „… Romeo z ulicy Sandomierskiej wyszukał sobie nadobną „Julię” w pewnej żydowskiej rodzinie, a chociaż różnica wiary związkowi ich nie stała na przeszkodzie, to jednak ojciec „Julii” odmówił swego błogosławieństwa z powodu, że p. Romeo zwykł był zajadać „trefne” rzeczy, a mało troszczył się o „koszerne”. Ponieważ jednak szlachetny Romeo nie chciał zrzec się „trefnego”, a pragnął usilnie „koszernej Julii” – skorzystał z ciemnej nocy – o którą u nas nie trudno – i znikł ze swoją najukochańszą. Policya tutejsza twierdzi stanowczo, że oboje znajdują się – „niewiedzieć gdzie”. W tym samym położeniu jest policya pewnej okolicznej wioski, gdzie również znikła młoda córka młynarza z młodym młynarczykiem, zdaje się aby na własną rękę założyć młyn…”
O wyjątkowości tamtego okresu przekonywać już chyba nie muszę, czytelnika zaś pozostawiam z własnymi przemyśleniami na temat dawnego Rzeszowa i klimatu małego miasteczka który przeminął bezpowrotnie…
W niniejszych notatkach zachowana została oryginalna pisownia.
Wykorzystane artykuły zostały zamieszczone w wymienionych czasopismach:
– Kuryer Rzeszowski nr 4 z dnia 24.02.1883
– Kuryer Rzeszowski nr 8 z dnia 21.04.1883
– Przegląd Rzeszowski nr 5 z dnia 03.03.1883
– Przegląd Rzeszowski nr 6 z dnia 17.03.1883
– Przegląd Rzeszowski nr 8 z dnia 14.04.1883
– Przegląd Rzeszowski nr 9 z dnia 28.04.1883