Nieudana próba wyjechania z miasta, dziwaczne muzeum i majestatyczna brama stolicy Mołdawii – Kiszyniowa.
Dzień 4
Kiszyniów
Brak organizacji i ustalonego planu sprawił, że z hostelu wyszliśmy dopiero koło 10. Musieliśmy sprawdzić połączenia do Tiraspola na następny dzień, a przy okazji powstał pomysł by odwiedzić pobliskie winnice, dotrzeć do zabytkowych klasztorów lub zobaczyć twierdzę w Sorokach. Podreptaliśmy więc na dworzec centralny.

Okolice dworca centralnego to jeden wielki bazar, tyle, że w wersji hard. Ale miało to też swoje plusy, bo udało nam się znaleźć kantor, gdzie można było wymienić złotówki. Bardzo mnie to ucieszyło, bo dzięki temu nie musiałem już liczyć każdej lei i zastanawiać się czy wystarczy mi na powrót.
Na dworcu dowiedzieliśmy się, że najwcześniejsza marszrutka do Tiraspola odjeżdża o 6:30. Natomiast, żeby dotrzeć do którejkolwiek miejscowości na północ od Kiszyniowa musimy iść na dworzec północny. No i poszliśmy na ten dworzec północny. A co było po drodze?
Kolejne perełki architektury socrealistycznej!
Zarówno wzdłuż głównej ulicy, jak i wszędzie wokół, aż po horyzont ciągnęły się paskudne szare bloki. Do tego szare zachmurzone niebo i wysokie, dymiące kominy sprawiały, że ta część miasta wyglądała wyjątkowo ponuro, depresyjnie i odpychająco. Maciek natomiast czuł się wtedy chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo właśnie dla takich krajobrazów chciał jechać do Mołdawii.
Echo głębokiej komuny wciąż jeszcze brzmiało w Kiszyniowie dość głośno. Oprócz szarych blokowisk co chwilę spotykaliśmy plakaty ozdobione sierpem i młotem, zachęcające do głosowania na komunistów.



Poprzedniego dnia Nika opowiadała nam, że po upadku Związku Radzieckiego komuniści rządzili tu przez kilkanaście lat – aż do 2009 roku. Wtedy to, gdy okazało się, że partia komunistyczna wygrała wybory po raz kolejny z rzędu rozpoczęły się zamieszki i zapłonęły ulice. Wyniki wyborów trzeba było więc zmienić.
Na dworcu północnym dowiedzieliśmy się, że dostać się do winnic lub klasztorów nie ma szans, natomiast do Soroków busy jeżdżą dość często, ale nawet gdybyśmy wyjechali już teraz, to na miejscu mielibyśmy godzinę, może dwie czasu i musielibyśmy wracać. Rozpoczęła się więc długa dyskusja odnośnie tego co robimy i ostatecznie zdecydowaliśmy się zostać w Kiszyniowie i poplątać się trochę po mieście.
W jednej z dworcowych budek Maciek kupił coś jakby roladę z ciasta francuskiego z ziemniakami, a ja postanowiłem kupić to samo, tyle, że z gotowaną marchewką. No dobra, tak naprawdę gdy wybierałem tą roladę, nie miałem pojęcia, że w środku jest marchewka. Ale smakowało całkiem nieźle. Tak w ogóle to zauważyłem, że w Mołdawii bardzo popularne są różnego rodzaju ciasta z ziemniakami lub bryndzą. A ta bryndza posmakowała mi w szczególności.

W końcu wspólnie ustaliliśmy, że najpierw pójdziemy do muzeum etnograficzno-przyrodniczego, a potem będziemy decydować co dalej.
Gdy jestem w jakimś mieście to raczej unikam muzeów, bo często bilety są drogie (szczególnie na zachodzie), tracę sporo czasu i sił, a wystawy wydają się średnio interesujące. Tym razem jednak miałem ochotę pójść do muzeum, bo ciekawiło mnie, co może zaoferować tego typu placówka w tym betonowym mieście.
Spod dworca północnego złapaliśmy marszrutkę w stronę centrum, co wcale nie było łatwe, bo ludzie wręcz rzucali się na nadjeżdżające busiki i trzeba było się trochę poprzepychać.
Gdy znaleźliśmy się na bulwarze Stefana Wielkiego, było już południe, a po śniadaniu w brzuchu nie pozostało nawet wspomnienie. Dość przypadkowo trafiliśmy na lokal, bliski temu, czego Maciek szukał od naszego przyjazdu do Kiszyniowa. Czyli jakiejś lokalnej mordowni.
Co prawda nasza knajpka o jakże ujmującej nazwie – Expres Bravo Cafenea Bar, taką mordownia do końca nie była – bardziej przypominała bar mleczny, ale zdecydowanie był to lokal dla miejscowych – czyli skromnie, tanio i swojsko. Drewniane krzesła, kamienne stoły i sztuczne kwiatki dodawały temu miejscu dodatkowo klimatu.
Miłosz, Michał i Paweł postanowili zjeść coś w Mcdonaldzie, więc zostawili mnie i Maćka na miejscu, a sami poszli kawałek dalej do lokalu z literą M. Adam natomiast – o czym nie wspomniałem wcześniej postanowił jeszcze rano zostać w hostelu, gdyż bardziej cenił sobie możliwość wyspania się, niż piękno mołdawskiej stolicy.
Do jedzenia zamówiliśmy sobie suszone kalmary i coś na kształt drożdżówek, tyle, że z ziemniakami i bryndzą. Do picia natomiast postanowiliśmy wziąć coś na rozgrzewkę, bo poranek był dość chłodny. I tu mała niespodzianka, bo najmniejsza ilość wódki jaką można zamówić jednorazowo wynosiła 100 ml. Ale to przecież nic strasznego dla nas. Pijąc małymi łyczkami i zagryzając to drożdżówkami pomału wczuwaliśmy się w klimat tego miejsca. I spodobało nam się na tyle, że obaj złapaliśmy ochotę na jakieś małe piwko.
Poprosiłem panią stojącą za ladą o piwo, starając się możliwie najlepiej naśladować rosyjski i już za moment wylądowały przed nami dwa kufle lanego Chişinău. I było ono całkiem niezłe, co nieco nas zaskoczyło. Całkiem możliwe, że piwo z beczki zwyczajnie smakuje tu lepiej, ale druga hipoteza – ta chyba bardziej realna zakłada, że aby mołdawskie piwo dobrze smakowało trzeba kubeczki smakowe nieco otumanić wodą ognistą.

foto: Maciek Klimkowicz

Expres Bravo Cafenea Bar – To w szklankach to wcale nie jest woda 😉
W tej małej knajpce siedziało nam się na tyle dobrze, że zapomnieliśmy o reszcie, która zniecierpliwiona czekała na nas w Mcdonaldzie. Ostatecznie sami do nas przyszli i wszyscy razem ruszyliśmy w stronę muzeum.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze pod budynkiem muzeum historycznego, gdzie znajduje się rzeźba wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa. Postawiono ją na pamiątkę tego, że w zamierzchłych czasach terytoria cesarstwa rzymskiego sięgały aż po Mołdawię.

Zanim znaleźliśmy się pod muzeum etnograficznym trafiliśmy jeszcze na pałac republiki. W sumie nic ciekawego, ale zainteresował nas stojący obok niego namiot. Przechodzący obok starszy pan zatrzymał się i wytłumaczył nam, że w tym namiocie mieszka weteran konfliktu w Naddniestrzu protestujący przeciwko niesprawiedliwemu traktowaniu byłych żołnierzy przez rząd. W krótkiej rozmowie wyszło, że ów starszy pan był kiedyś śpiewakiem operowym i postanowił nam zaprezentować swoje umiejętności na środku ulicy.

Budynek muzeum przyrodniczo-etnograficznego natomiast okazał się bardzo ładny i trochę przypominał meczet, tyle, że taki trochę kwadratowy. Rzekomo został on podarowany Mołdawii przez Turków – stąd jego wygląd.
W muzeum zachowaliśmy się jak polaki-cebulaki i zrobiliśmy małe oszukaństwo. Pani w kasie powiedzieliśmy, że jesteśmy studentami, a na potwierdzenie tego pokazaliśmy kartę z ubezpieczeniem. Nasza mała ściema przeszła i dzięki temu zapłaciliśmy za wejście do muzeum o połowę taniej.
Nie ma powodu do dumy, bo oszukiwanie ludzi jest złe, ale gdyby nie to, że mieliśmy tańsze bilety, pewnie nie weszlibyśmy do muzeum.
A muzeum warto było odwiedzić – wystawy były naprawdę bogate i ciekawe i nie przeszkadzało nam nawet to, że praktycznie nic nie rozumiemy z tego co napisane jest na tabliczkach. W jednej z sal trafiliśmy na szkielet jakiegoś dużego zwierzęcia – jak się okazało największej chluby tutejszego muzeum. Pilnująca go pani sama odezwała się do nas i mówiąc idealnym wręcz angielskim zaczęła opowiadać czym to stworzenie było, skąd się tu wzięło i jak je znaleziono. Pomijając już sam szkielet, pilnująca go pani sama w sobie była ewenementem.
Powiedziała nam, że gdyby ktoś dowiedział się, że ona nam tu opowiada (a snuła swą opowieść dobre 10 minut) wyleciałaby z pracy. Do tego charakter miała zdecydowanie autorytarny i nie miała żadnych oporów by zjebać jakieś dzieciaki, że robią zdjęcia, a nie wykupiły takiej opcji w kasie. Coś jak taka sroga nauczycielka ze starych filmów.
Gdy zapytałem ją skąd tak dobrze zna angielski, tylko wzruszyła ramionami, nawet się do mnie nie odwracając. Stwierdziła też, że kolejnym językiem jakiego się nauczy będzie chiński. A i nie wspomniałem, że miała tak mniej więcej z 70 lat.
Na koniec jeszcze poprosiliśmy by zrobiła nam zdjęcie z tym szkieletem, będącym chlubą muzeum:
– Może nam pani zrobić zdjęcie z tym słoniem? – zapytał Paweł
– To nie jest słoń – odpowiedziała lekko naburmuszona.
– Z mamutem? – spytałem z kolei ja.
– To nie jest mamut.
– No z tym dinozaurem? – wypalił Miłosz.
– To nie jest dinozaur, to jest Deinotherium.
A ten Deinotherium to ssak z rodziny trąbowców – czyli coś jakby daleki krewny słonia, żyjący parę milionów lat temu i osiągający nawet 5 metrów wysokości. Ten w Kiszyniowie był więc dużo mniejszym okazem, ale i tak zdecydowanie warto go było zobaczyć. A pani zrobiła nam w końcu zdjęcia i jeszcze chwilę z nami porozmawiała.
W muzeum trafiliśmy też na ekspozycję poświęconą (tak przynajmniej nam się wydawało) zmianom jakie powstały w wyniku dotarcia nad Mołdawię radioaktywnej chmury po wybuchu w Czarnobylu. Za szybą stały wypchane dwugłowe owce i cielęta. I tak się zastanawialiśmy czy one są prawdziwe, czy to tylko sztuczne modele. Dziwny to był fragment ekspozycji.


foto: Paweł Fryń

foto: Paweł Fryń
Gdy opuściliśmy muzeum, zdania odnośnie tego co robimy dalej były dość podzielone, więc postanowiliśmy się podzielić na dwie grupki. Miłosz, Michał i Paweł postanowili zobaczyć muzeum historyczne, a Maciek i ja chcieliśmy zobaczyć Bramę Kiszyniowa. Kawałek poszliśmy w tym samym kierunku i rozdzieliliśmy się pod budynkiem muzeum, które mijaliśmy już wcześniej.
Wraz z Maćkiem dotarliśmy do Bulwaru Stefana Wielkiego i tam złapaliśmy trolejbus jadący na obrzeża miasta. Przemierzając szare ulice i blokowiska stolicy Mołdawii dojechaliśmy na ostatni przystanek – tuż pod samą Bramę.
A ta brama to nie jest do końca to co sobie pewnie w tej chwili wyobrażacie. Brama Kiszyniowa to dwa ogromne – 24-piętrowe bloki położone po przeciwnych stronach drogi łączącej lotnisko z centrum miasta. I gdy wjeżdża się właśnie od strony lotniska, te bloki wyglądają jak takie gigantyczne wrota. Są one na tyle charakterystyczne, że stały się jednym z symboli Kiszyniowa.
Przyznam, że widok robił wrażenie. Pokręciliśmy się trochę po okolicy próbując znaleźć jak najlepsze miejsce do zrobienia zdjęcia i gdy pomału kierowaliśmy się w stronę przystanku wpadłem na pomysł:
– Maciek, spróbujemy dostać się na górę.

Wszystkie klatki były pozamykane, ale przy czwartej zapytałem jakiegoś gościa, czy możemy wejść razem z nim, bo chcielibyśmy zrobić parę zdjęć. Nic nie odpowiedział, być może mnie nie zrozumiał albo nie usłyszał, ale też nie trzasnął mi drzwiami przed nosem.
Byliśmy więc w środku!
Trzęsącą się i w zasadzie mogącą w każdej chwili się urwać (przynajmniej w naszej wyobraźni) windą wjechaliśmy na ostatnie możliwe – 23 piętro. Okazało się, że znajduje się tam coś jakby niezabudowany taras – idealnie. Wyżej już wejść się nie dało, bo dostępu do ostatniego – 24 piętra broniła metalowa krata, ale i stąd widok był niesamowity. Wszędzie jak okiem sięgnąć rozciągało się ogromne morze betonowych budynków, które na horyzoncie zlewały się z brzydkim szarym niebem. Do tego pomału zapał zmrok i wszystko to tworzyło niezwykle przygnębiające wrażenie.


Zanim wsiedliśmy w trolejbus jadący z powrotem do centrum zahaczyliśmy jeszcze o stadion miejscowego klubu Zimbru, na którym akurat odbywał się mecz oraz do pobliskiego supermarketu. Już jutro mieliśmy opuścić Mołdawię, więc kupiliśmy trochę mołdawskich pamiątek – w szkle rzecz jasna, jakieś jedzenie na kolacje, oraz po krótkiej konsultacji – wino na wieczór. Bo w końcu być w kraju który słynie z winnic i wina nie spróbować to grzech śmiertelny.

Co prawda wcześniej umówiliśmy się z resztą ekipy w pizzerii w centrum, ale byliśmy już trochę zmęczeni, a na dodatek nasz trolejbus przejeżdżał praktycznie pod hostelem, więc zdecydowaliśmy się wracać do bazy. Chłopaki na szczęście nie mieli nic przeciwko temu i dołączyli do nas później.
W hostelu szybki prysznic, kolacja i mogliśmy rozpocząć chillout. Adam dołączył do mnie oraz Maćka i w trójkę rozpoczęliśmy degustację mołdawskiego wina. Otworzyliśmy najpierw połwytrawny Chardonnay, ale nie był zbyt dobry. Zdecydowanie lepiej smakowało drugie wino – półsłodki Muscat z pobliskiej winnicy Cricova – jednej z najbardziej znanych w Mołdawii.
Gdy siedzieliśmy wygodnie w fotelach, wolno sącząc wino, za oknem zaczął sypać śnieg. Czułem się niesamowicie szczęśliwy, że nie muszę wychodzić z przytulnego hostelu w taką pogodę i krążyć gdzieś po tym szarym i ponurym mieście.
Spać poszliśmy jeszcze przed północą, bo każdy był już dość zmęczony tym ciągłym niedosypianiem, a ponadto następnego dnia musieliśmy wstać dość wcześnie by zdążyć na pierwszy busik do Tiraspola – stolicy kraju, którego oficjalnie nie ma…