Po dwóch dniach spędzonych w drodze dotarliśmy wreszcie do Kiszyniowa i mogliśmy się przekonać jak wygląda stolica najbiedniejszego kraju w Europie – Mołdawii.
Dzień 3
Kiszyniów
Wstawanie i ogarnięcie się szło nam wyjątkowo opornie. Zanim wszyscy byli gotowi do wymarszu zdążyłem jeszcze wyskoczyć razem z Adamem po fajki. Okazało się, że najbliższe sklepy są pozamykane, ale w końcu trafiliśmy na duży supermarket o dość wyszukanej nazwie – „Nr. 1”.
Zarówno ceny produktów na półkach, jak i samochody zaparkowane przed wejściem wskazywały na to, że jest to sklep jedynie dla bogatszej części społeczeństwa. Ale papierosy mieli. Tak nawiasem mówiąc to w tym sklepie asortyment był dużo bogatszy niż w większości sklepów w Polsce. Ot takie kolejne, małe zaskoczenie.
Zbliżało się już południe, gdy w końcu wypełzliśmy na podbój stolicy Mołdawii.
I zgadnijcie gdzie najpierw poszliśmy?
No dobra, to nie była trudna zagadka.
Knajpka nazywała się Beer Time i znaleźliśmy ją dzięki mapce zabranej z hostelu. Aby jednak do niej dotrzeć musieliśmy przejść około półtora kilometra pieszo. W tej części Kiszyniowa ulice tworzyły taką jakby szachownicę biegnąc równolegle do siebie i przecinając się pod kątem prostym. Wzdłuż większości z nich stały niskie, kolorowe domy, podobne do tych które widziałem pół roku wcześniej w rumuńskiej Oradei. Z trafieniem do Beer Time nie mieliśmy w każdym razie żadnego problemu.

Nie była to raczej lokalna knajpka, lecz pub zrobiony z myślą o turystach, którego wnętrze urozmaicała masa średnio do siebie pasujących pierdół.
Zapewne miały maskować surowość szarych ścian i metalowych rur, ale niezbyt to wychodziło. Z wyglądem lokalu kontrastował nieco fakt, że każdy stolik obsługiwany był przez kelnera. No i ceny nie były najniższe. Ale najważniejsze, że było piwo.
Na pierwszy ogień poszedł mołdawski Götter blonda. Słowo „blonda” oznaczało, że był to po prostu jasny lager. Dupy to piwo nie urywało (zresztą żadne mołdawskie piwo nie było jakieś rewelacyjne), ale dało się je wypić. I zapewne dlatego nie skończyło się na jednym. Do piwa zamówiliśmy koszyczek smażonych chlebków z czosnkiem oraz tacę przekąsek w skład której wchodziły m.in. krążki cebuli w cieście i jakieś owoce morza. Oddechy więc musieliśmy mieć zabójcze.
Trochę nam czasu uciekło w Beer Time i gdy ruszyliśmy w stronę centrum była już 14:30. Chwilę później znaleźliśmy się na głównej ulicy Kiszyniowa – Bulwarze Stefana Wielkiego.
Stefan Wielki jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym bohaterem Mołdawii. Przez długi czas bronił niezależności kraju, przyczyniając się także do jego umocnienia w Europie. Ponadto dzięki temu, że (według tradycji) ufundował 36 cerkwi i monastyrów oraz walczył przeciwko wyznającym islam Turkom uznany został świętym. O tym, że jest ważny dla Mołdawii świadczy choćby to, że jego podobizna zdobi każdy z banknotów. Nawet mimo tego, że te banknoty to tak trochę przypominają pieniążki z Eurobiznesu.


Pomału kierując się w stronę łuku triumfalnego wyznaczającego niejako centrum miasta mieliśmy okazję zobaczyć ministerstwo spraw wewnętrznych, narodowy teatr dramatyczny, halę organową oraz ratusz. I tu kolejne zaskoczenie, bo budynki te nie były szare i betonowe, jak to sobie wyobrażaliśmy, lecz wyglądały całkiem nieźle.




Za to już następny budynek jaki minęliśmy – będący siedzibą rządu to kwintesencją budownictwa socrealistycznego. Czyli ogromna, szara, betonowa bryła.
Naprzeciw budynku rządu znajduje się łuk triumfalny – jeden z ważniejszych zabytków Kiszyniowa, oraz park katedralny wraz z pochodzącą z pierwszej połowy XIX wieku Cerkwią Narodzenia Pańskiego (Catedrala Mitropolitană din Chișinău) – główną świątynią prawosławną w Mołdawii. I tak szczerze? Te jedne z najważniejszych atrakcji stolicy kompletnie mnie nie zachwyciły. Ponadto górujące w tle betonowe bloki sprawiały, że nawet mimo słońca Kiszyniów wyglądał dość ponuro. Choć może to też wina pory roku, bo późna jesień raczej nie słynie ze swego piękna.





foto: Paweł Fryń
Przeciętny wygląd cerkwi z zewnątrz rekompensowało bogate i naprawdę ładne wnętrze. Warto więc było wejść do środka.
Cerkiew odwiedzało zresztą sporo osób, m.in. młoda para, która przyjechała ogromną biała limuzyną po to tylko by zrobić sobie we wnętrzu parę zdjęć.
Spacerując wzdłuż bulwaru trafiliśmy na pomnik Stefana Wielkiego oraz na trzy ogromne budynki wyróżniające się w otoczeniu. Były to budynki: parlamentu, ministerstwa rolnictwa oraz pałac prezydencki. Zachwyciły nas te budowle. A Maciek znalazł dokładnie to, czego szukał w Kiszyniowe. Zahaczyliśmy jeszcze o Cerkiew Przemienienia (Biserica „Schimbarea la fatza”) – chyba jedną z najładniejszych świątyń jakie widziałem w stolicy Mołdawii i ruszyliśmy z powrotem w kierunku łuku triumfalnego.






Zobaczyliśmy już niemal wszystkie atrakcje Kiszyniowa zaznaczone na mapce, więc nic nie stało na przeszkodzie by pójść na obiad. Szukaliśmy jakiegoś lokalnego i ciekawego miejsca, ale ostatecznie wylądowaliśmy w pizzerii Regal na skraju parku katedralnego. Postanowiłem spróbować jakiejś regionalnej potrawy, ale jako, że jedynym słowem jakie znałem po mołdawsku (a w zasadzie po rumuńsku, bo tak naprawdę język mołdawski jest regionalną odmianą rumuńskiego) było słowo „după”, zdecydowałem się wybrać coś do jedzenia prostą metodą. Jeżeli nazwa danej potrawy kompletnie nic mi nie mówiła, a na obrazku jedzonko możliwie najmniej przypominało mi cokolwiek co znam – to zdecydowanie było to coś dla mnie.
I w ten sposób wybrałem plăcinte cu brinză. Było to coś na kształt naleśnika z nadzieniem z bryndzy. Bardzo smaczne i dość sycące. Tak więc wyszedł mi strzał w dziesiątkę. Do tego zamówiłem jeszcze pieczone ziemniaczki i piwo – Chişinău Aurie Originală. Z pośród wszystkich odmian piwa marki Chişinău jakie miałem okazję pić podczas tego wyjazdu, to smakowało najbardziej przystępnie. Było jednak gorsze od Göttera, choć obie marki to raczej ta sama dość niska liga. Dla mnie nie stanowiło to jakiegoś ogromnego problemu, bo wiadomo – piwo w podróży zawsze smakuje o wiele lepiej, ale Maciek i Miłosz narzekali na ich smak okrutnie. Chociaż… następnego dnia znalazł się sposób by tutejsze piwo było lepsze, ale o tym będzie później.

Zaś co do miejsca, było takie zwyczajne, normalne, nie wzbudzające żadnych emocji – ani pozytywnych, ani negatywnych. I tak zapewne bym je zapamiętał, gdyby nie dość dziwna sytuacja. W pewnym momencie mój wzrok powędrował na drugi koniec sali. Tam przy stoliku siedział jakiś gość w skórzanej kurtce wraz z dziewczyną. Gdy po chwili znów spojrzałem w tamtą stronę facet zaczął machać przywołującym gestem w naszą stronę. Nie zamierzałem ani tam iść, ani też nie byłem przekonany, że chodzi mu właśnie o nas, więc najzwyczajniej w świecie to zignorowałem. Nie minęło nawet 5 minut, a facet pojawił się przy naszym stoliku. Wyciągnął rękę, a gdy podałem mu ją w geście przywitania, przytrzymał ją i zaczął mówić coś po mołdawsku. Zacząłem mu więc tłumaczyć, że go nie rozumiem i że nie znam jego języka. Nie pomógł również kelner, który także nie mówił po angielsku, a z którym wcześniej dogadywaliśmy się mieszanką polskiego, mołdawskiego i mowy niewerbalnej. W każdym razie z tonu głosu faceta w skórzanej kurtce można było bez problemu wyczytać, że coś mu mocno nie pasuje i nie jest on przyjaźnie nastawiony. Facet, gdy zrozumiał, że nijak się nie dogadamy, odpuścił w końcu i wyszedł. Po chwili jednak wrócił i zaczął się kłócić o coś z kelnerką pokazując na nas. Dziwna sprawa.
W tamtej chwili nie poczułem się zbyt bezpiecznie. Widziane wcześniej znaki zakazujące używania broni palnej, ponure bloki i ten facet sprawiły, że miasto wydało mi się dziwne, niezrozumiałe i nieprzyjazne. Później to odczucie minęło, ale w tamtej chwili Kiszyniów zdecydowanie mi się nie spodobał. Ale tak czy inaczej nie było sensu przejmować się tą sytuacją, lecz starać się poznać miasto jak najlepiej, bo miał to być przecież ten jeden, jedyny raz w życiu gdy przyjechałem do stolicy Mołdawii. Zresztą tak naprawdę każdy z nas jechał tu ze świadomością, że już nigdy do Kiszyniowa nie wróci.
Pomału zbliżała się 18, a na tą właśnie godzinę umówiłem się z Niką – dziewczyną mieszkającą w Kiszyniowie, którą poznałem kilka miesięcy wcześniej dzięki Couchsurfingowi w Rzeszowie. Spotkaliśmy się pod łukiem triumfalnym i dość szybko wyszło na to, że widzieliśmy już praktycznie wszystkie ciekawsze miejsca. Nika powiedziała nam o koniu bez głowy, ale okazało się, że jest to po prostu pomnik, a nie jak myśleliśmy – prawdziwy koń bez głowy pokazywany w cyrku. Może teraz wydaje się to niedorzeczne, ale wtedy byliśmy skłonni uwierzyć, że coś takiego w Kiszyniowie jest możliwe. Z tego co powiedziała Nika ten pomnik był dość spory kawałek od nas, a poza tym pomnik nie intrygował nas tak bardzo jak prawdziwy koń, więc zaproponowałem jej, żeby zabrała nas do irlandzkiego pubu, o którym wspominała jeszcze w Rzeszowie.
Idąc ulicą Puszkina minęliśmy XIX-wieczną cerkiew Pobożnego Teodora z Sihla (Biserica Sfânta Teodora de la Sihla) i dotarliśmy do Brothers’ Pub położonego na rogu ulic Bucureşti i Mihai Eminescu.

Pub ten był dość mały, składał się jedynie z dwóch niewielkich pomieszczeń, ale miał coś czego brakowało innym lokalom w Kiszyniowie – klimat. I dobre piwo. W menu rzuciło mi się w oczy mołdawskie piwo o nazwie Orasul vechi – tłumacząc na polski – Stare miasto i już wiedziałem co zaraz zamówię. Było nieco ciemniejsze niż te które dotychczas piliśmy w Kiszyniowie, a przy okazji też o niebo lepsze. Drugim piwem jakiego próbowałem było piwo figurujące w menu pod nazwą Ale. Nie udało mi się jednak rozszyfrować co to za piwo i skąd pochodzi. Martwiłem się trochę o to jak wyjdzie spotkanie, ale chłopakom udawało się w miarę dogadywać z Niką i czas mijał nam bardzo sympatycznie. Opowiedziała nam trochę o różnych rzeczach dotyczących Kiszyniowa czy Mołdawii, choć na wiele pytań odpowiadała swoim standardowym – Nie wiem.
Trochę nas też zmartwiła, bo wyszło na to, że jeżeli będziemy próbowali wyjechać z Mołdawii przez północną granicę, możemy mieć problemy. Pozostawała więc jedynie opcja powrotu przez Naddniestrze, co skracało nasz pobyt w Mołdawii o jeden dzień. Ustaliliśmy, że pojutrze wczesnym rankiem pojedziemy do Tiraspola i stamtąd do Odessy.
Przy okazji zapytałem:
– Nika chcesz jechać z nami do Tiraspola?
– Tak, chcę – odpowiedziała, zaskakując mnie.
Wszyscy się tym ucieszyli, bo Nika już była w Tiraspolu i niewątpliwie mogła nam pomóc z dostaniem się do Naddniestrza oraz jako przewodnik po mieście. Poza tym rosyjski, który jest językiem urzędowym w tej autonomicznej republice, jest też językiem ojczystym Niki.
W ogóle z tymi językami w Mołdawii to jest dziwna sprawa, bo cześć osób mówi po mołdawsku, cześć po rosyjsku i nie zawsze mogą się dogadać, przez co kraj jest mocno podzielony.
Plan na pojutrze już mieliśmy, pozostawała kwestia jutra. Ale nie udało nam się już nic ustalić, bo z naszej dyskusji nie wynikało nic konkretnego. A późna pora i mołdawskie piwo nie sprzyjały podejmowaniu decyzji.
W Brothers’ Pub wieczór się jednak nie skończył. Mimo, że godzina (jak na Kiszyniów) była już późna, Nika zaprowadziła nas jeszcze do lokalu – Eli Pili otwartego przez cała dobę i rzekomo bardzo popularnego, zarówno wśród Rosjan jak i obcokrajowców przyjeżdżających do Kiszyniowa. Nika musiała już wracać, więc razem z Maćkiem, Miłoszem i Michałem poszliśmy odprowadzić ją na autobus, a gdy okazało się, że nic już nie jeździ, wróciła do domu taksówka. My zaś dołączyliśmy do Pawła i Adama w Eli Pili. Zanim jednak to się stało, czekając na przystanku mogliśmy obserwować wystrojonych, bardzo dobrze i bogato ubranych facetów i kobiety z których co najmniej połowa nadawała się na okładki kolorowych magazynów. Wszyscy oni zmierzali do pobliskiego klubu i bynajmniej nie wyglądali na biednych. Wręcz przeciwnie.
Eli Pili, też swoją droga był lokalem nieco ekskluzywnym. Wskazywał na to nie tylko wystrój, ale i wygląd klientów. Jak się okazało dla nas znalazł się stolik tylko dlatego, że chwilę wcześniej rezerwację odwołał niemiecki konsul. To już nieco dawało do myślenia. Ale ceny jakieś straszne nie były – co prawda tani to lokal nie był, ale piwo kosztujące 22 leje, czyli niecałe 5 zł, to nie był jakiś ogromny wydatek. Ciężko było jednak nie odnieść wrażenia, że niezbyt tam pasujemy.

foto: Maciek Klimkowicz
W Eli Pili nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo zmęczenie zaczynało nam się już pomału dawać we znaki i po pół godzinie stwierdziliśmy, że pora wracać i iść spać.
I w ten oto sposób zaraz po 1 w nocy wylądowaliśmy w hostelu, po drodze mijając jeszcze muzeum militarne i stojące na wolnym powietrzu działa.
***
A i tak nawiasem mówiąc mołdawskie/rumuńskie „după” – znaczy „później”. Ale powszechny widok tego słowa na billbordach wprawiał nas w dobry humor 😉
