Przejdź do treści

Pociągiem przez Naddniestrze – Naddniestrze, Mołdawia 2014

Pociąg przejechał przez granicę Ukrainy z Mołdawią. A właściwie to nie Mołdawią lecz Naddniestrzem – oficjalnie częścią Mołdawii, a w rzeczywistości autonomiczną republiką nie uznawaną przez cały świat z wyjątkiem dwóch republik – Osetii Południowej i Abchazji, swoją drogą również praktycznie przez nikogo nie uznawanych.

Dzień 2

Naddniestrze –> Kiszyniów

Po otrzymaniu pieczątki wyjazdowej z Ukrainy czekaliśmy na celników mołdawskich.

Pieczątki wjazdowej do Mołdawii, lub do Naddniestrza jednak nie doczekaliśmy się. Nie było nawet kontroli ze strony mołdawskiej. Ale to wszystko ze względu na skomplikowaną sytuację w tym regionie. Zaraz za granicą Ukrainy zaczyna się Naddniestrze – nie mają oni prawa wbić pieczątki naddniestrzańskiej gdyż ich państwo przez cały świat uznawane jest jako część Mołdawii, pieczątki Mołdawskiej też wbić nie mogą, bo oni sami uznają siebie za odrębne państwo. Z kolei granicy między Naddniestrzem a Mołdawią nie uznaje Mołdawia, więc nie ma tam posterunków granicznych. W rezultacie więc znaleźliśmy się w Mołdawii tak jakby nielegalnie.

Pociąg zatrzymał się na chwilę w Tiraspolu – stolicy Naddniestrza, a następnie w Bender, jedynym mieście położonym po zachodniej stronie Dniestru i należącym do tej autonomicznej republiki. Postój miał trwać pół godziny, więc wykorzystałem ten czas by wyjść na peron i rozprostować nieco kości. Było już całkiem ciemno i nic ciekawego w zasadzie nie udało mi się zobaczyć, ale zaczerpnąłem nieco świeżego powietrza. Poza tym świadomość, że jestem w miejscu o którym nieraz można przeczytać, że jest żywym skansenem komunizmu i gdzie niewiele ponad 20 lat temu toczyła się wojna, a sytuacja wciąż nie jest do końca rozwiązana rozbudzała wyobraźnię.

Bender – Nasz pociąg

Kolejny półgodzinny postój był w miejscowości Bulboaca, której nazwa wymawiana przez Romę jako „bulboka” brzmiała dla mnie dość śmiesznie. Roma wytłumaczył nam, że tak długie przerwy w Bender i Bulboace są na wypadek dłuższego postoju na granicy – tak by pociąg do Kiszyniowa dojeżdżał zgodnie z rozkładem. W Bulboace w każdym razie już nie skorzystałem z postoju i świeżego powietrza, bo w pociągu działy się ciekawsze rzeczy.

Naprzeciw nas jechał dotychczas milczący chłopak, który cały czas słuchał muzyki i pił piwo. W końcu jakoś tak wyszło, że zagadałem do niego i zaczęła się rozmowa. Na imię miał Wowa i pochodził z Ukrainy, a teraz jechał do swojej żony do Kiszyniowa.

Już po paru wymienionych zdaniach Wowa wyciągnął spośród swoich pakunków wędzoną rybę i dał nam ją w prezencie. Była wręcz wyśmienita. Docenił to także Miłosz i rzucił się na biedną rybę bez opamiętania. W podziękowaniu dałem Wowie piwo, które znalazło się jeszcze gdzieś w plecaku. A Wowa z kolei wyciągnął tort i nam go wręczył. Mimo naszych protestów, by go zatrzymał (bo tort, podobnie jak ryba miały być prezentami dla żony) wciskał nam go niemal na siłę. Bardzo sympatycznie.

Ryby od Wowy

Na ten wyjazd zabrałem ze sobą zeszyt, w którym miałem zapisywać różne rzeczy, tak by o nich nie zapomnieć. Ostatecznie nie zapisałem w nim niemal nic, bo jakoś nie było czasu, albo zwyczajnie mi się nie chciało, ale znalazło się tam jedno hasło – „żryj torta”, które ktoś rzucił, a Roma je szybko podłapał i powtarzał co chwilę z radością. No i rzeczywiście jedzenie tortu niezbyt przypominało kulturalną konsumpcję. W sumie to bardziej przypominało nieco świnie przy korycie.

W każdym razie jeszcze przed godziną 22, pociąg dojechał do Kiszyniowa. Pożegnaliśmy się zarówno z Romą, jak i Wową i ruszyliśmy w poszukiwanie czynnego kantora. Któryś z chłopaków idący nieco z tyłu zobaczył jeszcze jak Wowa dostaje po twarzy od żony. W sumie to nie wiem czy za rybę, czy za tort, czy może za to, że był pijany.

Idąc według wskazówek udzielonych nam przy dworcu dość szybko odnaleźliśmy kantor i wymieniliśmy pieniądze.

Teraz czekała nas wędrówka w poszukiwaniu hostelu przez stolicę najbiedniejszego państwa Europy. W zasadzie nie wiem czego się spodziewałem, ale Kiszyniów wcale nie wydawał się biedny, nawet nie różnił się za specjalnie od innych miast na zachodzie. Takie przynajmniej miałem pierwsze wrażenie.

Minęliśmy pomnik poświęcony ofiarom deportacji stalinowskich i ruszyliśmy w kierunku górującego nad otoczeniem budynku hotelu Cosmos.

Szybko jednak zauważyliśmy pierwsze różnice pomiędzy Kiszyniowem a innymi miastami. Przy wejściach do zamkniętych już o tej porze barów i lokali rozrywkowych (było zaraz po godz. 22!) były znaki zakazujące wstępu z bronią palną. Zapowiadało się więc ciekawie.

Kiszyniów

Przemierzając miasto minęliśmy jeszcze pomnik „Wyzwolenie” i stojący obok hotel Chisinau (Kiszyniów) oraz monastyr Ciuflea (Mănăstirea Ciuflea) – cerkiew która jako jedyna w Kiszyniowie funkcjonowała w czasach sowieckich. Monastyr ten stał się symbolem oporu przez wiarę przeciwko sowietom. Swoją drogą podobał mi się i wydawał jedną z najciekawszych atrakcji stolicy – pewnie przez te złote kopuły :DI jak się później okazało te właśnie kopuły były widoczne z balkonu naszego hostelu.

Kiszyniów – Monastyr Ciuflea

Trochę zajęło nam odnalezienie właściwej ulicy i schowanego w jednym z podwórek Chisinau Chill Hotel. Nie mieliśmy rezerwacji, bo nie wiedzieliśmy wcześniej kiedy dokładnie dotrzemy do Kiszyniowa. Przed wejściem stało dwóch długowłosych facetów, wyglądających jak hipisi i jestem niemal pewien, że coś musieli coś wcześniej zapalić, bo mimo iż obaj mówili po angielsku były małe problemy z komunikacją.

Jeden z nich w każdym razie okazał się właścicielem hostelu, a sam zaś hostel miejscem naprawdę fajnym i godnym polecenia. Na szczęście też znalazło się miejsce dla sześciu chłopaków którzy po dwóch dniach podróży dotarli tu z Polski.

Mimo, że od dworca przeszliśmy jakieś 3 kilometry, każdy był już dość porządnie zmęczony. Kolacja, gorąca herbata i ciepły prysznic to było wręcz spełnienie marzeń.

Gdy wyszedłem spod prysznica wszyscy już niemal spali. Też zamierzałem się położyć, ale czekała mnie jeszcze mała niespodzianka. Stwierdziłem, że nie jesteśmy w pokoju sami, więc lepiej będzie jeśli położę gdzieś bliżej siebie portfel, telefon, aparat i paszport. Tyle, że portfela nie było w spodniach. Zacząłem go więc szukać na podłodze, w plecaku, pod naszymi rzeczami. Wszędzie. Nigdzie go jednak nie było. 
Postanowiłem zobaczyć czy nie ma go w drugim pokoju – tym w którym siedzieliśmy pijąc herbatę oraz w łazience. Do moich poszukiwań przyłączył się nawet jeden z długowłosych dżentelmenów – jak się później okazało anglik, który przymusowo musiał siedzieć przez 3 tygodnie w Kiszyniowie i czekać na ukraińską wizę. Mieszkańcy Unii Europejskiej normalnie nie potrzebują wizy na Ukrainę, ale jego sytuacja była nieco bardziej złożona.

Razem poodsuwaliśmy wszystkie możliwe meble, ale portfel się nie znalazł. Zacząłem myśleć, że będę musiał pożyczyć od chłopaków pieniądze i jakoś przebiedować, a po powrocie do Rzeszowa czeka mnie wyrabianie nowych dokumentów.

W końcu okazało się, że mój portfel znalazł Michał i go wziął, ale zasnął zanim zdążył mi o tym powiedzieć. Odetchnąłem z ogromną ulgą…

Była już jednak niemal 4 rano i pozostało mi niewiele czasu na sen.

Ciąg dalszy tej historii znajdziesz tutaj!

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *