Przejdź do treści

Ponura perła Morza Czarnego – Ukraina 2014

  • Ukraina

Po całonocnej jeździe pociągiem wylądowaliśmy w Odessie – trzecim największym mieście Ukrainy położonym nad Morzem Czarnym. Był to jednak dopiero początek przygody.

Dzień 2

Odessa –> Naddniestrze

Obudziłem się dość wcześnie, gdy wszyscy jeszcze spali. Wypoczęty i o dziwo zupełnie bez kaca.
Za oknem niebo skrywały jednolite szare chmury, a monotonię lasów przerywały niekiedy jakieś małe stacyjki. Generalnie sprawiało to wszystko nieco depresyjne wrażenie. Ale nie było już śniegu. Tu w pobliżu morza panowała jeszcze późnojesienna atmosfera.

Niemal równo o 8:40 wysiedliśmy z pociągu. Byliśmy w Odessie, ponad 1000 km od domu.
Po wypytaniu pani w informacji dowiedzieliśmy się, że o 16:40 jest pociąg do Kiszyniowa. Szybko więc kupiliśmy bilety i mieliśmy jeszcze sporo czasu by zobaczyć Odessę.

Odessa – Dworzec kolejowy
Odessa – Dworzec kolejowy – Wnętrze wciąż jeszcze pamięta stare dobre czasy

Najpierw jednak śniadanie w McDonaldzie. Następnie ruszyliśmy w stronę złotych kopuł świątyń widocznych spod dworca. Pierwszą z nich był monastyr św. Pantelejmona. Swoją drogą dziwne imię. Drugą natomiast monastyr św. Eliasza. Z zewnątrz nie prezentowały się jakoś zabójczo, ale brzydkie też nie były. No i przyciągały mnie do nich te złote kopuły. Szkoda, że nie udało nam się wejść do żadnej z nich.

Odessa – Monastyr św. Pantelejmona
Odessa – Monastyr św. Eliasza

Ruszyliśmy więc ulicą Pushkins’ką w stronę portu. Odessa wcale nie sprawiała wrażenia miasta mającego ponad milion mieszkańców, wydała się raczej dość spokojnym miastem. Było jednak po sezonie turystycznym. Miałem co do niej mieszane uczucia. Odessa nie była brzydka, ale czegoś w niej brakowało. Może jakichś monumentalnych, zadziwiających budowli, może atmosfery, a może przede wszystkim słońca W drodze do portu mijaliśmy sporo ciekawych i kolorowych budynków, ale miasto i tak wyglądało jakoś tak ponuro.

W każdym razie idąc ulicą Pushkins’ką zobaczyliśmy powstałą w latach 1840-50 synagogę Brodzką, filharmonię miejską, teatr opery i baletu oraz ratusz. I tą też ulicą dotarliśmy na wybrzeże.

Odessa – Jedna z ładniejszych kamienic
Odessa – Synagoga Brodzka
Odessa – Ratusz

Stąd już blisko było do schodów potomkinowskich i rozciągającego się u ich podnóża Morza Czarnego. Żałowałem, że nie mogę się w tym morzu wykąpać, że nie ma możliwości nawet zanurzyć w nim stóp. W porcie nie było jak wejść do wody, a najbliższa plaża znajdowała się jakieś 2,5 kilometra od nas i średnio był sens iść tam tylko po to by zaraz wracać. Natomiast jeśli chodzi o schody Potiomkinowskie – to taki trochę symbol Odessy. Schody łączą port z położonym dużo wyżej miastem, a bardziej znane na świecie stały się dzięki scenom w filmie „Pancernik Potiomkin”. Ale tak prawdę mówiąc – te schody to nic szczególnego – po prostu schody. Dużo schodów.

Zeszliśmy nimi do pobliskiego portu i zatrzymaliśmy się na moment pod budynkiem dworca morskiego, by spojrzeć na ogromne żółte dźwigi, szare niebo i wodę w kolorze zgniłej zieleni. A może to właśnie tak wygląda kolor morski? Nie wiem, jestem facetem i nie znam się na kolorach. W każdym razie industrialny klimat portu robił wrażenie.

Odessa – Schody Potiomkinowskie, port i Dworzec Morski
Odessa – Schody Potiomkinowskie
Odessa – Port

No dobra, zeszliśmy schodami, to teraz trzeba było się na nie powrotem wdrapać. Czekało nas więc 192 małe kroczki w górę. Miłosz i Adam, nieco zmęczeni poprzednim dniem zdecydowali się wjechać na górę kolejką, a my wdrapaliśmy się o własnych siłach. Niby te schody nie są takie duże, ale na górze nasze oddechy były bardzo nierówne.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na Morze Czarne oraz na wznoszący się u szczytu schodów pomnik gubernatora Odessy – Armanda-Emmanuela du Plessis i ruszyliśmy ulicą Rishel’jevs’ką z powrotem w kierunku dworca kolejowego.

Dawno już nie było słowa o piwie, prawda?

Jakieś 100 metrów od schodów trafiliśmy na pomnik Katarzyny Wielkiej i już tam podjęta została decyzja, że pora na jakieś piwo, bo od rana chodzimy o suchym pysku. Zresztą zbliżało się już południe, więc i pora była stosowna.

Rozglądaliśmy się więc na prawo i lewo szukając lokalu który raczej nie będzie wyglądał ekskluzywnie i gdzie nie przepłacimy za złocisty napój. Nie było to jednak łatwe, bo lokale wyglądały na przygotowane pod bogatych Rosjan, którzy przyjeżdżają do Odessy w czasie wakacji. W końcu na jednej z bocznych ulic trafiliśmy na Mickey O’Neil’s Irish Pub.

W sumie to tak trochę bez sensu iść do irlandzkiej knajpki na Ukrainie, ale liczyliśmy na to, że znajdziemy tam piwo w swoim zakresie cenowym. A i pragnienie coraz bardziej się wzmagał.

Lokal wyglądał naprawdę ładnie – miał bogaty wystrój, na który składało się też trochę z pozoru nie pasujących elementów jak np. małe modele starodawnych samochodów, rower powieszony na ścianie czy stare maszyny do szycia. Troszkę jak rzeszowska Graciarnia u Plastyków. W każdym razie to miejsce mimo tego, że było nieco ekskluzywne, było też dość przytulne. Ceny natomiast były nieco wyższe niż we Lwowie.

Gdy już znaleźliśmy sobie miejsce w loży na antresoli (czy jak to tam się nazywa) popędziłem do baru zobaczyć co lokal ma do zaoferowania. Byłem przekonany, że z piw jest tylko czeski Bernard, niemiecki Warsteiner oraz irlandzkie Kilkenny, więc wziąłem to ostatnie. Zapłaciłem za nie prawie 90 hrywien…

Okrutnie dużo jak na Ukrainę. I dopiero jak powróciłem z kuflem do stolika okazało się, że były też ukraińskie piwa w cenach już bardziej przyzwoitych. W tym pubie miała być przerwa na jedno piwo, a zrobiły się z tego trzy. Nie zdecydowałem się jednak na kolejny kufel Kilkenny i dalej już piłem ukraińskie 1715 płacąc 22 hrywny za kufel. Czyli niecałe 5 zł.

Czas zleciał nam dość szybko i trzeba było się zbierać, bo czekały nas jeszcze zakupy i ponad pół godziny marszu w kierunku dworca.

Po drodze trafiliśmy jeszcze na kilka ładniejszych budynków oraz zbudowany niecałe 15 lat temu meczet.

Odessa Meczet

Nad Odessą pomału zapadał zmrok, gdy dotarliśmy na dworzec i położony nieco na uboczu peron z którego odjeżdżał nasz pociąg. Spodziewaliśmy się, że wagony będą podobne do tych którymi jechaliśmy z Lwowa, ale było nieco inaczej.

Przede wszystkim pociąg nie był ukraiński tylko mołdawski, ale z zewnątrz jakoś zasadniczo się nie różnił od innych. W środku jednak nie było łóżek tylko siedzenia takie jak w polskich pociągach regionalnych. A w rogu stał bar! Z alkoholem, przekąskami i papierosami.

No czegoś takiego jeszcze nie widziałem. I bynajmniej nie był to wagon restauracyjny. Wystrój wagonu uzupełniało lustro oraz dwa telewizory – podejrzewam, że nie działające.

W pociągu do Kiszyniowa
(foto Maciej Klimkowicz)

Jeszcze zanim pociąg ruszył ze stacji poznaliśmy Romę, młodego Mołdawianina studiującego na co dzień w Odessie, a teraz wracającego do domu w Kiszyniowie. Szybko złapaliśmy wspólny język – zresztą Roma bardzo dobrze mówił po angielsku i wciągnęliśmy go w naszą małą imprezę. Początkowo wszystko przebiegało bardzo kulturalnie – najpierw kolacja, czyli chleb z pasztetem i ketchupem, a następnie piwo i szachy.

W pociągu do Kiszyniowa – razem z Romą
(foto Maciej Klimkowicz)

Sytuacja zaczęła nieco się wymykać spod kontroli gdy na stoliku pojawił się towarzyszący nam od granicy Nemiroff cytrynowy. Roma martwił się co powie rodzicom, którzy mieli przyjechać po niego na dworzec w Kiszyniowie, ale przekonaliśmy go, żeby powiedział po prostu, że pił z polakami. Mieliśmy na drugi dzień spotkać się z nim w stolicy Mołdawii, ale nie odezwał się do nas. Całkiem możliwe, że miał porządnego kaca.

Miłosz natomiast – nasza maskotka wyjazdu – mówił coraz głośniej co oburzyło naszych współpasażerów. I gdy kolejne prośby i  upomnienia o ciszę nie poskutkowały przyszedł do nas prowadnik mówiąc, że są skargi i jeżeli nie będzie ciszej dostaniemy mandat o wysokości 1000 lei, czyli około 250 zł.

Udało się nieco opanować sytuację i mandatu nie dostaliśmy, ale Miłosz mimo to usilnie próbował uzyskać odpowiedź na nurtujące go pytanie – „Czy jak on w obecności kobiety na Ukrainie powie – kurwa – to czy ta kobieta poczuje się obrażona, czy też zrozumie, że on nie miał złych intencji”.

Ale zanim jeszcze prowadnik zagroził nam mandatem, pociąg dotarł do granicy Ukrainy.

Przy kontroli paszportowej dostaliśmy pieczątkę wyjazdową z Ukrainy, a Miłosz został wypytany przez celnika czy przypadkiem nie przewozi broni. Dopiero po czterokrotnym zaprzeczeniu, celnik dał się przekonać. Choć ten ostatni raz to już pytał żartując.

Znaleźliśmy się więc w Mołdawii.

Ciąg dalszy tej historii znajdziesz tutaj!

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *