Ponownie znaleźliśmy się w stolicy Wietnamu – Hanoi. Tym razem wybrałem się na poszukiwanie najdroższej kawy świata i jednego z najdziwniejszych owoców w południowo-wschodniej Azji.
Dzień 24
Hanoi
Niemal zarwana noc sprawiła, że desperacko potrzebowałem odpoczynku. W końcu jednak zdecydowałem się wyjść na spacer. W jednej z uliczek znalazłem mała kawiarnię, gdzie serwowana była kawa Kopi Luwak.
Po raz pierwszy usłyszałem o niej dzięki filmowi „Bucket List”. To najdroższa kawa świata i zarazem najdziwniejsza. Takie śmieszne zwierzątko, które nazywa się łaskun je owoce kawowca, ale samych ziaren nie jest w stanie strawić. I te właśnie ziarna, lekko nadtrawione i sfermentowane wydobywa się z jego odchodów, czyści i praży. Tak w skrócie powstaje kawa która kosztuje około 300 $ za kilogram. Kopi Luwak jest czarna jak smoła, mocna i gorzka. Ma przy tym nieziemski wręcz zapach…
Zapotrzebowanie na kawę powoduje niestety, że łaskuny (lokalnie nazywane „luwak”) wręcz faszerowane są owocami kawowca. Często zdarza się jednak, że do produkcji Kopi Luwak nie wykorzystuje się samych zwierząt lecz jedynie ich enzymy trawienne.


Po nieśpiesznym wypiciu kawy pokręciłem się jeszcze trochę po Old Quarters i zajrzałem na targ. Tym razem udało mi się upolować Rękę Buddy. Tak potocznie nazywany jest dość niecodzienny owoc – cytron. Spośród wszystkich dostępnych w Wietnamie owoców był jednym z dziwniejszych i jednym z tych które bardzo chciałem spróbować.
Miał on niesamowicie przyjemny i intensywny cytrusowy zapach. W smaku przypominał mi połączenie marchewki z cytryną. W Azji cytron uznawany jest za źródło pomyślności i szczęścia w handlu. Często składany jest też w ofierze w świątyniach oraz wykorzystywany jako naturalny odświeżacz powietrza.
Drugim owocem jaki kupiłem na targu była pomarańcza. Z tym, że dość nietypowa, bo miała zieloną skórkę. Była też nieco mniej słodka niż zwyczajna pomarańcza.





Gdy wróciłem do hostelu spotkałem się z Maćkiem. Poszliśmy wykupić wycieczkę na następny dzień, a następnie na kolację. Wybór padł na knajpkę, gdzie niecały miesiąc wcześniej zamówiłem żółwia. Właścicielka, gdy tylko mnie zobaczyła wybuchła śmiechem i zaczęła opowiadać moją historię innym klientom. Tym razem zamówiłem po prostu zwyczajny makaron z warzywami. Wieczorem jeszcze krótki chillout przy bia hoi i postanowiliśmy iść spać. Rano czekała nas przecież kolejna przygoda.